Mapa (klikalna)

Kryzys III Rzeczypospolitej

Jadwiga Staniszkis
Instytut Nauk Politycznych PAN, Warszawa

Konflikt Kwaśniewski-Miller

Jest oczywiste, że w Polsce mamy kryzys polityczny. Gdyby w wyniku obecnego przesilenia powstał rząd fachowców, to dla L. Millera, jako polityka, oznaczałby on koniec. Prawdopodobnie także SLD mógłby nie przetrwać do wyborów terminowych w 2005 r. Chyba że nastąpiłoby przegrupowanie pokoleniowe. Obserwujemy jednak poświęcenie przez prezydenta Kwaśniewskiego środowiska "Ordynackiej" na rzecz "Agory". W konflikcie Michnika z tamtym obozem, z tym nowym pokoleniem, oznacza to zrobienie z nich kozłów ofiarnych. Utrzymywanie się obecnego, tak gorszącego konfliktu na najwyższych szczeblach władzy, ma katastrofalne konsekwencje dla Polski, dla jej międzynarodowej pozycji. Dla Kwaśniewskiego i jego europejskich ambicji zresztą także. Jeżeli Polska stanie się taką czarną dziurą coraz bardziej sfragmentaryzowanego świata, to europejskie szanse prezydenta, który się walnie do tego kryzysu przyczynił, są zerowe. I tak świat to postrzega. Prezydencka wizja polityki europejskiej to jest wizja salonu. A świat widzi nie salon, tylko problemy Polski. Przy stagnacji w gospodarce, przy tak wysokim bezrobociu, załamaniu budżetu, braku reformy finansów publicznych, słowem - tych wszystkich problemach, przed jakimi stoi Polska, konflikt Millera z Kwaśniewskim oznacza po prostu polityczną śmierć premiera, ale i kłopoty z wizerunkiem prezydenta.
Kluczowym problemem dla Millera jest utrzymanie kierownictwa w partii - w lipcu SLD ma mieć swój zjazd, który premier musi wygrać. Pytanie, na kogo Miller postawi, na kim zechce się oprzeć. Generacja Czarzastego dystansuje się od niego. Oni mają inne wyobrażenie o polityce, są zależni, ale nie od niego - Miller w istocie ma tylko swój stary trzon kadrowy, aparat partyjny, który obecnie przepycha się do władzy pod hasłami populistyczno-lewicowymi. Nie jest to zbyt obiecujące, szczególnie jeśli chce się zrobić to, co zamierza Kołodko, tj. uszczelnić system finansów państwa także pod względem socjalnym, a wygospodarowane środki przeznaczyć na rozwój. Dla mnie kluczowe jest pytanie, czy ta generacja w SLD, młodsza, bardziej pragmatyczna i lepiej przygotowana w sensie znajomości świata, którą Kwaśniewski właśnie poświęca na rzecz "Agory", licząc już na swoją międzynarodową karierę po zakończeniu prezydentury ("Agora" może bowiem mu zapewnić kontakty ze środowiskami socjaldemokratycznymi na zachodzie Europy, także z prasą, która go krytykuje za przylepienie się do Busha - dzięki tym kontaktom będzie mógł otrzymać jakieś stanowisko w Europie); otóż powtarzam - czy ta młoda generacja SLD potrafi się politycznie usamodzielnić. Oznacza to jednak konieczność zerwania finansowych z relacji aparatem SLD. Atak prezydenta na Millera jest w istocie atakiem także na SLD, a to automatycznie wzmacnia premiera, bo konsoliduje tę partię. Wystąpienie Kwaśniewskiego było prawdopodobnie przyspieszone przez wcześniejsze wezwanie premiera na przesłuchanie przed Komisją Sejmową ds. afery Rywina; mamy tu do czynienia z klasyczną obroną przez atak. Mogły też zdecydować informacje o innych aferach: patrz nagłe dymisje części doradców premiera. Ale to, co jest tu bardziej istotne, to odcięcie się Kwaśniewskiego (np. przez nawoływanie do dymisji Czarzastego) od swego zaplecza - tzw. Ordynackiej - do którego wcześniej, jak się wydawało, odwoływał się. W tej sytuacji może nawet ważniejsza dla przyszłości SLD jest reakcja tych ludzi, tj. pytanie, czy oni, którzy są tak klientystycznie powiązani ze starszym pokoleniem SLD-owskim, potrafią się w takiej sytuacji zmobilizować i próbować tworzyć nową formację, może nadawać ton temu, co się dzieje w SLD, czy też odwrotnie - spuszczą głowy, przełkną porażkę i, będąc jeszcze młodymi, liczyć będą na to, że odbiją się w przyszłości. Tego nie wiem.
Wybór jako sojusznika "Agory" jest z punktu widzenia indywidualnej kariery prezydenta Kwaśniewskiego zrozumiały. Ale taka destabilizacja SLD połączona z nawoływaniem do wcześniejszych wyborów jest zabójcza choćby z punktu widzenia szans wprowadzenia w życie reformy Kołodki, która jest konieczna. Myślenie o swojej karierze, a nie o państwie, jest po prostu karygodne. Prezydent przypuszczalnie nie przewidział, że będzie musiał wybierać między środowiskiem "Agory" a ludźmi o podobnych ambicjach orientującymi się psychologicznie na współzawodnictwo pokoleniowe z odłamem postsolidarnościowym. Interesujące jest także pytanie, jaki typ presji zewnętrznej kierowany jest przeciwko Millerowi? Czy to są europejskie układy socjalistyczne? czy Amerykanie? - nie sądzę, czy Rosjanie? czy to tylko blefowanie? - trudno powiedzieć. W każdym razie bardzo wyraźnie widać, że i prezydent, i Miller działają pod jakąś presją i to też pokazuje, jak to wszystko nie jest autonomiczne.
W całej tej sprawie istotną rolę odgrywa także referendum unijne - jego negatywny wynik byłby niekorzystny dla Polski, ale i dla Kwaśniewskiego, zważywszy jego europejskie ambicje. Zły wynik w referendum albo niska frekwencja będą miały dramatyczny efekt. Przy takim braku zaufania do parlamentu potwierdzenie akcesji przez posłów będzie od razu kontestowane.

Reforma finansów publicznych

Jeśli proponowana przez wicepremiera Kołodkę reforma finansów publicznych, której ważną częścią ma być uszczelnienie całej strony socjalnej, czyli ograniczenie wydatków państwa na te cele, zostanie wprowadzona, to podzieli istniejącą prawicę. Myślę, że bardzo trudno będzie tutaj współpracować PO i PiS. Proponowana likwidacja powiatów (z której niestety Kołodko już się wycofuje) uderza z kolei w interesy klasy politycznej. Reforma KRUS-u - w elektorat PSL. W jeszcze większym stopniu przyczyni się do tego likwidacja agencji, funduszy celowych oraz przesunięcie całego strumienia pieniądza (PIT-ów, CIT-ów) na dół, do samorządów. W propozycji Kołodki są posunięcia, które oprócz bardzo dużej zachowawczości jeśli chodzi o podatki (nie ma np. podatku liniowego, a przez likwidację ulg - proponuje się de facto ich wzrost) mają rzeczywiście charakter rewolucyjny. W tej chwili patrzy się na nią jako program dla rządu fachowców. Bez tej reformy budżet nie będzie w stanie opłacić unijniej składki, już nie mówiąc o projektach, które muszą być współfinansowane z Unią; budżet po prostu się nie zamknie. Jeśli natomiast nie będzie tych reform, to w ciągu dwóch najbliższych lat nastąpi dalsze spowolnienie wzrostu.
W tej chwili parlament przymyka oczy na te zagrożenia, nie widzi ich. Po stronie prawej nie znajduję chęci poważnej dyskusji, nie mówiąc już podjęciu współpracy z rządem w sprawie reformy finansów, a nawet pogłębienia tej reformy (podatki). Widzę za to świadome odsuwanie tego w przyszłość - dla nowego rządu. Uważam, że prawa strona cały czas żyje w nierealnym świecie.
PiS w tej chwili koncentruje się na nowej, większościowej ordynacji wyborczej. Ordynacja wyborcza przy słabych czy rozpadających się aparatach partyjnych jest pewnym nowym otwarciem, dlatego też myślę, że Kwaśniewski i jego środowisko na to pójdą. Ale to wymaga zgody większości Sejmu. Przypuszczam, że skończy się na przyjęciu mieszanej ordynacji wyborczej, ale tam gdzie ona dzisiaj obowiązuje, np. w Niemczech, coraz częściej mówi się o porzuceniu jej na rzecz prawdziwie większościowej, tak aby mieć czystą sytuację, a także, by wyzwolić - poprzez pojawienie się nowej generacji polityków - nową energię.
Problem polega na tym, iż w tej chwili nie ma i nie raczej nie będzie dostatecznych sił politycznych, by cokolwiek przeprowadzić. Bez współpracy Kwaśniewski - Miller tego się nie da zrobić, a przy tym konflikcie między nimi wszystkie racjonalne posunięcia: finanse publiczne, ordynacja wyborcza - są w tej chwili blokowane. Jeżeli obok lub w kontekście afery Rywina wypłyną jakieś nowe fakty korupcyjne, np. związane z premierem, to Miller będzie musiał odejść. Chyba że ujawnione będą poniżej poziomu urzędu premiera, to wówczas uderzą w "Agorę" (patrz wypowiedź Rokity), a pośrednio - w Kwaśniewskiego. Jednakże Miller nie może tylko mówić - trwam, przeczekuję; on musi też atakować. A do tego jest już niezdolny; czyżby dlatego, że się czegoś boi? Będzie więc tylko walka pozycyjna, która doprowadzi do całkowitego paraliżu - i rządu, i parlamentu.

Rząd fachowców

Podstawowy problem tutaj to kwestia puli tych fachowców. Jeśli w nowym rozdaniu ważnym rozgrywającym będzie np. były koalicjant - PSL, a fachowcy zaproponowani przez PO będą z liberalnym podejściem - np. Lewandowski czy Schomburg - to dla PSL będą oni bardzo trudni do przyjęcia. Trudno bowiem sobie wyobrazić, by rząd fachowców, bliższy np. poglądom Rady Polityki Pieniężnej i Balcerowicza, był poparty także przez PSL. PiS z kolei nie ma kompleksowych koncepcji ekonomicznych i jest najbardziej nieprzewidywalne W tej chwili, jak słyszę, z niezrozumiałych dla mnie powodów wchodzi w konflikt z generacją nowych działaczy. "Styropianowcy" i "pseudostyropianowcy" usuwają z partii kompetentniejszych, młodych działaczy (np. w Opolu). Ten konflikt pokoleniowy przypomina to, co dzieje się w SLD. Opóźni to racjonalizację polskiej polityki. Jest zatem za mało strzelb, by taki rząd fachowców łatwo utworzyć. Oczywiście są fachowcy nastawieni na budowę instytucji czy na innowacyjne pomysły instytucjonalne, które pozwoliłyby zniwelować błędy zrobione przez przedwczesne przyjęcie rozwiązań z epoki późnego kapitalizmu - patrz przedwczesna liberalizacja rynków finansowych - ale po pierwsze - swoboda manewrów dla takich specjalistów jest teraz zerowa (wchodzenie do Unii, integracja formalna), a po drugie - nie ma fachowców, którzy znaleźliby zaplecze sejmowe.
Jest też kwestia min. Kołodki. On jest fachowcem, ale jest też zdeklarowany politycznie. Jego program, który właściwie jest gotowy, mógłby zostać przyjęty w trybie trzymiesięcznym, co jest konieczne właśnie z punktu widzenia pracy nad budżetem. Ale pytanie, czy taki realny budżet będzie mógł w ogóle powstać, chyba że będzie to taki budżet jak budżety Balcerowicza; wszystkie pozostały przecież na papierze, były nieustannie nowelizowane. A program Kołodki jest propozycją całościową i odnosi się do spraw zasadniczych; inne propozycje reformy finansów publicznych - np. Gilowskiej - są bardziej cząstkowe; dotyczą np. likwidacji agencji, przejrzystości procedur itp. To dzisiaj za mało. Z kolei Kołodce brak wizji obniżenia podatków, a jego program mógłby być jeszcze bardziej radykalny, proinwestycyjny.

Ordynacja większościowa

Obserwuję środowiska młodej prawicy, absolwentów różnych szkół liderów, bez wątpienia lepiej przygotowanych do pełnienia funkcji publicznych niż starsza generacja. Wchodząc do polityki, szybko weszli w konflikt z działaczami ich własnych partii, szczególnie tymi, którzy zostali przyniesieni z zewnątrz - z posłami, radnymi. Faktycznie zostali prawie natychmiast dołowani przez aparat partyjny, np. PiS-owski. Wydaje mi się, że ordynacja większościowa, która osłabi rolę tego aparatu, jest zbawienna dla tego typu ludzi i może wykreować, wyciągnąć do góry tę nową generację. I po stronie prawicy, i po stronie SLD na pewno ci nowi ludzie są lepsi niż obecni. Sądzę, że nowa ordynacja może generalnie zmienić jakość polityki polskiej. Ordynacja większościowa spowoduje też dążenie do wykreowania dwóch silnych układów partyjnych czy koalicji po obu stronach i prawdopodobnie zmusi do koncentracji mniejsze polityczne byty.
Paradoksalnie, ordynacja większościowa wcale nie polaryzuje, ale koncentruje dyskusje na rozwiązaniach centrowych. Po wejściu do Unii Europejskiej konieczne będzie publiczne postawienie takich spraw jak euraizacje, instytucje, dynamika świata zewnętrznego i jego zrozumienie - czyli to, czego tak bardzo nam brakowało np. przy wejściu w konflikt między Stanami Zjednoczonymi a Europą, kiedy nie zrozumieliśmy, że tam chodzi naprawdę o bardzo głębokie różnice instytucjonalne zakorzenione z jednej strony w koncepcji "przednowoczesnego" systemu rządzenia w Ameryce, a z drugiej - w koncepcji suwerennego państwa Europy Zachodniej. To są zasadnicze spory dla przyszłości świata. Trzeba rozumieć, jak funkcjonuje deficyt polityki w systemie amerykańskim, jak prawo - jako suweren - w systemie niemieckim, czy też jaka jest rola polityki - we francuskim, żeby zrozumieć te emocje. My, którzy nie jesteśmy, historycznie rzecz biorąc, państwem, które przeszło proces racjonalizacji, tak jak przeszła Europa Zachodnia, ani też nie mamy tej kultury kontraktu, którą mają Stany Zjednoczone, funkcjonujemy w tych konfliktach jak gdyby na ślepo. Nową generację polityków tworzą ludzie, którzy wiedzą więcej o tych problemach, widzą, jakie są nasze braki instytucjonalne i kulturowe i widzą naszą pewną, w tym wymiarze, obcość w Europie.
A zatem naprawdę wiążę dużą nadzieję ze zmianą sposobu funkcjonowania polityki po ich dojściu do władzy. Jednakże oni do niej dojdą tylko wówczas, kiedy obecne aparaty będą ograniczone; ludzie aparatów partyjnych wycinają bowiem tych nowych - to widać już w tej chwili po wyborach samorządowych.

IV Rzeczpospolita

Wybory według ordynacji większościowej będą stanowiły ewolucyjne przejście do IV Rzeczpospolitej. Niektórzy socjologowie - np. T. Żukowski czy Z. Krasnodębski - wierzą, że powstanie ruch studencki, który nie zdzierży tej III Rzeczypospolitej i on będzie nośnikiem zmian. Ja w to nie wierzę - obserwuję studentów, którzy, jak już powiedziałam o młodej generacji, są lepiej wykształceni, lepiej znają świat, cenią profesjonalizm, ale mają bardzo negatywny stosunek do przestrzeni politycznej.
Po pierwsze, są przekonani, że działając indywidualnie będą skuteczniejsi. Po drugie - są słabsi psychicznie. Wiedzą, że spotkają się z silną presją i są gotowi już na wejściu ustąpić, tzn. zrezygnować z pewnych wartości. Innymi słowy są gotowi na oportunizm. Są bardzo bystrzy, ale nie są kontestatorami; jest to zupełnie inna formacja psychologiczna niż ta, która robiła opozycję w latach 70. i 80. Do władzy chcą dojść, nie przez walkę, nie przez sprzeciw, ale przez profesjonalizm. Jeżeli stworzy im się strukturę, w której mogą wygrywać w indywidualnej walce, to ci najlepsi wygrają. Ale nie jako ruch społeczny zmieniający te struktury. W tej sytuacji oczekuję rewolucji odgórnej, tak jak zrobili ją komuniści. W tej chwili klasa polityczna - przystając na ordynację większościową i przeprowadzając reformę finansów publicznych, która odetnie te klientelizmy, z których sami korzystają - stworzy z jednej strony pomost dla innych ludzi, a dla zdrowszego funkcjonowania systemu - z drugiej. Ten nowy mechanizm oczywiście doprowadzi do wymiany ludzi. W tej chwili jesteśmy w sytuacji kryzysu. Kryzys zawsze oznacza nie tylko klęskę, ale też nowy początek. Jeżeli teraz nie zdobędziemy się na ten nowy początek, to kiedy? I w jakich warunkach?
Bo przecież Polska nie może tak trwać dalej. Nie ma przecież już pieniędzy na redystrybucję i polityczny klientelizm. To jest moment, w którym zmiany muszą się dokonać. Wydaje się jednak, że oni nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji i ciągle liczą, że Unia Europejska wszystko im rozwiąże. Tymczasem nie ma innego wyjścia. To nie jest czas, kiedy można by liczyć np. na zamach wojskowy, tak jak w Ameryce Łacińskiej, jakieś cykle polityczne. Polityka dzisiaj straciła na znaczeniu, jest też zupełnie inna swoboda manewru. Tylko samoograniczenie klasy politycznej i racjonalizacja państwa oraz nowa przestrzeń dla ludzi, którzy są lepiej przygotowani do rządzenia krajem, ale którzy sami sobie tego nie wywalczą. Mamy bowiem do czynienia z ludźmi, którzy są dobrze przygotowani, inwestują w siebie, mają model indywidualnej kariery, ale tylko doradzają. Nie ma w nich poczucia odpowiedzialności obywatelskiej, wynikającej z jakiejś funkcji publicznej. Nie ma czegoś takiego jak powiedzenie: ja przecież muszę wziąć - jako pokolenie - odpowiedzialność za to, co się dzieje w kraju, bo przecież nikt tego za nas nie zrobi. Nie - ich charakteryzuje tylko profesjonalne podejście. Pracuję tutaj, staram się to robić najlepiej, walczę indywidualnie o swoją karierę itp.
Prawdę powiedziawszy, oni właściwie nie czują się obywatelami. Ich postawa to też objaw klęski III Rzeczypospolitej. Jej system polityczny nie tylko zniszczył populistyczne społeczeństwo obywatelskie "Solidarności", tzn. wiarę, że system będzie funkcjonował - państwo i społeczeństwo - według tych samych wartości, ale nie stworzył wśród tej nowej generacji, w elitach profesjonalnych nowoczesnych obywateli odpowiedzialnych za całość i jakoś formułujących kategorie dobra publicznego. Odwrotnie - stworzył ludzi "odtąd-dotąd", dobrze pracujących, ale traktujących to wyłącznie jako zawód.
Przy każdej dezorganizacji decyzyjnego centrum, a to przecież obserwujemy obecnie w SLD, jest możliwość wejścia w tę pustą przestrzeń także innych środowisk. Kiedy się czyta sprawozdania z regionalnych spotkań tej partii, to ludzie zabierający tam głos bardzo brzmią jak "Samoobrona". "Samoobrona", która jest wentylem SLD, nie będzie jednak kontestowała tego terenu, nie będzie go stamtąd wypierała. Inaczej by to funkcjonowało, gdyby "Samoobrona" była systemem autonomicznym, a inaczej to wygląda, kiedy w gruncie rzeczy jej system jest prefigurowany. Dlatego też nie sadzę, by "Samoobrona" miała odegrać jakąś znaczącą rolę w tej nowej, polskiej rzeczywistości. Ludzie preferują ugrupowania, które lokują się bliżej centrum. Nie spodziewam się zatem jakichś wielkich przyrostów poparcia dla partii populistycznych, szczególnie tych antyeuropejskich. Zwłaszcza że skończyła się, jako rozwiązanie, polaryzacja: prawica - lewica, tj. to że w kolejnych wyborach od tej drugiej strony oczekuje się, że wyraźnie spełni oczekiwania. Jest raczej w świadomości ludzkiej inna polaryzacja: pasożytnicza klasa polityczna - Unia Europejska. Tzn. oczekiwanie, że to UE zredukuje wszystkie patologie wnoszone przez klasę polityczną. Stąd bierze się zresztą duże poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Jednakże członkostwo w Unii wszystkiego nam nie załatwi.

Jak przegrała III Rzeczpospolita

Zadecydowały przede wszystkim błędne wybory instytucjonalne związane z ahistorycznym traktowaniem rynku jako pustej przestrzeni. Nie pojmowano rynku jako, powiedzmy, hierarchii plastrów, które w każdym stadium rozwoju kapitalizmu mają inną konfigurację instytucjonalną i inną funkcję celów. Przedwcześnie przyjęto rozwiązanie z bardzo dojrzałego kapitalizmu, np. to, co premier Thatcher zrobiła dopiero na końcu swoich reform, czy Japonia - po kilkunastu latach budowy kapitalizmu. Zbyt wczesne zliberalizowanie rynków finansowych, które my dokonaliśmy bardzo szybko, lub też decyzja o ograniczeniu udziału produkcji w dochodzie narodowym (u nas spadła ona do 22 proc.) spowodowały, iż oba te rozwiązania, przyjęte przez nas w fazie wstępnej akumulacji kapitału, stały się - dla kraju i dla gospodarki po prostu mordercze. Uzależniliśmy się od importu kooperacyjnego i kapitału portfelowego. Nie dokonała się realna integracja i restrukturyzacja, a jedynie deindustrializacja. Wynikiem tego były strategie kompensacyjne - kapitalizm polityczny i kapitalizm sektora publicznego, szczególnie ten drugi. To były sposoby tworzenia - w warunkach nierównego współzawodnictwa - kapitalizmu wprowadzanego jak gdyby bocznymi drzwiami. Myślę tu o przechwytywaniu części funduszy publicznych, różnych formach zawłaszczania państwa i wielu innych, społecznie niekorzystnych rozwiązaniach. Próbowano na to odpowiedzieć, szczególnie w ostatnim okresie - wspomnę m. in. decyzje min. Kaczmarka - taką ukrytą formą kapitalizmu państwowego, swoistą postacią recentralizacji. Wszystko to jednak coraz bardziej deformowało i osłabiało - zarówno państwo, jak i rynek. W tych warunkach po wyczerpaniu się prostych rezerw z okresu komunizmu wzrost był już niemożliwy.
Powstał zatem system, który jest niesterowny i który de facto jest niekompletnym kapitalizmem. M.in. przerwano przepływ pieniądza między finansami a produkcją - u nas można pomnażać pieniądze, nie wracając do produkcji, nie ma pełnego, normalnego cyklu. Wystarczy obsługiwać dług państwa i spekulować. To jest niekompletny kapitalizm i to jest logiczne, jeżeli spojrzy się na Polskę z perspektywy globalnej; globalizacja nie potrzebuje bowiem nowego segmentu pełnego kapitalizmu, tylko potrzebuje źródeł kapitału i rynku. Innymi słowy potrzebny jest montaż i konsumpcja, a nie produkcja.
Polska, niestety, została wbudowana się w ten system. Ceną była jednak utrata gospodarczej podmiotowości - u nas nie ma bowiem organizacji instytucjonalnej pracującej na rzecz podniesienia poziomu naszego rozwoju. W jakimś sensie nas już nie ma. To co jest u nas, funkcjonuje i pracuje na rzecz innej skali, skali makro. My bardzo szybko wbudowaliśmy się w takie rozwiązanie. Inne kraje postkomunistyczne, np. Czesi i Węgrzy starali się to opóźniać, a Azjaci - bardziej tym sterować. My - niestety nie.
O wszystkim tym mówiłam już dawno, ale traktowane to było jako oszołomstwo. Dzisiaj o zgubnych skutkach złamania w Polsce sekwencji historycznej gospodarczych kroków, czyli, jak ja to nazywam "asymetrii racjonalności" (gdy przyjęto rozwiązanie racjonalne, ale dla rynków innego stadium kapitalizmu kosztem naszej akumulacji kapitału), piszą najbardziej szacowne instytuty czy znani ekonomiści zachodni, przyznając rację właśnie takiej diagnozie. To są podstawowe błędy popełnione w polityce instytucjonalnej. W sporze między tymi, którzy wierzą w uniwersalną "racjonalizację", a tymi, którzy relatywizują sens instytucji do stadium i skali, wybrano u nas, błędnie, pierwszą opcję. Chiny wybierają drugą (ze względu na kluczową dla ich kultury kategorię "czasoprzestrzeni") i wygrywają. Klasa polityczna nie zdawała sobie jednak z tego sprawy. Charakteryzowała ją bowiem prymitywna percepcja liberalizmu, w którym, wg niej, wystarczało mieć tylko prawa własności bez świadomości, że kluczem dla Polski w takiej fazie rozwoju kapitalizmu są instytucje, że takiego liberalnego kapitalizmu, jaki wprowadzono u nas, w istocie nie ma nigdzie na świecie. Nie było wiedzy o tym, iż stykamy się z bardzo zorganizowanym kapitałem międzynarodowym, który ma swoje preferencje, gdyż przynosi ze sobą, selekcjonuje takie rozwiązania, które obniżają koszty transakcyjne. Nie zadawano pytań o to, jak powyższe wpłynie np. na akumulację kapitału krajowego, a kiedy próbowano to robić, takie usiłowania były marginalizowane lub odrzucane.
Odpowiedzią na te zagrożenia, z których w końcu z olbrzymim opóźnieniem zdano sobie sprawę, była próba komercjalizacji państwa, tzn. wysiłek na rzecz stworzenia jakiejś przestrzeni dla krajowego kapitału. Ale była to odpowiedź tylko patologiczna, pogłębiająca korupcję i wszystkie negatywne zjawiska. Z tego wszystkiego trudno jest się teraz wycofać, bo mechanizm "asymetrii racjonalności" podnosi także koszty wycofania. Dlatego też Polska stoi dzisiaj przed bardzo trudnym, by nie powiedzieć, dramatycznym, wyzwaniem. Najwyższy czas jednak, by na nie odpowiedzieć.


HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page


INTERNET CONSULTANT