Mapa (klikalna)

Mariusz Ciępka

Rynek walutowy: czy złotówka może być stabilna?

W ostatnim okresie mamy do czynienia z bardzo dużą zmiennością kursu złotówki. Podstawowym wyznacznikiem jest tu odchylenie naszej waluty od centralnego parytetu wyznaczanego codziennie przez NBP dla koszyka walut złożonego z euro (55%) oraz dolara USA (45%).
Jak bardzo nasza waluta zmienną jest, najlepiej obrazuje analiza wykresu jej kursu wobec tych walut na przestrzeni ostatnich miesięcy. Mieliśmy tu do czynienia z odchyleniem od parytetu o ponad 8% na korzyść złotówki aż do -1% po jego słabszej stronie. Pomijając fakt, że przy wyznaczaniu parytetu NBP stosuje zasadę tzw. pełzającej dewaluacji złotego (obecnie 0,3% miesięcznie), to można przyjąć, że polska waluta zmieniała się w tym roku w przedziale wartości ok. ą9% (w odniesieniu do koszyka walut).
Jeszcze gorzej wygląda sprawa, jeśli spojrzeć na kurs złotówka- -dolar USA. Tu dotychczasowa zmiana sięga 21% (od 3,45 zł na początku roku do 4,17zł na początku września).
Czy w takiej sytuacji można mówić o przewidywalności kursu złotego w okresie chociażby jednego miesiąca? Wątpię. Jak więc firmy zajmujące się wymianą towarową z zagranicą mogą planować swoje przychody i koszty? Prawdę mówiąc, nie mogą. Do czego to może prowadzić przeanalizujmy na przykładzie fikcyjnej firmy X, zajmującej się importem towarów z obszaru tzw. dolarowego, czyli większości krajów świata oprócz Europy.
W 1998 r. ta firma tworzy sobie plan finansowy na rok następny: zakłada miesięczną sprzedaż na poziomie 1 mln PLN, koszty nabycia towarów za granicą 800 tys. PLN (230 tys. dolarów po kursie 3,5 zł) oraz koszty handlowe i administracyjne 100 tys. PLN. Zysk brutto ma więc wynosić 100 tys. PLN
Co stanie się, gdy nagle ktoś z poważnych osób publicznych stwierdzi, że nasza waluta jest przewartościowana i najlepiej by było, gdyby ci "spekulanci" z Zachodu nie podbijali jej wartości poprzez nabywanie polskich akcji i obligacji? Reakcja będzie natychmiastowa: złoty straci kilka procent na wartości, do tego jeszcze dojdzie wzrost kursu dolara względem euro i mamy efekt w postaci dolara po 4 złote.
Budżet naszej firmy wali się: zamiast spodziewanych zysków mamy straty.
Ktoś powie, że ceny sprzedaży na naszym rynku również wzrosną i pokryją importerowi koszty wzrostu kursów walut. Nic bardziej błędnego, przy obecnej konkurencyjności rynku takie posunięcie jest możliwe tylko w przypadku monopolu, takiego jak chociażby Polski Koncern Naftowy. Inni nie są w stanie tego dokonać. Dlaczego? Po pierwsze przy pogarszającej się koniunkturze, jaka była na początku tego roku, ceny krajowe miały tendencję raczej do spadku niż wzrostu, po drugie przy próbach podnoszenia cen od razu pojawiliby się konkurenci - producenci krajowi oraz firmy z państw o zbliżonej "stabilności" gospodarczej, których waluty również straciły na wartości, jak chociażby Czechy, Węgry czy Korea.
Wiemy już, że dla naszego importera taka sytuacja jest niekorzystna. Kto więc na tym zyska? Chyba tylko nieliczni spekulanci, którzy w porę kupili "twardą" walutę i w krótkim czasie dzięki transakcjom terminowym kilkakrotnie pomnożyli swój kapitał.
Ktoś powie, że eksporterzy powinni na tym skorzystać. Częściowo ma rację, ale jak pokazuje wskaźnik wzrostu eksportu w tym roku, nie są oni w stanie wykorzystać tego dobrodziejstwa. Dlaczego? Powody są prozaiczne: po pierwsze w tak krótkim czasie nie można zwiększyć mocy produkcyjnych, zwłaszcza w kraju o tak trudnym dostępie do kapitału inwestycyjnego. Po drugie dobra inwestycyjne, jak chociażby maszyny do produkcji pochodzą głównie z Zachodu, a ich cena w złotówkach, jak pamiętamy, wzrosła. Trzecim argumentem "przeciw" są stosunkowo słabe kontakty z zagranicznymi partnerami oraz czasochłonność zawierania kontraktów handlowych.
Wreszcie trzeba powiedzieć sobie prawdę: żaden rozsądny eksporter nie uwierzy, że słabość złotówki będzie wieczna; co by się stało, gdyby swój budżet zaplanował przy kursie dolara np. 4,5 złotego, a tu nagle spadłby on do poziomu 4 zł? Odpowiedź jest prosta: to samo co z naszą firmą X, tyle tylko że w późniejszym czasie.
Czy ryzyko kursowe można zabezpieczyć? Na naszym rynku finansowym pojawiły się wreszcie takie instrumenty, jak transakcje forward czy też opcje walutowe. Czy można je wykorzystać do zabezpieczania różnic kursowych? W bardzo ograniczonym stopniu, w okresach kilkutygodniowych, a to z powodu ich wysokiej ceny, wynikającej m.in. ze zbyt dużej różnicy pomiędzy stopami procentowymi lokat w złotych i w dolarach czy euro - ale to już temat do następnego artykułu.
Co ma więc robić przeciętna firma, której przychody zależą od kursów walut obcych? Po pierwsze powinna zdywersyfikować swą działalność dzięki współpracy z kontrahentami z różnych obszarów walutowych. Po drugie, jak pokazuje doświadczenie ostatnich miesięcy, bliżej nam do Europy niż Ameryki, w związku z czym zmienność kursu złoty/euro jest dużo niższa niż złoty/dolar - korzystniej jest więc zawierać kontrakty w euro niż w walucie amerykańskiej. Oczywiście będzie to dużo łatwiejsze, gdy pieniądze Eurolandu będą chętniej akceptowane jako środek płatniczy przez resztę świata, zwłaszcza przez Azję.
Co powinien robić Rząd i NBP w sprawie naszej waluty?
Być może dla gospodarki w dłuższej perspektywie korzystne jest osłabianie złotego, ale na pewno tak nie jest, gdy proces ten odbywa się na przestrzeni dni czy godzin. Niektórzy powiedzą, że rola tych instytucji maleje wraz z "uwalnianiem" kursu. Proces taki rzeczywiście ma miejsce, o czym świadczy chociażby poszerzenie widełek dla odchylenia złotego od parytetu z 12% do 15%. Niestety instytucje te mają czasami bardzo destruktywny wpływ na stabilność złotego. Instrumentami najczęściej tu wykorzystywanymi są publiczne deklaracje czy też zmiana stóp procentowych w okresie i tak niekorzystnym dla złotego.
Często mówi się, że winowajcami niestabilności polskiego rynku walutowego są zagraniczni "spekulanci". Częściowo to prawda, ale czy można im się dziwić, skoro sami ich do tego prowokujemy, a nasz rynek jest na tyle płytki, że zakup czy sprzedaż kilkudziesięciu milionów dolarów powoduje zmianę kursu o 3%?
Rolą Rządu oraz Członków Rady Polityki Pieniężnej powinno więc być unikanie jakichkolwiek komentarzy na temat przyszłych kursów oraz działania zmierzające do pogłębienia naszego płyciutkiego rynku forex, realizowane chociażby poprzez pełną wymienialność złotego i zniesienie administracyjnych ograniczeń w przepływie kapitału.
Wszystkie te problemy byłyby rozwiązane, gdybyśmy byli w Unii Europejskiej, a najlepiej mieli stały parytet wymiany złoty/euro, jak to jest obecnie w większości państw tej organizacji.
Wracając do pytania, które zadaliśmy sobie na początku: "czy złotówka może być stabilna?", należy stwierdzić, że ma na to duże szanse. Warunkiem koniecznym jest tu stabilizacyjna polityka władz oraz stabilność gospodarcza kraju.


HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page

INTERNET CONSULTANT