Mapa (klikalna)

Pascal Boniface

Francja: europejska autonomia strategiczna a NATO

Polityka zmierzająca do reintegracji Francji z NATO, zapowiedziana w grudniu 1995 roku, dobiegła swojego końca latem 1997. Wynikało to zarówno z rezultatów wyborów parlamentarnych we Francji, jak i z braku wyraźnego postępu w procesie europeizacji NATO, który był celem tych działań. Nawet najgorętsi zwolennicy musieli przyznać, że Francja nie otrzymała uzyskała żadnego znaczącego wyniku. W tym kontekście zmiana rządu pomogła prezydentowi Francji zatrzymać ten proces, którego rezultaty były mierne, a w każdym razie rozczarowujące w stosunku do nadziei.

Ci, którzy już w grudniu 1995 roku ostrzegali przed bezcelowością i daremnością polityki zbytniego zbliżenia, ujrzeli potwierdzenie swoich obaw. Dziś panuje zgoda między tymi, którzy wierzyli w reintegrację, i tymi, którzy w nią nie wierzyli: zgoda co do tego, że żaden cud nie nastąpił i NATO pozostaje sojuszem kierowanym przez samych Amerykanów.

Lecz problem nie polega na tym, by post factum podkreślać, kto miał rację, a kto jej nie miał. Jeżeli polityka reintegracji jest już wstrzymana, to jednak pociągnęła za sobą pewne skutki, które są odczuwalne jeszcze dziś. Pojawienie się nowej ekipy rządowej, nastawionej wrogo do polityki wdrożonej w grudniu 1995 roku, nie oznacza prostego powrotu do poprzedniego status quo . Sytuacja nie jest już taka sama, a polityka prowadzona od grudnia 1995 do lipca 1997, nawet po jej wstrzymaniu, uległa jednak pewnym zmianom. Jeżeli jako priorytet przyjmiemy strategiczną autonomię Europy, to sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu. Należy teraz stwierdzić, czy to pogorszenie jest trwałe, ostateczne czy tymczasowe, a jeżeli tymczasowe, to jak należy postępować dalej.

Grudzień 1995:
Powrót do NATO - projekt spójny, lecz nierealny

Decyzja z grudnia 1995 roku stanowiąca jeden z zasadniczych filarów "rewolucji strategicznej" prezydenta Chiraca w chwili ogłoszenia wywołała zaskoczenie, lecz mimo to była starannie przemyślana. Oparta jest na dwojakim stwierdzeniu: wszystkie podejmowane przez Francję próby stworzenia europejskiego systemu obrony poza NATO (UZE, Eurokorpus itd.) nie powiodły się z tego prostego powodu, że pozostali Europejczycy jej nie chcą. Nie warto więc głosić prawd "na pustyni" lub zadowalać się tym, że mamy rację, a wszyscy inni jej nie mają. Ponieważ trudno byłoby stworzyć europejski system obrony bez samych Europejczyków, to trzeba szukać ich tam, gdzie się znajdują, czyli w NATO. Ponieważ Francja jest cały czas podejrzewana o to, że wtedy, gdy proponuje postęp w dziedzinie obronności europejskiej poza NATO, chce wypchnąć Amerykanów z Europy (żeby zająć pierwsze miejsce), to przestańmy działać tak, by bojaźliwym Europejczykom dawać dobry pretekst do tego, by nie robili nic.

Ta solidna konstrukcja intelektualna, której trzeba przyznać pewne cechy spójności, nie została wypracowana w pośpiechu po wyborach prezydenckich z 1995 roku. Jej schemat odnajdujemy już w 1991 roku, w propozycjach François Fillona, wówczas osoby odpowiedzialnej za kwestie obrony w szeregach RPR (1).

Ten typ argumentacji odnajdujemy w Ministerstwie Obrony, chociaż wówczas w mniej ambitnej postaci, kiedy to Pierre Joxe wyraził swój żal, że Francja nie może uczestniczyć w Północnoatlantyckiej Radzie Współpracy.

Projektu tego nie należy mylić z tradycyjnym projektem atlantyckim. Oczywiście, od roku 1966 nie brakowało głosów żądających powrotu Francji do NATO. Jednak cel prezydenta Chiraca różni się od klasycznego atlantyzmu. Ten ostatni zadowala się proponowaniem Francji by wróciła do szeregu, uznała bez ociągania przywództwo Ameryki i stała się ponownie sojusznikiem posłusznym i szanującym hierarchię atlantycką w celu wzmocnienia NATO jako najwyższego gwaranta interesów każdego członka. W tym przypadku - odwrotnie - chodziło o to, by dzięki randze Francji zrównoważyć Sojusz w kontekście europejskim korzystając z możliwości odnowy Sojuszu po zniknięciu radzieckiego zagrożenia. Projekt był wyraźnie europejski. Na tej podstawie można twierdzić, że prezydenci Mitterrand i Chirac mieli ten sam cel (stworzenie europejskiej tożsamości obronnej), lecz starali się wykorzystać różne środki do jego osiągnięcia.

Prezydent Chirac, przyjmując za punkt wyjścia niemożność zmobilizowania Europejczyków na rzecz projektu czysto europejskiego, wybrał inną drogę i podjął następujące wyzwanie: zrealizować w łonie NATO to, czego nie udało się uczynić poza nim. Francja, poprzez swój zapowiedziany i zaprogramowany powrót, dzięki swojemu znaczeniu w kwestii strategicznej, miała odblokować NATO tak, by umożliwić realizację europeizacji; zasady przez wszystkich uznanej, lecz nigdy nie wcielonej w życie.

Istniały więc dwie drogi mogące doprowadzić do ustanowienia europejskiej wspólnoty obronnej. Droga czysto europejska, która dokonuje się poza NATO oraz droga wewnętrzna w ramach NATO. Niepowodzenie pierwszej metody powodowało konieczność pójścia drugą drogą. Cel pozostawał ten sam, lecz warunki, od których miało zależeć powodzenie, uległy zmianie.

Zarzucenie jednego modelu i niepowodzenie drugiego - impas

Gdybyśmy mieli ograniczyć się do tej prezentacji, to można by stwierdzić, że sytuacja jest katastrofalna, ponieważ żaden z dwóch modeli nie przetrwał.

Droga "wewnętrzna" znajduje się w zawieszeniu od chwili, gdy Francja zapowiedziała zatrzymanie procesu reintegracji po szczycie madryckim. Nie do końca wiadomo, w jaki sposób można by w najbliższym okresie podjąć ten proces nie tracąc wszelkiej wiarygodności, nie narażając się na opinię partnera wybitnie niestałego, chorągiewkę na wietrze w obszarze rozwiązań strategicznych. Tylko mocny gest Amerykanów pod naszym adresem mógłby uzasadniać nową zmianę. Tylko nie bardzo wiadomo, dlaczego mieliby nagle oferować nam to wszystko, czego odmawiali poprzednio, nie wystawiając się jednocześnie na oskarżenie o zbyt dużą słabość do nas. Ponadto wyliczenia, jakie u nich obowiązywały przez całe pierwsze półrocze 1997 roku, są nadal dla nich ważne. Nie oczekują powrotu Francji do NATO, ale jeżeli Francja tego zechce, przyjmą ją z powrotem z radością, pod warunkiem, że będzie potrafiła pozostać na swoim miejscu i nie będzie zgłaszała zbyt wygórowanych żądań.

Z punktu widzenia Waszyngtonu, Paryż przecenił swoją wagę i tym samym swoją cenę. Jest to bez wątpienia kraj ważny, lecz Stany Zjednoczone muszą brać pod uwagę różnorodne żądania licznych partnerów, już członków lub też jeszcze kandydatów. Dla nich parametr "Francja" jest tylko jednym z wielu parametrów, które muszą uwzględniać w równaniu o nazwie NATO. Natomiast Francja od grudnia 1995 do lipca 1997 uznawała, że jest parametrem zasadniczym. Błąd oceny, co do własnego znaczenia Francji, w zetknięciu z oceną wystawioną przez Waszyngton, pozwala na wyjaśnienie znacznej części francuskiej porażki. Władze francuskie dopuściły się jednocześnie niedoszacowania znaczenia swojego kraju (Paryż nie może niczego uczynić poza NATO), jak i jego przeszacowania (sam nasz powrót jest czynnikiem wystarczającym do całkowitej zmiany sytuacji).

Jednakże powrót do rozwiązania "zewnętrznego" lub czysto europejskiego jest także utrudniony: jak Francja, która przez 18 miesięcy uzasadniała swój zwrot strategiczny brakiem europejskiej perspektywy poza Sojuszem, która oświadczała wytrwale urbi et orbi , że NATO było "the only show in town" [ang. jedyną atrakcją (dosł. pokazem) w mieście], mogłaby teraz twierdzić, zachowując choćby minimum wiarygodności, że trzeba od nowa zabrać się do europejskiej konstrukcji obronnej poza NATO?

Dla uzasadnienia swojej decyzji z grudnia 1995 roku, krytykowanej na płaszczyźnie polityki wewnętrznej, rządzący Francją musieli mnożyć deklaracje o niemożności dokonania niczego rozsądnego poza ramami atlantyckimi i kładli akcent na słabość wyników osiąganych europejskimi wysiłkami. Tym samym znacznie przyczynili się do przeszacowania wagi NATO. Ten podtrzymywany hołd dla Sojuszu zrodził się w jedynym kraju, który uprzednio twierdził, że stanowi alternatywę dla "całego Atlantyku". Francja, która symbolizowała tę alternatywę, twierdziła, że zrezygnowała z tego pod naciskiem faktów i obiektywnej rzeczywistości.

Po tym jak stwierdziliśmy, że wracamy do NATO, bo nic nie jest możliwe poza nim, pozostajemy jednak poza NATO. Fakt, że Francja, jedyny kraj w Europie oferujący, jeżeli nie substytut, to co najmniej alternatywę dla Stanów Zjednoczonych, przyznaje bez ogródek supremację amerykańską, w chwili gdy Waszyngton zdradza zapędy hegemonistyczne, może je tylko wzmocnić. Fakt, że Francja wkroczyła na drogę reintegracji w chwili, gdy znacznie ograniczyła swoje wydatki wojskowe, jeszcze mocniej podkreślał rezygnację tego gestu.

Te drogi, "wewnętrzna" i "zewnętrzna", są więc dziś obie drogami prowadzącymi do impasu. Wybór, przed jakim stoi Francja, jest dziś w rzeczywistości ograniczony do poniżającej podległości (wznowienie drogi "wewnętrznej"), krańcowej samotności (wznowienie drogi "zewnętrznej") lub unieruchomienia, jeżeli chce ona uniknąć konieczności dokonania wyboru między Scyllą a Charybdą. Czy po to, by przestrzegać terminu przedawnienia po utracie obu opcji, trzeba przez pewien czas ograniczyć się w sprawach strategicznych do "załatwiania" spraw bieżących? Czy nie lepiej uznać, że pomimo trudności i ograniczeń każdej z dróg, można jedną z nich wypróbować po to, by uzyskać wyniki, choćby nawet skromne, w sytuacji, gdy jedynym pewnikiem przy braku wyboru jest uzyskanie dokładnie niczego?

To pozornie zdroworozsądkowe rozumowanie jest niebezpieczne, albowiem nawet jeżeli uznać, że żadna z tych dwóch formuł nie pozwala na osiągnięcie oczekiwanych wyników, to ich wpływ na przyszłość nie jest taki sam.

Rozwiązanie zewnętrzne dało skromne wyniki, lecz stworzyło podstawę dla przyszłości - stworzyło podwaliny obronności europejskiej. Rozwiązanie wewnętrzne również nie było wielkim sukcesem, ale kształtuje przyszłość z zachowaniem zależności od Amerykanów.

Przypadek CJTF [skrót ang. Combined Joint Task Forces] jest znamienny, jeśli porównać go z Eurokorpusem. CJTF nie zmieniają w niczym zależności Europejczyków od Amerykanów. Po prostu staje się ona mniej nieprzyjemna, bo mniej widoczna. Nie leczy się zła, lecz ogranicza objawy zewnętrzne. CJTF są więc odpowiednikiem morfiny w płaszczyźnie strategicznej, kojącej ból, lecz nie leczącej choroby. Ryzykowne jest więc nieprzygotowywanie Europy do autonomii, lecz odwrotnie, utrzymanie jej w zależności wciąż realnej, acz mniej widocznej, a tym samym bardziej znośnej. Pytanie tylko, czy stawką jest złagodzenie bólu zależności, czy osiągnięcie niezależności?

Eurokorpus nie pozwala ani dziś, ani w najbliższej przyszłości na niezależne europejskie działania interwencyjne na wielką skalę. Stanowi raczej ich obietnicę, zalążek.

Na szczęście możliwe są inne rozwiązania.

Po pierwsze, model binarny "wewnątrz?na zewnątrz", który mógłby być alternatywny, jest nierealistyczny. Błędem jest uznawanie, że te dwie opcje stanowią grę z sumą zerową, gdzie zyski każdego gracza (w tym przypadku NATO i Europy) odpowiadają dokładnie stratom drugiego gracza.

Wręcz przeciwnie, działanie mające doprowadzić do utworzenia rzeczywistej europejskiej tożsamości obronnej jest grą o sumie niezerowej, gdzie obaj uczestnicy mogą tak samo razem przegrać, jak i razem wygrać.

Nie da się zaprzeczyć, że w okresie 1989?1991 francuska polityka polegała na wykazywaniu maksymalnego oporu wobec NATO, którego projekty rozbudowy lub promocji były traktowane jako próby nowej formy legitymizacji amerykańskiej dominacji po zniknięciu zagrożenia radzieckiego, mające na celu stłumienie europejskich zapędów do niezależności. Lecz następnie w latach 1991?1995 wprowadzono politykę podwójnego odprężenia, w której stopniowe i wyważone akty zbliżenia do NATO następowały wraz z sukcesami w obszarze budowania europejskiego filaru bezpieczeństwa i uznaniem go przez Amerykanów. Można było uważać, że filar ten jest słaby i bardziej "wirtualny" w zetknięciu z realnością filaru amerykańskiego, lecz uzyskiwano konkretny postęp i wbrew powierzchownym opiniom, "przedział europejski" wcale nie był pusty.

Wszystko to świadczy o tym, że rozwiązanie europejskiego filaru obronnego nie może być utożsamiane z alternatywą binarną typu "albo, albo" (albo NATO, albo Europa), ale może wpisać się w model koniunkcji "i, i" (i NATO, i droga czysto europejska). Popieranie samej drogi europejskiej nie pozwala na zarysowanie wiarygodnych perspektyw dla naszych partnerów, albowiem te wydają się im być zbyt odległe lub nierealne. Lecz wrzucenie wszystkich celów do koszyka NATO powoduje, że autonomia europejska zależeć będzie od dobrej woli Ameryki.

Nikt nie kwestionuje faktu, że bezpieczeństwo europejskie dziś może zależeć tylko od Sojuszu Atlantyckiego. Nie trzeba więc go osłabiać. Nie jest to wystarczający powód dla odżegnywania się od przyszłości i nieprzygotowywania dla Europy polityki obronnej gwarantującej jej rzeczywistą autonomię strategiczną. Lecz jeżeli NATO jest teraźniejszością, to przyszłością jest Europa. Trzeba pogodzić jedno z drugim, lecz być czujnym, by ciężar teraźniejszości nie utrudniał nadejścia przyszłości.

Bez wątpienia rządy europejskie nie są dziś gotowe wejść w taki schemat: wygodne przyzwyczajenie do uzależnienia od Amerykanów, strach przed nieznanym, czyli schematem alternatywnym, preferowanie zewnętrznego opiekuna, ograniczenia budżetowe. Oto wszystkie argumenty przemawiające w jednym kierunku. Strategiczna autonomia europejska wywołuje jeszcze mniej marzeń niż stopa wzrostu, a wyborcy nie są gotowi do poniesienia ofiar na jej rzecz.

Czy należy więc przedkładać działania krótkoterminowe nad działania długofalowe? Fakt przygotowywania iluzorycznej autonomii europejskiej w łonie NATO uniemożliwia nam w rzeczywistości uruchomienie elementów autentycznej autonomii, która może być tylko równoległa w stosunku do NATO. Dlaczego więc nie wykorzystać okresu braku zagrożenia na terytorium europejskim i nie zadowolić się rozwiązaniami o charakterze krótkoterminowym?

Bądźmy więc partnerami lojalnymi w NATO. Równolegle wyzwólmy perspektywy europejskie, czy to w ramach Unii, czy też mnożąc wielostronne kontakty europejskiej obronności.

Czy europejska autonomia jest możliwa w łonie NATO? Jak można myśleć, że Amerykanie samoistnie zrezygnują z wieloletniej, nabytej i zakorzenionej supremacji? I jak nie rozumieć, że Europa nie będzie istnieć, jeżeli będzie musiała z każdym trudnym problemem uciekać się do Amerykanów, zresztą także niezdolnych do jego rozwiązania?

Skądinąd sytuacja w sferze woli tworzenia autonomii dla Europejczyków wobec Amerykanów nie jest taka zła, jak to mają w zwyczaju głosić mało uważni lub defetystyczni obserwatorzy.

Amerykanie nie są tacy silni

Od dwóch lat potęga amerykańska jest celebrowana z takim samym entuzjazmem i podziwem, z jakim jakieś sześć lat temu głoszono jej bliski i nieuchronny schyłek.

Niewątpliwie wzrost zatrudnienia, jaki nastąpił w USA w ostatnich latach, może się tylko marzyć Europejczykom, ale istnieje przecież także wysokie zadłużenie Ameryki, szczególnie w Japonii. Faktem jest, że stan społeczeństwa amerykańskiego nie ma już nic wspólnego z amerykańskim modelem, o jakim śnili Europejczycy w latach sześćdziesiątych.

Amerykanie mają narzędzie władzy, ale nie mają już woli. Kiedy trafią na zdeterminowanego rozmówcę z Izraela, Chin lub somalijskiego generała Aidida - wycofują się. Sami Europejczycy mogli wykazać, że są zdolni do zbiorowego oporu (GATT, poprawki Helmsa, Burtona).

Amerykanie są potężni tylko w stosunku do tych, którzy ich za takich uważają. Natomiast są mistrzami w przywłaszczaniu sobie korzyści z udanych operacji, nawet wtedy, gdy ich wkład jest skromny (zob. Bośnia). Czy Europa długo jeszcze będzie zafascynowana pozorami amerykańskiej potęgi (napędzanej optymistyczną tradycją amerykańską i pesymistyczną tradycją europejską), czy też wkrótce się obudzi?

Europa się budzi

Wprowadzenie EURO, konkurencja gospodarcza, dyskusje wokół przemysłu zbrojeniowego i zdobywania rynków doprowadziły do tego, że kraje europejskie, te które jeszcze tego nie uczyniły, w ujęciu krótkoterminowym, uświadomiły sobie, że mają więcej atutów, niż same przypuszczają, a potęga militarna pozostaje nie tylko znacząca, lecz także może być przedmiotem handlu (np. sposób, w jaki Amerykanie zdobywają rynki cywilne na Bliskim Wschodzie lub Azji wysuwając na pierwszy plan swoją ochronę wojskową).

Jeżeli chodzi o rozszerzenie NATO, wydaje się być mało prawdopodobne, by nawet najbardziej atlantyccy wśród naszych partnerów zgodzili się na ponoszenie większości kosztów, po to żeby umożliwić Polakom zakup amerykańskich samolotów.

Lecz jeżeli w takiej sytuacji ciężar rozszerzenia ma w większym stopniu spoczywać na Amerykanach, to ci będą mniej entuzjastycznie nastawieni do tego procesu.

Niemcy nie będą wiecznie mieli tych samych obaw

Przywiązanie Niemiec do NATO jest spowodowane podwójnym strachem przed ZSRR i przed samymi sobą. Ani ZSRR, ani Rosja nie stanowią dziś zagrożenia. Niemcy trzymają się jednak kurczowo NATO i nadal boją się samych siebie, obawiają się "renacjonalizacji" swojej polityki bezpieczeństwa. A przecież można by myśleć - i wierzyć, bo bez tego nic w Europie nie jest możliwe - że Niemcy, także w sferze strategicznej, przyjmą ponownie normalną postawę, czyli taką, która byłaby proporcjonalna do ich pozycji. A w obliczu strachu przed powrotem nacjonalizmu w sferze bezpieczeństwa należy stworzyć Niemcom silną opcję europejską tak, by pomóc im wyjść z wyboru binarnego - swobodny elektron (czyli zagrożenie dla Niemiec i dla innych) lub NATO (czyli zależność od Amerykanów). Jeżeli Niemcy są zdolni do podjęcia wysiłku i poświęcenia marki na ołtarzu EURO, to świadczy to dobrze o ich zdolności przedkładania celów perspektywicznych nad bieżącą wygodną pozycję. Czy Niemcy nie mogą mieć takiego samego podejścia do NATO i obronności europejskiej? Już teraz czujemy u naszych niemieckich rozmówców coraz żywsze zniecierpliwienie w obliczu hegemonistycznych zapędów amerykańskich, co jeszcze zaledwie kilka lat temu, ba - nawet miesięcy - nie było tak wyraźnie widoczne. Tym samym ważne jest dla Francji, aby nie stwarzać wrażenia rezygnowania z autonomii w chwili, gdy Niemcy zaczynają mieć do niej aspiracje. Sondaże wykazują, że Niemcy preferują "większą odpowiedzialność i większy wpływ na nasze bezpieczeństwo" (52%), niż utrzymynie tych samych stosunków z Stanami Zjednoczonymi (44%) (2)

Tym samym ważne jest, by Francja prowadziła konsekwentną politykę i ponownie przyjęła na siebie rolę siły rozjaśniającej przyszłość, nie zaś siły ilustrującej teraźniejszość.

Wobec NATO musimy przyjąć postawę obojętnej życzliwości. Nie warto mnożyć inicjatyw, które mają małe szanse na realizację, a których wynikiem byłoby tylko wywołanie przekonania, że NATO działa i nie ma konieczności szukania gdzie indziej.

Natomiast niebezpieczne byłoby stwarzanie wrażenia, że chcemy stosować blokadę lub wiecznie się dąsać. Trzeba po prostu rozważyć każdy gest, każdą propozycję dla uzyskania autentycznego (a nie tylko pozornego lub kosmetycznego) postępu w sferze europejskiego filaru bezpieczeństwa. Jednak czyż nie najlepiej byłoby niczego nie ruszać do chwili wprowadzenia EURO, które bez wątpienia bardziej zmieni europejską sytuację strategiczną niż się to zazwyczaj sądzi?

Czy równolegle do NATO nie trzeba być bardziej ofensywnym? Czy trzeba naprawdę opuszczać Bośnię przy wyjeździe Amerykanów? A czy w przypadku powstania nowej sytuacji albańskiej nie powinno się zareagować szybciej?

Czy powinniśmy odmawiać wykonania wraz z innymi Europejczykami operacji w Afryce, jeżeli warunki polityczne uczyniłyby ją nie do przyjęcia dla zainteresowanych stron afrykańskich?

Jeżeli odpowiedzi na te trzy pytania są negatywne, to powinniśmy zapomnieć o rozważaniach na temat europejskiej autonomii strategicznej i pozostawić Amerykanom udawanie, że kierują światem, stając się panem przyszłej konstrukcji europejskiej.

Bez wątpienia nie żyjemy w czasach Colberta, kiedy sadzono dęby, by mieć drewno do budowy statków za kolejne sto lat. W naszej cywilizacji natychmiastowej komunikacji zawsze łatwiej jest stawiać na to, co bliższe w czasie, niż na coś zdecydowanie perspektywicznego. Wyodrębnienie założeń autonomii europejskiej jest dziełem długofalowym, mało widowiskowym, nie dającym się pokazać w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego. Lecz jeżeli Francja ponownie zabierze się do działania, to osiągnie swój cel w krótszym czasie, niż potrzeba, by uzyskać drewno na statki.

(1) François Fillon: Bezpieczeństwo i obrona: jaka przyszłość dla Francji i Europy? , "Relations Internationales et Stratégiques", nr 3, s. 21?32.

(2) Patrz Richard Sinnot, Opinia publiczna i polityka bezpieczeństwa w Europie , w "Institut d?Archives de Sécurité", 1997, s. 53.


HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page

INTERNET CONSULTANT