O polskiej racji stanu

Prof. Antoni Kamiński

Wykład inauguracyjny wygłoszony na spotkaniu poświęconym działalności śp. Macieja Płażynskiego, marszałka Sejmu RP w latach 1997–2001, zorganizowanym w Warszawie przez Instytut Chrześcijańsko-Demokratyczny im. Ignacego Paderewskiego w dniu 4 lutego br.

Pojęcie racji stanu ma sens wówczas, kiedy istnieje podmiot, który tę rację definiuje i realizuje. Aby więc, by sensownie mówić o racji stanu, konieczne jest istnienie silnego, posiadającego odpowiednie instrumentarium wykonawcze, państwa. Zewnętrzne uwarunkowania racji stanu są względnie trwałe. George Kennan trafnie zauważył kiedyś, że niezależnie od motywów ideologicznych, sprawowanie rządów w danym kraju nakłada na władcę konieczność braknia pod uwagę wszystkich tych trosk i ograniczeń, z jakimi stykali się jego poprzednicy. Znaczna część tych trosk i ograniczeń wynika z geopolityki.

Nie zawsze jest posiadanie suwerennego państwa jest możliwe. Znamy przypadki, kiedy idea racji stanu, albo raczej interesu narodowego, pojawiała się w sytuacji, gdy własne państwo istniało tylko w marzeniach i wyobraźni społeczności politycznej, a brak było innych poza protestami i insurekcjami, narzędzi jego realizacji. Wtedy niezbędne jest istnienie suwerennego społeczeństwa, które nie akceptuje swego zniewolenia i aspiruje do niepodległości. W okresie rozbiorów Polski, poeci romantyczni uważali, że warunkiem odrodzenia się ich Ojczyzny była wojna między zaborcami, tj. wydarzenie, na którego zajście Polacy nie mieli wpływu. Rachuba ta urzeczywistniła się po 120 latach niewoli. Odzyskanie przez Polskę niepodległości nie było jednak procesem samoistnym – musiała trwać wola narodu, by zdobyć polityczną samodzielność, musieli się też pojawić przywódcy wielkiego formatu, zdolni zmobilizować wysiłek narodu oraz przekonać społeczność międzynarodową, by cel osiągnąć.

Warunki międzynarodowe nie całkiem bowiem odzyskaniu przez Polskę niepodległości sprzyjały. Francja wolałaby zapewne, na wypadek konfliktu z Niemcami, mieć partnera w Rosji raczej niż w Polsce. Przewrót komunistyczny w Rosji przekreślił tę możliwość. Wielka Brytania nie była zaś zainteresowana wzmocnieniem Francji przez sojusze z państwami Europy Środkowo-Wschodniej. O stosunku Berlina i Moskwy do idei odrodzenia Polski nie trzeba wspominać. Spośród najbliższych sąsiadów Polska miała w okresie międzywojennym przyjazne stosunki tylko z Rumunią i Węgrami.

Niektórzy wpływowi autorzy dotąd ubolewają nad wpływem, jaki na stosunki w Europie miało pojawienie się w miejsce imperiów pasa niepodległych państw między Bałtykiem a Adriatykiem. W „ Dyplomacji” Henry Kissinger pisze wprost, iż niepodległość Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej była najważniejszą przyczyną II wojny światowej. Można było, jego zdaniem, uniknąć jej, gdyby Francja i Anglia zechciały porozumieć się z Niemcami lub Rosją kosztem korekty polskich granic (ss. 283-4). Usunęłoby to podstawę niemiecko-rosyjskiej współpracy. Inni historycy stosunków międzynarodowych podobnie sugerują, że żaden niemiecki rząd nie mógł przeoczyć faktu, że Polska i inne państwa wschodnie były słabe. Niemcy byli więc w stanie na Wschodzie uprawić rewizjonizm, czy to przy udziale Związku Sowieckiego (opcja Rapallo), czy też przy przychylności, jeśli nie przy wsparciu, mocarstw zachodnich, w szczególności Wielkiej Brytanii – jako ochrona przed bolszewizmem. Opinia, że wymuszenie na Polsce przez Francję i Wielką Brytanię ustępstw terytorialnych na rzecz Niemiec (Kissinger sugeruje „Polski Korytarz”, ale na tym z pewnością nie skończyło by się) lub Rosji Sowieckiej (linia Curzona) miałoby spobiec wojnie, jest co najmniej naiwna. Wojna zaczęła się od Polski, ale aspiracje Hitlera i Stalina w żadnej mierze nie ograniczały się do marginalnego zwiększenia swych terytoriów i wasalizacji Polski.

Trzy koncepcje polityki zagranicznej II Rzeczypospolitej i pesymizm Bocheńskiego

W okresie II Rzeczpospolitej najważniejszym problemem przy określeniu polskej racji stanu było położenie między Związkiem Radzieckim a Niemcami. Każde z tych państw było, pod względem militarnym potencjalnie od Polski silniejsze; żadne nie było na dłuższą metę wobec Polski przyjazne. Możliwe sojusze z krajami trzecimi dawały pewne szanse obrony na jednym kierunku, ale nie na obu jednocześnie. W debatach nad rozwiązaniem tych kwestii pojawiły się co najmniej trzy opcje. Jedna to opcja Narodowej Demokracji, która mówiła o poszukiwaniu zbliżenia z Rosją Sowiecką. Druga, reprezentowana, przez Władysława Studnickiego, postulowała zbliżenie z Niemcami. Trzecia – sugerowała politykę „równych dystansów” wobec obu potęg. Opcja narodowa wywodziła się z inspiracji Romana Dmowskiego i jego, opublikowanego w 1908 roku dzieła „Niemcy, Rosja i kwestia polska”. Studnicki uważał, że Rosja była ze wszystkich państw świata państwem najbardziej dążącym do wojen, natomiast problem polsko – niemiecki widział w sferze psychologii. W sferze interesów realnych, jego zdaniem, nie było przeciwwskazań dla nawiązania ścisłej współpracy między Polską a Niemcami.

Wszystkie trzy opcje zakwestionował bodaj najwybitniejszy polski analityk stosunków międzynarodowych tego czasu, Adolf Bocheński. Kontynuacją jego myślenia była późniejsza linia polityczna paryskiej Kultury. Koncepcja Bocheńskiego była pod wieloma względami, bliska wizji politycznej Józefa Piłsudskiego. Bocheński odrzucił przyjęte przez Narodową Demokrację, w jej wizji polityki zagranicznej założenia, że ekspansja Rosji Sowieckiej nastawiona była na Wschód oraz, że na Zachodzie Sowieci nie mieli aspiracji terytorialnych. Uważał, je za bezpodstawne i określał mianem „wielkiej iluzji”. Skoro tak, to należało przyjąć istnienie potencjalnego zagrożenia ze strony Rosji. W tym też kontekście dostrzegał on znaczenie Ukrainy dla bezpieczeństwa Polski.„Jeżeli Rosja ostatecznie zaanektowała w XVIII wieku dużą część Polski – pisał – to stało się to w dużej mierze dlatego, aby zabezpieczyć swe posiadłości ukraińskie”.

Polityka „równych dystansów” wobec dwóch potencjalnie nieprzyjaznych sąsiadów, w warunkach, kiedy mogli się oni łatwo zawiązać anty-polski sojusz, co wielokrotnie już miało w historii miejsce, nie dawała się, zdaniem Bocheńskiego, obronić. Polska powinna szukać zbliżenia z jednym z tych państw; tu z pewną wyrozumiałości sympatią traktował idee Studnickiego, tj. zbliżenie z Niemcami, które nazwał „małą iluzją”. Sądził jednak, że bez radykalnej zmiany w konfiguracji terytorialnej Europy Środkowej nie ma mowy, by takie zbliżenie było realne.

„Rzeczpospolita Polska nie może w żadnym wypadku zawdzięczać integralności swych granic pomocy jednego ze swych sąsiadów”. Sądził, że „jednym z aksjomatów polityki odrodzonej Rzeczypospolitej […] jest właśnie świadomość niemożliwości opierania naszej przyszłości, przeciw Niemcom na pomocy czerwonej armii, lub na pomocy niemieckiej przeciw Rosji […], koncepcja oparcia Polski na pomocy jednego z dwu sąsiadujących mocarstw przeciw drugiemu doprowadziłaby do stanu uzależnienia, nieznośnego dla naszej generacji niepodległych Polaków”. A na krótko przed wojną stwierdził: „polityka Becka w stosunku do Niemiec jest jedyną dziś możliwą i przytomną polityką polską”. Polska znalazła się w sytuacji, w której żaden wybór nie dawał zadowalającego wyniku.

Nadzieję na poprawę niefortunnego położenia geopolitycznego Polski Bocheński upatrywał w powstaniu niepodległej Ukrainy, jako stabilizatora układu, w którym Polska mogłaby zachować swą niepodległość. Był świadom konfliktów, jakie musiałoby to spowodować – granicznych, etnicznych, etc. Przekonanie Endecji, że wolna Ukraina stałaby naturalnym sojusznikiem Niemiec, uznał on za chybione, bo jej pojawienie się stworzyłoby zupełnie nową konfigurację polityczną w Europie. Zbliżenie niemiecko – ukraińskie prowadziłoby wtedy do wyłonienia się układu równoważacego w postaci, na przykład, zbliżenia polsko – rosyjsko – francuskiego. Rozszerzyłoby to pole manewru polityki zagranicznej Polski, umożliwiając też oparcie stosunków polsko-rosyjskich na normalnych podstawach. Nie byłoby powodu do obawy przed zbliżeniem niemiecko – ukraińskiego. Dobrze byłoby, by Polska miała bliskie stosunki z Ukrainą, ale nie jest to najważniejsze – istotne jest istnienie niepodległej Ukrainy. W ówczesnych warunkach ta modelowa konstrukcja była nierealna. Tragiczna śmierć Bocheńskiego w kampanii włoskiej pod Ankoną nosiła znamiona samobójstwa.

ULB

Następna epoka, kiedy myśl o polskiej racji stanu mogła się pojawić, nastąpiła po 1945 roku. Polska znalazła się pod de facto sowiecką okupacją, co pod pewnymi względami czyniło jej sytuację podobną do tej spod zaborów. Różnica polegała na tym, że formalnie rzecz biorąc istniało państwo zwane PRL. Możność swobodnej refleksji nad polską racją stanu istniała wyłącznie na emigracji, choć bez instrumentarium jej urzeczywistnienia. Debaty te toczyły się w znacznej mierze w ramach wyznaczonych przez spory z epoki przedwojennej. Elementem nowym była konieczność określenia stosunku do PRL. Tu Kultura zajmowała jasne stanowisko. Jak pisał Mieroszewski w 1973 roku: „komunizm to jest nie tylko inny ustrój, lecz i inna cywilizacja. Jak wiemy, cywilizacja opiera się na różnych skalach wartości – jak wolność słowa, nienaruszalność praw obywatelskich, swoboda twórczości artystycznej itd.” Na to „niepodlegli Polacy” nie mogli przystać.

Ograniczę się tu do omówienia pokrótce stanowiska Kultury jako tego, które po upadku komunizmu najsilniej wpłynęło na polskie myślenie o stosunkach międzynarodowych. Stanowisko to wyłaniało się w dialogu epistolarnym między Jerzym Giedroyciem i Juliuszem Mieroszewskim. Giedroyć sam nie publikował – pisał listy. Wykładnię linii politycznej Kultury przedstawiały do połowy lat 1970-tych artykuły Mieroszewskiego.

Mieroszewski zmarł w 1976 r. Zarzucono mu zmienność, czasem sprzeczność poglądów. Sądzę jednak, że dwie sprawy stanowiły constans w jego publicystyce. Po pierwsze, zajmowała go analiza konstelacji polityczną, jaka musiałaby się pojawić, by Polska mogła odzyskać niepodległość – w to, że jest to możliwe nigdy nie zwątpił. Po drugie, interesował się ewolucją wewnętrznej sytuacji politycznej w Niemczech i w ZSRR – to był główny punkt odniesienia jego analiz. Jego poglądy na sytuację w obu krajach zmieniały się wraz ze zmianami, jakie w nich zachodziły. Wreszcie, interesował go wewnętrzny potencjał niepodległościowy społeczeństwa polskiego. Miał o nim zadecydować stan umysłowy i moralny nowej polskiej inteligencji, bo stara, jak uważał, zeszła ze sceny dziejowej.

Nie sposób mówić o poglądach Mieroszewskiego, jeżeli nie wziąć pod uwagę tego, co uważał za nieuniknione, tj. upadku komunizmu. Już w latach 60-tych XX w. uważał, iż nastąpi to w możliwym do przewidzenia czasie. Trudno wskazać racjonalne przesłanki tego przekonania. Wskazywał na dwa możliwe powody – trudność rządzenia na tak ogromny obszarze oraz na konflikty narodowo – etniczne. Nie jest to mocna strona jego argumentacji, bo ostatecznie o rozpadzie ZSRR zdecydowały bardziej inne przyczyny, niektóre – o charakterze sekularnym (np. gasnące tempo wzrostu gospodarki), inne – o charakterze incydentalnym (przywództwo Ronalda Reagana, Margaret Thatcher, i, last but not least – Jana Pawła II, lub błędne kalkulacje Michaiła Gorbaczowa). Faktem jest, że kilkanaście lat po śmierci Mieroszewskiego rozpad nastąpił.

Mieroszewski sugerował też, co władze niepodległej Polski powinna zrobić po upadku ZSRR. Musiało to, jego zdaniem, pociągnąć za sobą wyłanienie się za wschodnią granicą Polski niepodległych państw Ukrainy, Litwy i Białorusi (ULB) oraz, jako bezpośrednią konsekwencję, połączenie Niemiec. Ten tok wydarzeń czynił wreszcie możliwym zbliżenie polsko-niemieckie. W Niemczech też widział czynnik, który umożliwi Polsce włączenie się w proces integracji europejskiej. Z nadzieją bowiem patrzył na zmiany, jakie zaszły w społeczeństwie niemieckim w czasie ponad czterdziestu lat, który upłynął od zakończenia wojny. Na wschodzie zaś Polska powinna bezwzględnie popierać wszystko, co sprzyjałoby uzyskaniu i utrzymaniu przez Ukrainę, Litwę i Białoruś niepodległości. W żadnym przypadku Polska nie powinna poświęcać swoich stosunków z tymi krajami na rzecz poprawy stosunków z Rosją. Polska powinna zabiegać, by stosunki z Rosją były przyjazne, ale nigdy kosztem stosunków z państwami ULB.

Mieroszewski najostrzej polemizował ze stanowiskiem Endecji. Dotyczyło to zarówno stosunku do Rosji, jak i do Ukrainy i innych krajów położonych na wschód od Polski. Jak pisał: „Endecy odrzucają program prometejski, to znaczy uważają, że nie istnieje żaden związek przyczynowy między polską polityką wschodnią a wyzwoleniem Ukrainy, Białorusi, czy Litwy. Według tezy endeckiej, Polacy stanowią po Rosjanach największy słowiański naród państwowy i powinni ułożyć swoje stosunki na bazie bilateralnej – nie można popierać ruchów wyzwoleńczych, ponieważ oficjalna Moskwa nie podejmie nigdy rozmów z sympatykami prometeizmu”. Podobnie jak Bocheński, Mieroszewski dostrzegał szansę dla Polski takiej w zmianie międzynarodowej konstelacji, która naruszyłaby preferowane przez Rosję status quo. W tej sprawie stosunki między Polską a Rosją mają charakter „gry o sumie 0”: „albo Polska ulegnie wzmocnieniu – pisał – albo Rosja ulegnie osłabnieniu”. W każdym razie, w istniejących warunkach, Rosja postrzega Polskę jako regionalnego rywala.

W kwestii ukraińskiej uważał, że wolna Polska powinna bezwzględnie zaakceptować powojenne zmiany granic. W jego ocenie, odebranie Polakom Lwowa było z punktu widzenia sowieckiego politycznym błędem, ponieważ Lwów dzieliłby oba pobratyczne narody, Polaków i Ukraińców, a to leży w interesie Moskwy w każdym czasie, a nie tylko w okresie wstrząsów i kryzysu. Nie dziwiłby się, gdyby Rosjanie zdecydowali się oddać Lwów nam by wskrzesić nienawiść między Polakami a Ukraińcami. Jest to opinia interesująca w kontekście przecieku o sugestii, jaka miała paść z ust prezydenta Putina w rozmowie z premierem Tuskiem, rozbioru Ukrainy i publicznych wypowiedzi o takiej treści Żyrinowskiego. Rezygnacja z roszczeń do Lwowa jest więc, pisał Mieroszewski, decyzją wymierzoną w Rosję. Polska odniesie sukces w tej rozgrywce geopolitycznej, jeśli narody oddzielające ją od rdzennej Rosji będą pewne jej przyjaźni i poparcia.

Ideę jagiellońską uważał za anachronizm, bowiem w interesie Polski nie jest ekspansja terytorialna kosztem Rosji. Wszystko, co Polska powinna robić w polityce wschodniej ograniczać się winno do zabezpieczenia się przed Rosją, a to wymaga aktywnej polityki na rzecz umacniania suwerenności państw położonych między Rosją a Polską. Mówienie o „polityce jagiellońskiej” jest szkodliwe, bo zawiera w sobie fałszywe przesłanie o polskich intencjach.

Potencjał niepodległościowy Polaków

Skoro pojawienie się warunków sprzyjających odzyskanie przez Polskę niepodległości Mieroszewski uznał za pewnik, to następna kwestia musiała dotyczyć „potencjału niepodległościowego” Polaków. Trapiło go, czy polskie elity będą w stanie, moralnie i intelektualnie, potencjał ten wykorzystać, stworzyć niezbędną do tego wizję narodowej tożsamości. Mieroszewski dociekał tego, mieszkając w Londynie, w rozmawach z przybyłymi z Polski gośćmi. Nie skłaniało go to do optymizmu. Sądził, iż jego rozmówcy nie mieli takiej wizji, a nawet nie odczuwali potrzeby jej posiadania. „Wizja – pisał – jest krystalizacją dążeń i pragnień aktywnie myślących ludzi danej społeczności narodowej. Na dalszą metę to, do czego część danego społeczeństwa świadomie dąży i czego pragnie – w znacznie większym stopniu determinuje los narodu niż tak zwane obiektywne warunki zewnętrzne.” Warunkiem niepodległości państwa jest mentalna niepodległość narodu, a nie odwrotnie. Trudno nie przyznać mu racji: bez wizji nie ma programu; wizja powinna łączyć emocje z racjonalną kalkulacją, pobudzać wyobraźnię i ukierunkowywać wysiłki na cele warte osiągnięcia.

W prezentowanej diagnozie stanu „polskiego ducha” Mieroszewski wyróżnił „cechy immanentne” oraz „cechy incydentalne” (mentalność nowej inteligencji). Co do pierwszych – polityka średniej wielkości państwa musi być formułowana starannie i ostrożnie, lecz też musi być twarda i nieustępliwa, bo średniego państwa nie stać na luksus błędów. Polacy natomiast bywają niezłomni, lecz rzadko są twardzi i nieustępliwi. Twardość i nieustępliwość cechuje realistów, nigdy romantyków i supermocarstwowców.

Co do cech incydentalnych, zdaniem Mieroszewskiego, tradycyjna polska inteligencja skończyła się; pojawiła się nowa, która wydaje się nie posiadać wizji umożliwiającej wypracowanie programu politycznego. Przy jej braku, zmiana warunków otoczenia może nas zaskoczyć – nie będziemy mieli odpowiedzi na podstawowe pytania i problemy. Pod koniec życia sam taką wizję próbował naszkicować.

„Polskość trzeba praktykować – trzeba nie tylko być zaangażowanym, lecz trzeba przemyśleć polską problematykę i trzeba budować w swej duszy wizję Polski w oparciu o zasady chrześcijańskie, bacząc uważnie, by w naszej wizyjnej Polsce obrona interesu narodowego nie oznaczała krzywdy pobratymczego narodu. Na dalszą metę bowiem realne jest to, co jest słuszne. Cele niesłuszne bywają osiągalne, lecz niesłuszne rozwiązania czy układy sytuacyjne nigdy nie są trwałe. Dlatego wizja, by w przyszłości choćby częściowo mogła być przetłumaczona na politykę realną, musi być słuszna i moralnie bez skazy. Wizja przyszłej Polski winna być oparta na zasadach chrześcijańskich i na kulturze typu zachodnioeuropejskiego [...], wizja moralnie słuszna, intensywnie wyznawana przez część choćby narodu, jest siłą historiotwórczą”

Gdzie jesteśmy?

W jakim stopniu omawiana tu problematyka odnosi się do sytuacji w jakiej obecnie jesteśmy? W jakim stopniu tamte spory są aktualne dzisiaj? Mimo tego, że mamy do czynienia z odmienną niż w latach 1970-tych konstelacją polityczną – a zauważmy, że w znacznym stopniu jest ona zgodna z przewidywaniem Mieroszewskiego – omawiane tu podejście nie straciło wiele na aktualności. Co więcej, w dyskursie publicznym pojawiają się stanowiska i argumenty podobne do tych sprzed lat. Nasuwa się czasem wrażenie, że obawy Mieroszewskiego, co do mentalnego przygotowania Polaków do niepodległości nie były całkiem bezpodstawne.

W sferze werbalnej polskiej polityki zagranicznej wciąż w znacznej mierze dominuje paradygmat Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. Jednak w praktyce polityki zagranicznej polskich rządów, szczególnie rządu Donalda Tuska, skutecznie przebija się endecka idea dwu największych słowiańskich narodów, które – nie zważając na interesy innych narodów słowiańskich, a przede wszystkim Ukraińców i Białorusinów – powinny „ułożyć swoje stosunki na bazie bilaternalnej”. Z tym, iż to tylko Polska ma na te interesy nie zważać. Oznacza to podporządkowanie wschodniej polityki Polski interesom Rosji.

Ze stanowiskiem „Russia first” łączy się inne, które jeszcze bardziej obniża znaczenie stosunków ze wschodnimi sąsiadami. Mówi ono, że wyłącznym priorytetem polityki bezpieczeństwa Polski jest członkostwo w NATO, co otwiera możliwość przyjaznych stosunków z Rosją niezależnie od tego, co ta ostatnia zrobi ze swoimi bezpośrednimi sąsiadami – Białorusią i Ukrainą. Zgodnie z nie potwierdzoną pogłoską, Lech Wałęsa miał, na przykład, uzyskać w sierpniu 1993 r. zgodę prezydenta Jelcyna na wejście Polski do tego Sojuszu (ten zaraz się z niej wycofał), w zamian za obietnicę rezygnacji Polski z popierania interesów ukraińskich.

Minister Radosław Sikorski kilkakrotnie, przy różnych okazjach głosił hasło odejścia od „polityki jagiellońskiej” na rzecz „opcji pastowskiej”. Pomińmy drobny fakt, że wszyscy trzej główni aktorzy tego wystąpienia – Bocheński, Gedroyć i Mieroszewski – byli zdecydowanie ludźmi Zachodu i optowali za zbliżeniem z Niemcami, a Mieroszewski wprost odżegnywał się od „polityki jagiellońskiej”, jako należącej od innej epoki. Postawienie przez Sikorskiego dylematu polityki zagranicznej Polski w kategoriach „jagielloństa vs. piastowska” jest pozbawione sensu z powodów historycznych. Piastowie mieli swoje interesy na wschodzie i na zachodzie, zdawali też sobie sprawę, że skuteczna polityka na jednym kierunku wzmacnia ich pozycję na kierunku drugim. Podobnie było w przypadku Jagiellonów. Opcja jagiellońska, była polityką Rzeczypospolitej Polski i Litwy, a zatem innego bytu państwowego. O ile Józef Piłsudski mógł myśleć o jego odbudowie, choć w innej formie, to po 1920 roku nawet kręgi bliskie mu ideowo takich złudzeń nie miały. Polska musi mieć politykę wschodnią skoordynowaną z polityką zachodnią oraz politykę zachodnią skoordynowaną z celami na wschodzie. Mamy tu do czynienia z koniunkcją, a nie z alternatywą. Na zachodzie Polska musi orientować swoją politykę na umacnianie stosunków z dwoma kluczowymi krajami: Niemcami w Unii Europejskiej oraz Stanami Zjednoczonymi – w NATO. Warto pamiętać, że interesy polityczne obu tych państw często są ze sobą niezgodne. A polityczne i gospodarcze priorytety Niemiec w Europie Wschodniej także niekoniecznie muszą być zgodne z interesami Polski. Podobnie, interesy Waszyngtonu nie muszą być zgodne z naszymi. Polska musi mieć więc własną politykę zagraniczną, zdefiniowaną przez własne interesy i wypracować narzędzia umożliwiające uzgodnienie tej polityki z pozostałymi partnerami, zarazem nie podporządkowując się im. Tymczasem w publicystyce polskiej oraz we wpływowych kręgach decydenckich często pojawia się teza, że dla bezpieczeństwa Polski stosunki ze Stanami Zjednoczonymi straciły znaczenie. Vide wypowiedź ministra Sikorskiego podsłuchanej rozmowie z ministrem Rostowskim, w której poddaje on w wątpliwość sojusz z USA – opinia, w kontekście rosyjskiej agresji na Ukrainie, zdecydowanie egzotyczna. W tym myśleniu Sikorski nie jest odosobniony. Myślenie w kategoriach alternatyw: polityka piastowska lub jagiellońska; UE albo NATO; Niemcy albo USA; Ukraina albo Rosja, jest objawem umysłowego prostactwa. Na takich podstawach intelektualnych nie buduje się mądrej, skutecznej polityki zagranicznej.

Dodatkowy zamęt w tej dziedzinie powodują modne spory o historię Polski. Warto o nich to wspomnieć, bo podstawy, na jakich buduje się tożsamość narodową nie są obojętne dla polityki kraju w każdej dziedzinie – także zagranicznej. Wskażę na dwa stanowiska, „lewicowe” i „prawicowe”, które w jednej kwestii się ze sobą paradoksalnie łączą: w potępieniu „polskiej lekkomyślności”, by delikatnie rzecz określić. „Lewica” rozgrzesza PRL, jako strategię modernizacji oraz historyczną konieczność. Częścią rozgrzeszenia jest ubolewanie nad „błędem”, jakim było Powstanie Warszawskie, które doprowadziło do strasznych zniszczeń ludzkich i materialnych. Powstanie skierowane było ostrzem militarnym przeciwko Niemcom, ale politycznym – przeciwko komunistycznej Rosji. W związku z tym było dziełem nieodpowiedzialnym. Publicyści „prawicowi”, jako zwolennicy „real politick” też potępiają Powstanie Warszawskie, ale przede wszystkim występują z krytyką polskiej polityki wobec hitlerowskich Niemiec, pod koniec lat 1930-tych, sugerując, iż należało podporządkować się ich dyktatowi i wraz z nimi zaatakować ZSRR. Każdej stronie chodzi jednak o coś innego. „Lewica” usprawiedliwia komunizm i swój w nim udział: „było to słuszne na określonym etapie historii”. „Prawica” uznaje, że po co walczyć z silniejszym, skoro lepiej od razu poddać się.

Oba stanowiska byłyby nie do przyjęcia dla „niepodległych Polaków”, by użyć sformułowania Bocheńskiego. Są one bowiem sprzeczne z tradycyjnie polskim systemem wartości. Te wartości, pod którymi „niepodlegli Polacy” zapewne podpisaliby się, najlepiej wyraża następujący cytat: „[...] może zdarzyć się taki moment, kiedy przyjdzie walczyć, mając wszystko przeciwko sobie i tylko niewielką szansę przetrwania. Może być nawet gorzej. Będzie trzeba walczyć, gdy nie ma nadziei na zwycięstwo, bo lepiej zginąć niż żyć w niewoli.” Napisał to, skądinąd realista, Winston Churchill. Poczucie narodowej godności i szacunek dla tradycji to są przesłanki na których należy budować politykę państwa. Kiedy ich brakuje, pozostaje zagubienie w sferze wartości i oportunizm. Tego Polacy niewolni nie pojmują.

Artykuł dodano w następujących kategoriach: Polska.