Mapa (klikalna)

Rozmowa z Andrzejem Byrtem, Ambasadorem RP w Bonn

Rynek raczej wolny niż spowolniony

 

- Układ o stowarzyszeniu Polski z UE był i jest nadal układem niesymetrycznym, tj. dającym Polsce pewne przywileje w stosunkach handlowych z krajami UE. Tymczasem z wyjątkiem pierwszego roku obowiązywania układu Polska odnotowuje systematycznie pogłębiający się deficyt handlowy z UE (dla przykładu z samymi Niemcami mamy deficyt w wys. 750 mln DM). Jednocześnie Unia nalega na dalszą i szybką liberalizację naszego rynku wewnętrznego, co w przypadku przyjęcia tych postulatów, jeszcze bardziej pogłębi deficyt. Jak Pan Ambasador widzi ten problem i jakie są tu rozwiązania możliwe do przyjęcia dla obu stron?

- Asymetria, o której Pan wspomniał, dotyczyła tylko jednego - szybszej redukcji ceł przez UE niż Polskę. Natomiast efekt tej liberalizacji, tj. negatywne saldo Polski wskazuje na to, że przewaga przemysłów unijnych nad polskimi jest ewidentna, a jednym z jej skutków jest wskazany deficyt. On wszakże ma i inne, też dobre znaczenie: jest następstwem m. in. rosnących inwestycji, dzięki którym modernizowany jest przemysł. Inwestorzy sprowadzają z zagranicy nowe technologie i maszyny, przede wszystkim z Europy Zachodniej?

- Jest to klasyczny import inwestycyjny.

- Tak - najpierw np. linie inwestycyjne, a po ich uruchomieniu - często wiele półproduktów, których do tego czasu Polska jeszcze nie wytwarzała, a które są niezbędne do produkcji nowych towarów. Należy przypuszczać, iż w dłuższym okresie firmy te uruchomią eksport w drugą stronę, tj. do UE, m.in. z tej przyczyny, iż potrafią wytworzyć ten sam produkt co w Europie Zachodniej, ale taniej. Przy podziale rynków, który zawsze występuje, może być tak, że będą kierowali pierwotnie swoje wyroby nie na rynki macierzyste, obawiając się wzmocnienia tam konkurencji, ale bardziej na wschód. Już to zresztą występuje. Z chwilą jednak gdy będziemy członkiem UE i nie będzie między nami żadnych barier, wytworzone w Polsce przez zagranicznych inwestorów, wysokiej jakości produkty będą sprzedawane wszędzie, także na rynkach Unii, co pozwoli ograniczyć wspomniany deficyt.

Co czynić, by deficyt się nie pogłębiał? Tych kroków jest wiele i nie dotyczą one w pierwszej kolejności ceł. Jest tu kwestia regulowania popytu na rynku krajowym - dziś oznacza to m.in. konieczność lekkiego przyhamowania jego wzrostu, tj. m.in. redukcji deficytu budżetowego po to, aby ten nadmierny popyt, który nie może być zaspokojony towarami produkowanymi w kraju, nie podwyższał importu. Po drugie, ważne jest, by wysokiej jakości produkty polskie, które powstały m. in. dzięki inwestycjom, znalazły zbyt za granicą. W tym względzie polityka dalszej redukcji ceł na nasze towary przez zagranicę będzie pomocna.

- Niemcy popierały i popierają naszą aplikację do UE. Jednocześnie od jakiegoś czasu widać obawę firm niemieckich przed konkurencją ze strony przedsiębiorstw polskich, czego najlepszym przykładem są trudności branży budowlanej. Jak ułożą się te sprawy w trakcie negocjacji o naszym przystąpieniu do UE, które mają się niebawem rozpocząć?

- To będzie jeden z najciekawszych akapitów stosunków polsko-niemieckich. Są one, politycznie rzecz biorąc świetne, gospodarczo - bardzo dobre. Pamiętajmy jednak, że w stosunkach z innymi - i tu jest sedno wielu sporów w UE - każde z państw członkowskich broni swych interesów gospodarczych. Niemcy w tej materii mają wielkie doświadczenie. Sami z kolei mają ogromnie przeregulowany, niekiedy nieelastyczny rynek. W rezultacie obawiają się rozmaitego rodzaju zagrożeń zewnętrznych, które mogą pochodzić np. ze Wschodu. Jakiego typu zagrożeń? Po pierwsze obawiają się napływu niektórych tańszych towarów, po drugie - napływu tańszej siły roboczej; tu jest casus , który Pan wymienił, tj. firm budowlanych, po trzecie - przemieszczania produkcji przez firmy niemieckie z Niemiec do państw sąsiednich. Niemcy uważają, iż przy dużej różnicy płac w Polsce i w Niemczech spowoduje to masowy napływ polskich robotników do Niemiec z wszelkimi zagrożeniami, jakie ta sytuacja może powodować, bądź też ucieczkę producentów do sąsiada z podobnym skutkiem dla rodzimego zatrudnienia w Niemczech. Historia kolejnych "otwarć" UE dostarczyła nam już przykładów, że wymienię Hiszpanię i Portugalię, gdzie tego typu obawy zgłaszane przez wielkiego sąsiada, wówczas Francję, nie sprawdziły się, m.in. dzięki zastosowaniu okresów przejściowych dla swobodnego przepływu siły roboczej. A i dzisiaj państwo niemieckie wprowadziło daleko idące ograniczenia domagając się np., by zagraniczni pracownicy tych firm nie przyjmowali zbyt niskich płac. Nadmierną regulację i jej negatywny charakter dla gospodarki niemieckiej zauważają politycy Niemiec, prezydent, przedstawiciele dużych korporacji, wskazując często na USA, gdzie dzięki znacznie większej elastyczności rynkowej uniknięto wysokiego bezrobocia, które trapi dzisiaj Niemcy. Lekcja, jaka stąd płynie pod adresem partnerów niemieckich, jest taka, by swoje przepisy gospodarcze uczynili bardziej elastycznymi. Jest to jednak ich wewnętrzny przetarg natury politycznej, trudny zwłaszcza w roku wyborczym.

- Od jakiegoś czasu Polska jest największym partnerem handlowym Niemiec na Wschodzie. Polska znajduje się, co jest paradoksem, przed Rosją. Rok 1996 był rokiem niemieckich inwestycji w Polsce. Jednocześnie wielki kapitał niemiecki, ich okręty flagowe, np. Thyssen, właściwie nadal nieobecny jest w Polsce (wyjątkiem jest tu Siemens). Czym Pan tłumaczy tę ostrożność niemiecką?

- Inwestorzy niemieccy są dzisiaj na drugim miejscu pod względem wartości zainwestowanego w Polsce kapitału, a na pierwszym miejscu, jeśli liczyć ilość założonych przedsiębiorstw - jest ich więcej niż np. amerykańskich, francuskich czy brytyjskich. Jeśli zaś chodzi o łączną wartość dużych inwestycji, tj. takich, których jednorazowa kwota przekroczyła 1 mln dolarów, także Niemcy są pierwsi. Niemniej jednak Pan ma rację - część dużych firm jeszcze się nie pojawiła. Dlaczego? Pierwszym powodem zwłoki w przeszłości był fakt braku u nas ich banków?

- ?W tej chwili działa u nas 14 niemieckich banków.

- Teraz tak, ale na początku lat dziewięćdziesiątych ich nie było. Toczyły się wówczas negocjacje w sprawie redukcji naszego zadłużenia i banki niemieckie do czasu podpisania porozumienia z klubem londyńskim do Polski się nie kwapiły. Po podpisaniu porozumienia zawartego dzięki, co trzeba wyraźnie podkreślić, konstruktywnej postawie banków niemieckich, w szczególności Dresdner Bank, który był głównym negocjatorem w imieniu wszystkich banków prywatnych zrzeszonych w klubie londyńskim, pojawiło się wspomniane 14 banków, a w ślad za nimi znaczące firmy niemieckie. Brakuje jeszcze szeregu dużych firm, m.in. dlatego - wymienił Pan firmę Thyssen, największą grupę stalową republiki - ponieważ Polska w interesujących ich sektorach przemysłowych nie przystąpiła jeszcze do prywatyzacji. Gdybyśmy jednak wzięli pierwszą setkę największych niemieckich firm, wszystkie wzmogły w sposób wyraźny zainteresowanie naszym krajem, by wymienić największy koncernu Niemiec - Deimler Benz czy duży koncern elektrotechniczny Veba. Kolejne firmy pojawią się niebawem, o czym nas informują, przedkładając konkretne plany.

- Mówimy tu o niemieckiej obecności w kraju, ale są też i polskie firmy działające w Niemczech. Jakie kroki strona polska musi podjąć by ułatwić firmom polskim skuteczną obecność na rynku niemieckim i gdzie widziałby Pan ich największe szanse na sukces?

- Pana pytanie dotyka podstawowej kwestii miedzy naszymi krajami, mianowicie różnic w potencjale gospodarczym. Zanim odpowiem, przypomnę tylko, że różnica w poziomie PNB na głowę mieszkańca w naszych dwóch państwach jest największa spośród wszystkich, jakie występują na świecie między dwoma sąsiadującymi ze sobą państwami, większa niż między USA i Meksykiem, Hongkongiem a południowymi Chinami, pomiędzy Malezją a Singapurem itd. Różnice te znajdują odzwierciedlenie w poziomie cen, w poziomie kosztów operacji na jednym i drugim rynku. Z tego punktu widzenia dla firm niemieckich jest łatwo wejść na rynek polski, który jest, jeśli chodzi o koszty zainstalowania się, rynkiem tanim. Odwrotnie - rynek niemiecki jest bardzo drogi dla firm polskich, przy czym mówię tylko o kosztach instalacji, tj. założenia firmy, zatrudnienia pracowników i znalezienia zbytu nie wspominając ogromnych kosztów promocji i reklamy. Dla zilustrowania problemu podam jeden przykład.

Polskiej firmie Amica z Wronek, liderowi tej branży w Polsce, zaproponowano za symboliczną markę przejęcie nowoczesnego zakładu we wschodnich landach zbudowanego z myślą o taniej sile roboczej byłej NRD. Inwestor przeliczył się - nie przewidział bowiem tak wielkiego tam wzrostu płac. Ponieważ firma nie może wyjść z długów, zainteresowano nią Polaków, którzy "wyprowadziliby ją na prostą", gdyby mogli utrzymać tam płace z Polski, lub nieco wyższe od nich. Otóż tego nie można było załatwić, władze niemieckie nie dały na to zgody. To pokazuje skalę trudności, przed jakimi stoją polscy inwestorzy.

Gdzie my możemy tam wejść? W sektory usług, dokąd możemy wnieść nasze know-how, bo mamy wykształconych ludzi, znających teren. Co może w tej sytuacji zrobić państwo? Państwo może przekonywać partnerów w negocjacjach z UE oraz w negocjacjach bilateralnych z Niemcami co do zasad, w oparciu o które nasze firmy, np. usługowe mogą funkcjonować na rynku niemieckim i prezentując swobody, z których firmy niemieckie korzystają w Polsce.

- Blisko siedem lat temu powołano do życia Trójkąt Weimarski. W przeciwieństwie jednak do stosunków niemiecko-francuskich, które często stawiane są jako wzór do naśladowania, w kontaktach weimarskich prawie nieobecna jest problematyka gospodarcza. Uwzględniając powyższe w marcu 1997 ówczesny minister W. Kaczmarek zaproponował ministrowi federalnemu gospodarki Niemiec Rexrodtowi spotkanie trójstronne poświęcone rozwinięciu współpracy gospodarczej. Do dziś dnia pomysł ten nie doczekał się realizacji. Dlaczego?

- W sprawach gospodarczych siłą sprawczą jest interes. Tutaj firmy niemieckie i francuskie mają niejednokrotnie kolizyjne interesy. Dlatego też nie zawsze współpracują ze sobą. Podstawową dominantą Trójkąta Weimarskiego są interesy polityczne, które są ewidentne, korzystne dla całej trójki i w jakimś sensie ze sobą zbieżne. W ślad za nimi idą interesy innego rodzaju - odbywają się przecież tzw. spotkania weimarskie ministrów obrony narodowej, bardzo ważne jeśli chodzi o wejście Polski do NATO, ministrów sprawiedliwości, też niezwykle istotne z uwagi na proces harmonizacji polskiego ustawodawstwa z prawem UE, spotkania grup parlamentarnych itp.

Gdzie zatem możemy spodziewać się zainteresowania trójstronnego w sferze gospodarczej? Otóż jest taka dziedzina, która powiązana jest z polityką - jest nią przemysł zbrojeniowy. Trzeba tutaj powiedzieć, iż decyzja o przyjęciu Polski do NATO, która czeka teraz na proces ratyfikacji, spowodowała natychmiastowe zainteresowanie największych grup tego sektora UE, w czołówce których są firmy francusko-niemieckie. W tej dziedzinie, sektora zbrojeniowego, oba państwa Francja i Niemcy splotły swój interes w tym samym duchu, w jakim niegdyś były siłą napędową Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Utworzyły grupę Euromissile, gdzie po 50% udziałów mają Niemcy i Francuzi. Dlaczego? Państwa, które ongiś były przeciwnikami założyły dzisiaj interes wojskowy w oparciu o zasadę parytetu. Biorąc pod uwagę wejście Polski do NATO i konieczność naszego dostosowywania się do standardów zachodniego uzbrojenia, a zarazem niezbędność splecenia się naszych interesów gospodarczych w tym sektorze z interesami europejskimi, nie możemy być nieobecni w tych procesach. Polskie firmy otrzymały już pewne oferty współpracy. Być może, paradoksalnie, w sektorze zbrojeniowym interes gospodarczy sprawi, iż będzie on pierwszym, w którym przekroczymy sferę symboliki i przejdziemy do konkretnej produkcji z myślą o transformacji zarówno polskiej armii i jej przystosowaniu do współczesnych wymagań obronnych, a także i polskiego sektora zbrojeniowego, który jest ważnym przemysłem ze względu na znaczenie gospodarcze i problemy ludzkie, jakie się z nim wiążą, i że ten sektor włączy się do dobrze funkcjonującej współpracy francusko-niemieckiej.

- Wspomniał Pan Ambasador o konkurencji firm francuskich i niemieckich. Czy firmy polskie mają szanse włączenia się do tej rywalizacji, np. na rynkach państw trzecich, a jeśli tak, to w jakich dziedzinach upatrywałby Pan największe dla nich możliwości?

Tak, tego typu interesy mogą być splecione. Wymieniłem przed chwilą sektor zbrojeniowy, ale weźmy dla przykładu przemysł lotniczy - słynne Airbusy, do kupna których UE, a w szczególności Niemcy i Francja - główni udziałowcy tej firmy, bardzo nas zachęcają. Produkujemy drzwi do Boeinga, dlaczegoż nie moglibyśmy robić też jakichś części do Airbusa. Mamy przecież przemysł, który jest do tego przygotowany i Polska jako - mam nadzieję - przyszły udziałowiec w tym wielonarodowym koncernie europejskim mogłaby wówczas, włączywszy się w całość, partycypować w przedsięwzięciach na rynkach trzecich. Weźmy inną dziedzinę - sektor budowlany: firmy polskie jako podwykonawca dużych koncernów budowlanych niemieckich i francuskich. Z Francuzami budowaliśmy przecież wielokrotnie w Algierii czy Maroku, z Niemcami budowaliśmy w krajach Bliskiego Wschodu. Firmy niemieckie i francuskie nadal tam ze sobą współpracują - moglibyśmy i powinniśmy tam dołączyć. Trzecią dziedziną są przemysły o wysokim stopniu przetworzenia, gdzie kontakty z wieloma firmami niemieckimi bardzo dobrze się rozwinęły. Jako przykład podam tu przemysł samochodowy, wiele polskich firm pełni funkcję poddostawców dla producentów samochodów niemieckich. Poszerzenie zakresu przedstawionej tu w skrócie współpracy wzmocni korzyści dla wszystkich zainteresowanych stron.

- Na koniec lutego planowany jest szczyt Trójkąta Weimarskiego. Czego należy się spodziewać po spotkaniu między prezydentami Polski, Francji i kanclerzem Niemiec.

- Jest to kolejne spotkanie ważne dla nas Polaków, ale myślę także dla naszych partnerów - Niemiec i Francji. Spotkanie to ma na celu wprowadzenie nowych elementów współpracy, nowych bodźców do jej ożywienia w przededniu podjęcia negocjacji przez Polskę w sprawie naszego członkostwa w UE. Naszymi negocjacyjnymi partnerami będą oczywiście przedstawiciele Komisji Europejskiej, ale ich mandat formułują wszystkie państwa członkowskie UE, w tym nasi partnerzy z Trójkąta. Chcielibyśmy bardzo móc liczyć się z możliwością przekładania pewnych polskich zainteresowań czy interesów na ich interesy. To można uczynić oczywiście na poziomie bardzo technicznym, ale również za pośrednictwem stosownych rozmów prezydentów i kanclerza. Zamierzamy także przedstawić nasze postulaty związane z polskim przewodnictwem OBWE. Wsparcie, jakiego mogą udzielić tu nam zarówno Francja jak i Niemcy, będzie miało dla nas, dla sukcesu tego mandatu, ogromne znaczenie przez cały rok. Wymienić tutaj należy również zainteresowanie partnerów weimarskich naszymi inicjatywami politycznymi na Wschodzie, wobec Ukrainy, państw bałkańskich.

- Polityka zbliżenia między elitami politycznymi tych trzech krajów powoli staje się faktem. Jak daleko za elitami pozostaje człowiek ulicy, a zwłaszcza ten, który nie mieszka w stolicy?

- To jest dylemat wszystkich sąsiedztw. Zawsze tak było, że elity są pewną forpocztą. Dla przeciętnego człowieka te wielkie zdarzenia są nieco oddalone. Niemniej jednak w relacjach polsko-niemieckich przeżywamy dalekosiężną ewolucję. Jej przyczyną jest stale zwiększający się zakres wzajemnych kontaktów. Jest on wprawdzie znikomy w porównaniu np. z wymianą niemiecko-francuską (dla przykładu wymiana młodzieżowa polsko-niemiecka wyniosła w minionym roku 80 tys. osób, podczas gdy odpowiednia francusko-niemiecka: 400 tys.), ale ciągle rośnie. Prawie 50 milionów Niemców przyjechało do Polski w ubiegłym roku, tj. bez mała tyle samo, co do Hiszpanii na wczasy, choć do Polski większość przyjeżdżała na zakupy raczej niż na odpoczynek. To nie jest rzecz zła, choć może ona rodzić także problemy. Dlatego też są potrzebne kontakty głębiej idące, pokazujące wzajemnie ludziom ich życie. Życzyć należy, aby to, co się zaczęło podpisanymi traktatami polsko-niemieckimi w 1990 i 1991 r. zaowocowało przyjaźniami dzisiejszych uczniów, którzy za lat dwadzieścia przejmą stery rządów w obu naszych państwach. To jest najlepsza inwestycja i zarazem zadanie dla elit.

- Jakie kroki należy zatem podjąć, patrząc z Pana perspektywy, by stosunki te stawały się bardziej partnerskie?

- Mamy do czynienia z mocno różnym potencjałem gospodarczym obu naszych państw, ale stosunki są partnerskie. Mamy ogromną liczbę bezpośrednich kontaktów; nie ma drugiego takiego państwa, z którym polscy politycy różnych szczebli utrzymywaliby tak częste kontakty, gdzie odbywałoby się tyle wizyt wojskowych, wojewodów, literatów itd. Są one partnerskie w najbardziej dosłownym sensie, jeśli chodzi o konsultacje zanim się podejmie decyzję, która dotknie partnera. Jest oczywiście nadal sporo do zrobienia, ale mamy już dziś do czynienia z sytuacją przyjacielskich kontaktów między sąsiadującymi ze sobą państwami. Jeśli, dla przykładu, na poważne uroczystości wewnątrzniemieckie zapraszani są polscy politycy przez swoich odpowiedników niemieckich, jeśli na spotkania, które decydują o kształtowaniu europejskiej polityki, są zapraszani polscy ministrowie jako jedyni przedstawiciele państw Europy Środkowej i ich opinie są brane pod uwagę, to jest to rodzaj partnerskiego wyróżnienia.

Co można jeszcze zrobić? Niemcy są państwem federalnym, a Polska nim nie jest i nie będzie. Niemniej po dokonaniu reformy administracyjnej kraju i po zmniejszeniu liczby województw, nowe polskie władze regionalne i samorządowe nawiążą bliższy kontakt ze swoimi partnerami niemieckimi. Już dzisiaj mamy 500 porozumień zawartych na poziomie landów, miast, gmin czy okręgów, a oczekiwana zmiana struktury administracyjnej w Polsce zaowocuje w naszych relacjach intensyfikacją wzajemnego dialogu i współpracy.

- Jakie widzi Pan największe zagrożenia, a gdzie największe szanse dla współpracy w Trójkącie?

- Zagrożenia dla całej naszej trójki są dwojakiego rodzaju. Po pierwsze wyrażana niekiedy obawa, że dotychczasowa współpraca niemiecko-francuska znalazła swoje przedłużenie w kontaktach z Polską, która wprawdzie nie jest jeszcze członkiem UE, ale która przesunie jakby jej ciężar uwagi w stronę Europy Środkowej. Tymczasem nasza obecność w tym układzie pozwala lepiej zrozumieć tym największym państwom na kontynencie znaczenie spraw tej części Europy, której reprezentantem jest Polska. Nasza obecność w tym dialogu nie jest dla nikogo żadnym zagrożeniem, lecz konstruktywną pracą na rzecz przez tyle lat zapoznawanej i pomijanej przez państwa UE Europy Środkowej. Drugim niebezpieczeństwem jest, o tym mówiliśmy przed chwilą, niezdolność przeniesienia porozumienia elit na poziom zwykłych obywateli. W UE po to właśnie wprowadzono pojęcie subsydiarności, które tak źle brzmi w języku polskim, a które postuluje, by wszelkie sprawy rozstrzygać możliwie na najniższym poziomie. To musi również stać się elementem naszej filozofii. Trzeba zrobić wszystko, by wielka przygoda europejska, w którą Polska wkracza, była również przygodą życia państwa Kowalskich czy Piotrowskich, żeby i oni znaleźli swoją w niej rolę, z którą będą mogli się identyfikować.

Szansą jest natomiast uświadamianie naszym partnerom, bardziej zresztą Francuzom niż Niemcom, istnienia w Europie, obok cywilizacji śródziemnomorskiej, z której cała Europa, polityczna i kulturalna się wywodzi, także innej, swego rodzaju cywilizacji środkowo-północnej Europy zgrupowanej wokół przyszłego mare nostrum Unii - Bałtyku, kiedy proces rozszerzania UE obejmie państwa bałtyckie. To prezentowanie dwóm największym partnerom UE nie tylko problemów, ale szans, jakie przyniosą Unii państwa Europy Środkowej, jest naszym wielkim wyzwaniem.

- Dziękując Panu Ambasadorowi za spotkanie zapytam jeszcze o sprawy, które być może nie pojawiły się w tej rozmowie, a na które chciałby Pan zwrócić uwagę czytelników "Przeglądu Środkowoeuropejskiego"?

- Polska i inne państwa Europy Środkowej wchodząc do UE wniosą do niej - o ironio historii - bardziej liberalne postrzeganie organizacji życia gospodarczego i społecznego niż ma dzisiaj większość państw Unii Europejskiej. Unia rozwijając się wprowadziła w życie masę ograniczeń, z których wiele poddawanych jest żywej krytyce, vide słynna Wspólna Polityka Rolna, ale nie tylko. Otóż w UE rodzą się głosy protestu przeciwko takim irracjonalnym sposobom polityki. Wchodząc do Unii trudno jest nam to krytykować, niemniej dajemy temu wyraz. Unia postrzega niekiedy Polskę jako dziś chyba najbardziej "niesforne" państwo poza Europą unijną, kraj, którego ésprit może znaleźć się w kolizji z pewnymi bardziej ograniczonymi, sformalizowanymi sposobami funkcjonowania Unii.

Możemy tu więc stanąć wobec konieczności wyboru między bardziej proamerykańską filozofią liberalną a rygorami znacznie bardziej zbiurokratyzowanej polityki europejskiej, którą będziemy musieli na wejściu przyjąć. Ten dylemat widzę jednak jako wyzwanie pozytywne. Polska po wejściu do Unii będzie mogła dowieść, że ta wyważona, acz liberalna polityka gospodarcza, trochę sinusoidalnie, ale cały czas kontynuowana, dała krajowi ogromny sukces - sukces gospodarczy, ale również polityczny. Polska zatem wnosząc do Europy swoją success story wzmocni te państwa, które opowiadają się za odbiurokratyzowaniem europejskich struktur, za praktykowaniem wolnego, a nie - spowolnionego rynku.

Rozmawiał Ryszard Bobrowski


HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page

INTERNET CONSULTANT