Powrócił pomysł utworzenia „europejskiej armii”. Długa lista zagrożeń dla przyszłości bezpieczeństwa Europy

Jean-Claude Juncker oświadczył, że Europa, z powodu konfliktu na Ukrainie, musi rozważyć pomysł utworzenia „europejskiej armii”. Realizacja nieoczekiwanej deklaracji szefa KE, w scenariuszu negatywnym, może doprowadzić jednak do podważenia roli NATO oraz USA na Starym Kontynencie. Z uwagi na brak strategicznej wizji oraz proces „samorozbrajania się” Europy, powstał niebezpieczny paradoks, a „sygnał” z UE pod adresem Rosji może zostać odczytany przez Kreml w zupełnie odwrotny sposób.

Przewodniczący Komisji Europejskiej w niedzielnym wywiadzie dla „Welt am Sonntag” stwierdził, że utworzenie „wspólnej armii” będzie sygnałem pod adresem Rosji dotyczącym gotowości do „obrony wartości Unii Europejskiej”. Jean-Claude Juncker podkreślił, że taki ruch zwiększyłby rolę Europy na forum globalnym – poprzez lepszą koordynację polityki zagranicznej i obronnej państw członkowskich UE. Jak przy tym zaznaczył, europejskie siły zbrojny nie powinny być traktowane jako „wyzwanie” dla roli obronnej, jaką pełni obecnie NATO.

Koncepcja „europejskiej armii” korzeniami sięga planu Plevena z 1950 roku, który miał być podstawą tzw. Europejskiej Wspólnoty Obronnej. Koncepcje te nie weszły jednak w życie, choć Unia Europejska w ostatnich latach przystąpiła do prób wprowadzania elementów wspólnej polityki w zakresie bezpieczeństwa i obrony. Plany służące zacieśnianiu europejskiej integracji, Juncker popierał jeszcze jako premier Luksemburga; teraz, zdaniem szefa KE, utworzenie „wspólnych” sił zbrojnych stanowiłoby zdecydowany wyraz intencji Europy w zakresie bezpieczeństwa.

Pomysł sformowania „Euroarmii” od lat natrafia na zdecydowany opór tych państw europejskich, które zwracają uwagę, że polityka wojskowa stanowi trzon uprawnień pozostających w gestii suwerennego państwa. Kwestię tę, po raz kolejny podniesioną przez Junckera, skrytykowali już Brytyjczycy, choć wstępnego poparcia tej koncepcji skłonne byłyby udzielić Niemcy. Na chwilę obecną wypowiedź przewodniczącego KE należy traktować jako deklarację politycznych intencji, mając na uwadze liczne zastrzeżenia co do skutków utworzenia „europejskiej armii”. Co więcej, przeciwnicy pogłębiania integracji mogą tę wypowiedź odebrać jako ponowne wprowadzanie koncepcji „europejskiej federacji” od kuchni – wbrew ubiegłorocznym deklaracjom Junckera.

Odrębna „armia” czy europejski filar NATO? Długa lista obaw państw europejskich

Największym zastrzeżeniem, i to pomimo deklaracji Junckera, jest to, czy „europejska armia” będzie czymś w rodzaju europejskiego filaru NATO, czy kompletnie odrębną formacją zbrojną działającą poza strukturami Sojuszu. Kontrowersje dotyczą praktycznej możliwości zdublowania struktur i kompetencji Sojusz Północnoatlantyckiego, sprawiając, że taka „konkurencja” w zakresie spraw obronnych doprowadziłaby do chaosu organizacyjnego w społeczności Zachodu. Takiemu scenariuszowi mogłoby zapobiec tylko podporządkowanie „europejskiej armii” dowództwu NATO – w ramach strategii Sojuszu. W innym razie, w „scenariuszu negatywnym”, rola NATO mogłaby zostać podważona.

Na uwadze należy mieć także fakt, że proces budowania „wspólnych sił” zająłby, co najmniej, kilka lat. Towarzyszyć mu będą naturalne spory dotyczące struktury, planu działania czy sposobu finansowania. A fakt, że byłby to projekt przede wszystkim polityczny, sprawia, że byłyby to spory natury politycznej, a nie strategicznej. Praktyczne budowanie „Euroarmii” nie oznaczałoby prostego sumowania zdolności wojskowych poszczególnych państw; pojawiłoby się także magiczne hasło „konsolidacji”, co w wydaniu europejskim na ogół oznacza cięcie wydatków, które skutkowałoby w prostej linii zmniejszeniem stanu osobowego takich sił już na etapie samego projektu.

Proces „samorozbrajania się” Europy. Obietnica z Newport pod znakiem zapytania

Po­stę­pu­ją­cą re­duk­cję wy­dat­ków w za­kre­sie bu­dże­tów woj­sko­wych, ozna­cza­ją­cą fak­tycz­ne sa­mo­roz­bra­ja­nie się Eu­ro­py, trud­no uznać za po­waż­ne trak­to­wa­nie gwa­ran­cji bez­pie­czeń­stwa wobec oby­wa­te­li państw eu­ro­pej­skich. Wia­do­mo już, że część eu­ro­pej­skich państw NATO, w tym Wiel­ka Bry­ta­nia, Fran­cja i Niem­cy, nie do­trzy­ma stra­te­gicz­nie waż­nej obiet­ni­cy z New­port do­ty­czą­cej za­sto­po­wa­nia cięć w bu­dże­tach obron­nych. Po­ja­wia się więc py­ta­nie, dla­cze­go pań­stwa te nagle ze­chcia­ły­by łożyć pie­nią­dze na „armię eu­ro­pej­ską”, skoro już teraz nie wy­peł­nia­ją swo­ich zo­bo­wią­zań wobec So­ju­szu?

Niedotrzymywanie ustaleń w ramach NATO przez Europejczyków budzi coraz większy sprzeciw w Stanach Zjednoczonych. Pentagon, utrzymując Armię USA w Europie (USAREUR) i biorąc na siebie główny ciężar odstraszania Rosji w ramach misji „Atlantic Resolve”, dokłada poważne pieniądze do bezpieczeństwa Starego Kontynentu; są to wydatki, których ponosić nie chcą państwa europejskie, co świadczy nie tylko o braku ich odpowiedzialności, ale także o braku strategicznej wizji – i to w obliczu bezprecedensowego zagrożenia dla Europy za sprawą konfliktu na Ukrainie i agresywnych działań Moskwy.

Niepokój o reakcję Waszyngtonu. Największe „marzenie” Władimira Putina

Koncepcja „Euroarmii” od lat budzi obawy o reakcję Stanów Zjednoczonych; Waszyngton, popierając integrację w Europie, podkreśla jednak rolę NATO jako najważniejszej organizacji gwarantującej bezpieczeństwo Starego Kontynentu. Najgorszym scenariuszem, gdyby górę w którymś momencie wzięły ambicje polityczne, byłoby zantagonizowanie Amerykanów, skutkujące wycofaniem sił zbrojnych USA z Europy. W końcu pytanie „Dlaczego amerykański podatnik ma płacić za obronę Europy?”, powraca w USA coraz częściej.

Teoretycznie, zredukowanie obecności zbrojnej USA mogłoby doprowadzić do poluzowania relacji transatlantyckich, co byłoby spełnieniem marzenia Władimira Putina – nawet w obliczu podpisania porozumienia TTIP. W samym tylko wymiarze militarnym, ograniczenie współpracy z USA ograniczyłoby mobilność „Euroarmii”. A realny wzrost nakładów na zbudowanie takich zdolności w Europie jest nierealny, co pokazuje dobitnie fakt niedotrzymywania obietnicy przez europejskie państwa Sojuszu. Zresztą spory będzie budziła nie tylko wysokość wkładu poszczególnych państw do „wspólnego” budżetu, ale także np. gotowość Francji do przekazania jej lotniskowców na potrzeby misji w tych częściach świata, w których Paryż nie chciałby interweniować.

„Euroarmia” jako ofiara rozgrywek politycznych. Negatywny wpływ na interesy narodowe

Utworzenie „armii europejskiej” i „wyjęcie” polityki obronnej spod kompetencji państw członkowskich UE mogłoby mieć negatywny wpływ na konkretne decyzje dotyczące obrony interesów narodowych. W takim scenariuszu, na przykład, Wielka Brytania de facto mogłaby się pozbawić możliwości obrony Falklandów, a państwa Europy Wschodniej – wpływu na decyzje służące trwałemu wzmocnieniu granic wschodnich. Z kolei kwestia „głębokości” integracji wojskowej stwarza możliwość, że niektóre kraje mogłyby się pozbawić części zdolności w zakresie poszczególnych gałęzi sił zbrojnych.

„Euroarmia”, jako projekt polityczny, może paść ofiarą rozgrywek politycznych nie tylko na etapie jej tworzenia, ale także na etapie funkcjonowania; wątpliwości będzie budzić choćby natura jej dowództwa, które może i być „wielonarodowe”, ale faktyczne decyzje dotyczące jej użycia zależałyby od najsilniejszych państw UE. Niektóre państwa, takie jak Francja, z powodów historycznych i ambicjonalnych, nieraz manifestują swoją niezależność w Sojuszu. Paryż w 1966 roku wystąpił przejściowo z wojskowych struktur NATO, co powoduje, że taka powtórka jest także teoretycznie możliwa w przypadku „armii europejskiej”.

Ukraina poza strukturami „armii europejskiej”. Jak Rosja odczyta „sygnał” UE?

Odnosząc koncepcję „Euroarmii” do obecnych warunków geopolitycznych trzeba zaznaczyć, że jej utworzenie nie poprawiłoby strategicznej sytuacji Ukrainy. Kijów pozostałby poza strukturami takiej formacji, ponieważ jego droga do członkostwa w UE, tak jak i ewentualnie w NATO, zajmie cała lata. Powołanie „Euroarmii” nie jest więc „projektem europejskim”, ale ekskluzywnym projektem przewidzianym dla państw UE. Rosja mogłaby więc odczytać „sygnał”, o którym mówił Jean-Claude Juncker, w zupełnie inny sposób – jako rodzaj rzekomej „zgody” na odbudowę rosyjskiej strefy wpływów w Europie Wschodniej.

W takim scenariuszu strategiczne potrzeby Europy zupełnie rozminęłyby się z zapewnieniami o europejskiej solidarności (oraz o partnerstwie Ukrainy z NATO) ze wschodnią częścią kontynentu. W szerszej perspektywie można mieć także obawy, czy „europejska armia” byłaby gotowa interweniować poza granicami Europy, np. w wojnie z terroryzmem w Afryce Północnej. Trudno oprzeć się bowiem wrażeniu, że na interwencjach w newralgicznych punktach świata bardziej zależy Amerykanom, a nie Europejczykom.

Europejscy zakładnicy sondaży. Ryzyko kolejnego „papierowego projektu”

W Europie, w sytuacji, gdy trzeba podejmować konkretne działania, rządzący coraz częściej nie kierują się wymogami strategii, lecz wynikami sondaży; wymownie pokazała to kwestia dostaw broni dla Ukrainy, która stała się „zakładnikiem” badań opinii publicznej. Ten niebezpieczny paradoks doskonale obrazuje inne zagrożenia dla „europejskiej armii”, np. polityczne. Wystarczy pomyśleć, co by było, gdyby wybory europejskie zaczęli wygrywać eurosceptycy, z prawa i lewa, domagający się rewizji, bądź nawet „zwinięcia”, procesu integracji.

W takim scenariuszu Europa i jej armia mogłyby się doczekać co najmniej paraliżu, a w wersji „maksimum” – prób demontażu niektórych elementów UE, np. jej polityki wojskowej. Sprzyjać temu mogą działania niektórych państw domagających się ograniczenia kompetencji przekazanych Unii. Najmocniejsze stanowisko prezentuje obecnie Wielka Brytania, której władze domagają się zwrotu części unijnych uprawnień państwom członkowskim. Czy przy takim nastawieniu istnieje możliwość przekazania Brukseli kolejnych kompetencji – tym razem w zakresie polityki obronnej? To mocno retoryczne pytanie oznacza, że „Euroarmia” pozostałaby de facto tylko „na papierze”.

Europa wykona krok w złym kierunku? Zachód musi odrobić lekcję z historii

Szef Komisji Europejskiej twierdzi, że zbudowanie „armii europejskiej” byłoby sygnałem pod adresem Rosji dotyczącym gotowości do obrony „europejskich” „wartości”. Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by państwa UE i NATO (a więc także USA) wysłały Rosji mocny sygnał np. poprzez przekazanie broni Ukrainie. Wszystko wskazuje jednak na to, że jest to scenariusz coraz mniej realny – z uwagi na opieszałość, będącą emanacją braku strategicznej wizji państw UE. Brak zdecydowania nie jest dobrą wróżbą na przyszłość dla tworzenia całościowych strategii, a mówiąc o obronie wartości trzeba także przypomnieć, że to NATO broniło ich od czasów Zimnej Wojny.

Dzielenie kompetencji obronnych pomiędzy NATO i UE jest krokiem w złym kierunku. Część europejskich polityków zapomina, że NATO to najpotężniejszy sojusz wojskowy w historii, który, lepiej lub gorzej, ale jednak, sprawdził się zarówno w czasie Zimnej Wojny, jako siła, która powstrzymała pochód komunizmu na Zachód, jak i w czasie operacji na Bałkanach czy w Afganistanie. Utworzenie „europejskiej armii” byłoby zmarnowaniem doświadczenia Sojuszu oraz postawiłoby pod znakiem zapytania całą nową strategię NATO z Newport; gdyby tak się stało, okazałaby się, że Zachód nie odrobił lekcji z lat 1949-1989.

Wspólny strategiczny cel UE i NATO. Jedyny klucz do bezpieczeństwa Europy

Unia Europejska, bez wątpienia, ma zasoby, która mogłaby wnieść do tworzenia architektury europejskiego bezpieczeństwa. Proces jego budowy powinien jednak opierać się na zwiększaniu kooperacji pomiędzy organami UE i NATO, a nie na tworzeniu „konkurencyjnych struktur”. Nic przecież nie stoi na przeszkodzie, by państwa europejskie dotrzymały obietnic z Newport i przeznaczyły większą ilość pieniędzy na obronę, zacieśniając współpracę przemysłów obronnych i modernizując siły zbrojne, co poprawiłoby strategiczną sytuację kontynentu.

Innymi słowy, „integracja wojskowa” w Europie będzie krokiem w dobrym kierunku, jeśli przyczyni się do zwiększenia kooperacji między panstwami europejskimi (a także pomiędzy UE i NATO), ale nie doprowadzi do podważenia roli NATO w systemie obronnym Starego Kontynentu poprzez zdublowanie struktur wojskowych i rozmycie kompetencji w sferze wojskowej. Taka „Euroarmia”, będąca europejskim filarem NATO, mogłaby rzeczywiście zwiększyć rolę Europy na arenie międzynarodowej. Obecna sytuacją geopolityczna sprawia jednak, że kluczem do zapewnienia bezpieczeństwa kontynentu jest pełne i jak najszybsze wdrożenie strategii NATO przyjętej podczas szczytu w Newport.

Przemysław Henzel dziennikarz Onetu

Zródło: onet.pl 12 03 2015

Artykuł dodano w następujących kategoriach: Nie czytaliście..., UE.