Czesi nie chcą euro: Nikt nas nie zmusi

Dziś w Pradze nie mówi się już o ustaleniu daty wprowadzenia wspólnej waluty, ale czy można w ogóle zrezygnować z jej przyjęcia

- Nikt nie może nas zmusić do wprowadzenia euro, a w praktyce sami możemy się z akcesji wycofać. Także tylko od nas zależy, kiedy wstąpimy do mechanizmu ERM2, i nie ma powodu, aby się z tym spieszyć – powiedział w niedzielę w czeskiej telewizji premier Petr Neczas.

Jego słowa oddają nastroje Czechów, którzy widząc problemy strefy euro, wolą pozostać przy koronie. Ostatnie duże badanie opinii publicznej z połowy października jest jednoznaczne – ponad 70 proc. Czechów zdecydowanie sprzeciwia się wprowadzeniu euro. A przecież miało ono miejsce przed zwróceniem się Irlandii o pomoc finansową i spekulacjami, że w ślad za nią podążą kolejne kraje – dziś przeciwników euro nad Wełtawą może być więcej.
Za wspólną walutą są przedsiębiorcy i eksporterzy, dla których pozostanie przy koronie oznacza większe ryzyko zmian kursów walut i mniejsze zyski. Czeska gospodarka oparta jest na eksporcie, sprzedaż towarów za granicę przez koncerny takie jak Škoda odpowiada za 70 proc. PKB. Jednak Neczas pozostaje nieugięty. – W tej chwili koszty utrzymania korony są znacznie niższe niż wprowadzenia euro i ta sytuacja jeszcze długo się nie zmieni – powiedział. Dodał, że pomoże to też Czechom szybciej doszlusować do poziomu rozwiniętych gospodarek UE i utrzymać w ryzach inflację.

Korona umacnia się do wspólnej waluty, euro kosztuje 25 koron – o 3,4 proc. mniej niż pół roku temu.

Przed wstąpieniem do UE Czechy, podobnie jak inne kraje regionu, zobowiązały się w traktacie akcesyjnym do wprowadzenia euro, jednak bez podawania konkretnej daty. Poprzedni premier Jan Fischer ostrożnie zakładał, że z powodu kryzysu i konieczności spełnienia wszystkich wymogów akcesja do strefy euro mocno się opóźni i będzie możliwa najwcześniej w 2017 roku. Obecny szef rządu zapowiedział w niedzielę, że nie poda terminu do końca swojej kadencji w 2014 roku.

- Nawet podanie wstępnej daty byłoby teraz polityczną i ekonomiczną głupotą. Strefa euro mocno zmieniła się od czasu, kiedy głosowaliśmy za przystąpieniem do UE – tłumaczył w niedzielę premier Neczas.

Czeski rząd szuka teraz sposobu, jak wykręcić się z zawartego w traktacie zobowiązania przyjęcia euro. Poprosił o to premiera prezydent Vaclav Klaus, eurosceptyk i krytyk wspólnej waluty.

Niezależnie od tego, co sądzą o euro, Czesi muszą i tak zaciskać pasa, by spełnić unijne wymogi dotyczące deficytu budżetowego. Rząd zobowiązał się zmniejszyć go do poniżej 3 proc. PKB do końca 2013 roku (w ubiegłym roku wyniósł 5,9 proc. PKB). – To jest dla nas prawdziwe wyzwanie – powiedział Neczas, dodając, że zanim Czechy zaczną myśleć o euro, muszą jeszcze przeprowadzić ważne reformy systemu emerytalnego i ochrony zdrowia.

Euro obawiają się też Estończycy. Z opublikowanego w połowie listopada badania instytutu Saar Poll wynika, że z przyjęcia euro od stycznia 2011 r. cieszy się 34,3 proc. ankietowanych, obawia się zaś aż 52,8 proc.

Pod koniec listopada wiceminister finansów Ludwik Kotecki stwierdził, że Polska chce wejść do strefy euro jak najszybciej, nie podaje jednak daty z powodu „wysokiego stopnia niepewności co do kształtowania się przyszłej sytuacji gospodarczej”.

Mariusz Piotrowski

Artykuł dodano w następujących kategoriach: Biznes, finanse.