Armia zjeżdża po równi pochyłej

skrzypczak

Z gen. Waldemarem Skrzypczakiem, byłym dowódcą Wojsk Lądowych, który odszedł z armii w proteście przeciwko nadmiernej biurokratyzacji, rozmawia dziennikarz INTERIA.PL, Marcin Ogdowski.


W czasie kampanii prezydenckiej sporo mówiło się o Afganistanie. Potem dyskusje ucichły, a wojsko jak było na niechcianej przez większość Polaków wojnie, tak jest…

Gen. Waldemar Skrzypczak: – … i nadal brakuje porządnej strategii na poziomie NATO, która by definiowała, jakie są cele tej misji. Czy będą one wynikały z tego, co chcemy tam osiągnąć, czy określi je wyłącznie czas pobytu wojsk.
Taka strategia byłaby „wyjściówką” dla polskiego rządu?

- Owszem. I byłaby wygodna dla polityków, którzy wreszcie wiedzieliby, co mają deklarować narodowi. W ten sposób uniknęlibyśmy również sytuacji, w której – jak podczas kampanii prezydenckiej – składane są przedwczesne deklaracje, że od razu wychodzimy z Afganistanu. Takie wypowiedzi na pewno nie służą sprawie Polski, która musi być wiarygodnym członkiem NATO, a nie chimerycznym, który nie wie, czego chce.

Jak te cele powinny zostać zdefiniowane?

- One powinny być zdefiniowane przed misją, przed rozpoczęciem jakichkolwiek działań w Afganistanie.

Ale mleko się rozlało – wojska już tam są, a sensownej strategii nie ma.

- Moim zdaniem, te cele powinny wyglądać tak: chcemy zbudować silny i wiarygodny dla Afgańczyków rząd. Do tego sprawny system bezpieczeństwa, czyli policję i armię. Po trzecie, musimy stworzyć ramy gospodarki. I po czwarte – wyizolować wpływy państw sąsiednich, które ścierają się na terenie Afganistanu: Iranu, Chin, Indii, Pakistanu. Te kraje absolutnie nie są zainteresowane stabilizacją w tym rejonie.
- Jeżeli tego wszystkiego nie zrobimy, to stanie się to samo, co w Iraku po wyjściu wojsk koalicji – zapanuje kompletny chaos.

To są globalne cele, a Polska nawet w Afganistanie globalnym graczem nie jest. W czym powinniśmy się wyspecjalizować?

- Jeśli idzie o nasz potencjał wojskowy, nie widzę możliwości, abyśmy w czymś mogli się wyspecjalizować. Musimy natomiast uświadomić sobie, że nie wygramy w Afganistanie wyłącznie dzięki wojsku. Tymczasem nie widać zaangażowania innych resortów w stabilizację „polskiej” prowincji.
- Dla przykładu: wielkim nieobecnym jest tam Ministerstwo Zdrowia, choć system opieki medycznej trzeba budować od podstaw, nie ma MSWiA, mimo iż tworzy się policja. Brakuje Ministerstwa Budownictwa, choć musi powstać cała nowoczesna infrastruktura.
Słowem, teraz możemy tylko walczyć, ale w ten sposób nie da się przekonać Afgańczyków, że można żyć inaczej.
- Właśnie tak. I dlatego oddajemy pole talibom. Bo choć oni również nie mają wiele do zaoferowania, to grają na uczuciach religijnych. Moglibyśmy ich przebić, poprawiając jakość życia Afgańczyków. Ale ludziom byt się nie poprawia.

Jakieś działania w tym kierunku są podejmowane – przecież w strukturach kontyngentu jest oddział współpracy cywilno-wojskowej, zajmujący się m.in. pomocą humanitarną.

- Tak, ale to wszystko dzieje się siłami wojska, dla którego zawsze będzie to marginalna działalność. I które, siłą rzeczy, nie ma tak dobrych fachowców – bo to przecież nie ta branża.
- Poza tym wojsko ma często związane ręce. Bo zbyt wiele jest problemów, które polskie prawo, z perspektywy afgańskiej – podobnie zresztą jak wcześniej irackiej – niewłaściwie reguluje. W krajach, w których przyszło nam działać, obowiązują inne reguły gry.
- Weźmy przykład bakszyszu – oni tam się dziwią, że załatwiając z nimi kontrakt, na przykład na odbudowę jakiejś szkoły, nie chcemy przy tym brać czy dawać bakszyszu.

A jak weźmiemy, to w Polsce wybucha wielka afera.

- No właśnie. Trzeba znać i szanować odmienność kulturową, inną tradycję. W tej chwili jest tak, że my ją znamy, ale nie wolno nam jej respektować. „Naszym” wydaje się – szczególnie żandarmerii i prokuraturze – że wiedzą lepiej od Afgańczyków, czego oni chcą. Jak chcą sobie zorganizować życie.
I żeby nie było wątpliwości: nie pochwalam korupcji w polskich szeregach. Wierzę jednak, że da się wypracować procedury, które uwzględniałby kulturową specyfikę.

Wróćmy do zagadnień typowo wojskowych. Czy pana zdaniem konstrukcja kontyngentu, w którym ledwie 1/5 żołnierzy służy w oddziałach bojowych, zaś reszta to szeroko rozumiane wsparcie, jest właściwa?

- Trzeba wiedzieć, jakie się chce osiągnąć cele i stosownie do tych celów budować kontyngent. I niech tych żołnierzy będzie rzeczywiście 1/5, ale pod warunkiem, że kontyngent będzie na tyle liczny, by móc zarówno walczyć, jak i odbudowywać infrastrukturę. Tymczasem polskie kontyngenty nie są w stanie ogarnąć sytuacji ani militarnie, ani gospodarczo.

Polskie „wyślemy, co mamy, i jakoś to będzie”?

- Coś w tym stylu. Powiem panu, jak buduje się u nas kontyngent. Otóż przychodzą kontrahenci Sztabu Generalnego WP – dowódcy, przedstawiciele SKW, SWW, logistyka, służba zdrowia, żandarmeria, wojskowo straż pożarna itd. – i siadają do stołu. I każdy chce wcisnąć jak najwięcej „swoich”. Jeśli kontyngent ma liczyć 2,5 tys. ludzi, to na finale może się okazać, że tych z formacji bojowych jest naprawdę tylko 500. A później mnóstwo ludzi pęta się po bazach i jest bezrobotna.
- Weźmy takiego magazyniera, od konkretnego sprzętu. Otwiera magazyn raz na dobę, gdy wojsko coś tam pobiera. Potem przez dwie godziny walczy dzielnie z papierami, ewidencjonując przychód czy rozchód, no i ma po dniówce. Teraz z czystym sumieniem może szturmować DIFAC (stołówkę – dop. MO). A przecież wystarczyłoby utworzyć magazyny wielobranżowe i w ten sposób wyeliminować parę niepotrzebnych etatów.

Dlaczego dowódcy kontyngentów godzą się na taki stan rzeczy?

- Dowódców nikt nie słucha! Kontyngenty formuje się, realizując oczekiwania wojskowej biurokracji, która myśli, że „jej” są najważniejsi. I gdzieś w tym tumulcie walczących o stanowiska ginie cel misji.

A żołnierz „bojówki” robi dwa patrole na dobę, pada ze zmęczenia, nie ma zbyt wiele wolnego czasu…

- Zaraz, zaraz – czas wolny? Po co! Przecież wtedy żołnierz zaczyna myśleć. Nie o walce, tylko o rodzinie. Zaczyna tęsknić, dopada go frustracja, słowem: obniża się jego zdolność bojowa. Uważam, że żołnierz przez te 6 miesięcy powinien walczyć, spać – bo sen regeneruje – i jeść. A odrobinę czasu wolnego przeznaczać na przygotowanie sprzętu do walki. Siatkówka, piłkarzyki? Żołnierz bojowy nie ma na to czasu. Wraca do bazy, bierze kąpiel, je i idzie spać.

Nie każdy na misji ma taki rytm dnia. Stąd zresztą bierze się podział na „wodzów” i „indian”, na „bojówkę” i „sztaboli”. Stąd pogardliwe określenie oficerów mianem „dzbanów”.

- To nie dotyczy pododdziałów bojowych – tam dowódcy są ze swoimi żołnierzami cały czas. Ale rzeczywiście, jak wojsko widzi pętających się po bazie nierobów, którzy są tylko po to, aby sporządzać jakieś tabelki czy meldunki, biorąc za to kupę kasy, to rodzi frustracje.

Panie generale, biurokracji nie da się wyeliminować.

- Owszem, tylko że u nas z roku na rok jest coraz mniej wojowników, a coraz więcej wodzów.
- Biurokracji można nadać rozsądne granice. Jaką statystykę prowadzi się na wojnie? Zniszczonego i zużytego sprzętu, zabitych i rannych żołnierzy. Taki zakres jest niezbędny, bo trzeba zaplanować i przeprowadzić uzupełnienia oraz zapewnić zaopatrzenie. I tyle. Po jaką cholerę nam statystyki z czasów pokoju: jakiś tam stan żywionych itp. Skoro wysłaliśmy wojsko na wojnę, to przejdźmy z nim na gospodarkę wojenną. To odetnie co najmniej 1/4 całej biurokracji.

Artykuł dodano w następujących kategoriach: bezpieczeństwo, Polska.