Mapa (klikalna)

Jednomandatowy system wyborczy - polityczny kościec IV Rzeczypospolitej

Rozmowa z Mariuszem Wisem, działaczem Stowarzyszenia "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze" - Warszawa

- 10 grudnia 2002 roku "Rzeczpospolita" zamieściła tekst, w którym stwierdza Pan, że prawdziwą demokrację buduje jednomandatowy systemem wyborczy. 15 marca br. ta sama gazeta publikuje apel intelektualistów do prezydenta o inicjatywę ustawodawczą w sprawie zmiany ordynacji wyborczej. Czy należy sądzić, że IV Rzeczpospolita powstanie na fundamencie jednomandatowego systemu wyborczego?

- Każdy system wyborczy jest źródłem dalszych zdarzeń politycznych i gospodarczych. Jest jądrem filozofii rządzenia krajem. Nie ma ważniejszej ustawy niż ordynacja wyborcza. To swoista "mała konstytucja". Jeżeli założymy, że władza ludu to władza partii, stanowiących zawsze i wszędzie mniejszość społeczeństwa, to pozostańmy w obecnej ordynacji. Ale jeżeli uznamy, że w prawdziwej demokracji większość ma wybierać swoich reprezentantów, to obecnie obowiązujący system do realizacji tego założenia nie nadaje się. Sposób wybierania przedstawicieli do władzy to problem o podstawowym znaczeniu ustrojowym. Wybierać można dwojako, tak jak u nas: partia wybiera, a my wybieramy spośród wybranych. Można też inaczej, gdzie w konkurencyjnej walce o jedno miejsce, w okręgu wyborczym jednomandatowym, kandydat sam, bez akceptacji partii, poddaje się procesowi wyborczemu. U nas, cytuję art. 104 Konstytucji: "Posłowie są przedstawicielami Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców". Gdzie indziej deputowany, będąc przedstawicielem obywateli z okręgu, związany jest bezpośrednio ze swoimi wyborcami. Można tak, a można i tak, w końcu koń koniowi nie jednaki, są szkapiny i rumaki. Polska to jednak szkapina ludowładztwa. Rumakiem są kraje z jednomandatowym systemem wyborczym, do którego krok po kroku zmierzają demokracje świata. To nieodwracalny proces historyczny. W jego wyniku tworzą się obywatelskie formy rządów, czyli najdoskonalsze ze znanych demokracji. Nie mam cienia wątpliwości, że ten fundament prawdziwej demokracji pojawi się i trwale zagości w Polsce. Pytanie tylko kiedy i czy będzie miał w naszym kraju ojca, na miarę de Gaulle'a, czy też wzorem Włoch z 1994 r. wyłoni się na skutek nacisków społecznych.

- Powiedział Pan, proces historyczny?

- Świadomie użyłem tego słowa. Po II wojnie światowej Anglicy i Amerykanie, sami mając jednomandatowy system wyborczy, dla przegranych Niemiec, Włoch i Japonii zarządzili system wyborczy partyjny. Ten sposób wybierania przedstawicieli właśnie partiom daje władzę. System jednomandatowy, obywatelom. Wiedza, że na partie można łatwiej wpływać, nawet z zewnątrz, leżała u podstaw myśli politycznej aliantów. Dopiero Niemcy w 1953 r., Włosi w 1994 r., a Japończycy w 1997 r. doprowadzili do zmiany systemu wyborczego partyjnego na jednomandatowy - obywatelski, chociaż jeszcze nie w 100%. Francja jednomandatowy system wyborczy ma od 1958 roku, kiedy to de Gaulle, siłą swojego autorytetu przekonał deputowanych do zmiany ordynacji z tzw. proporcjonalnej na większościową. Ciekawy jest krótki epizod powrotu Francji w 1985 r. do systemu proporcjonalnego. Ale skutki jego okazały się dla Francuzów nie do zaakceptowania i system ten nie przetrwał nawet jednej całej kadencji. Nowa Zelandia przeżywa próbę podobną do Francji z 1985 r. Przewiduję, że zakończy się podobnie. Są to dwa wyjątki, które potwierdzają regułę dążenia do wprowadzania i stosowania w dłuższej przestrzeni czasowej systemu jednomandatowego. Procesu odwrotnego nie notuje się w świecie demokratycznym. Przypatrzmy się Irakowi po wojnie. Prezydent Bush oświadczył, że Amerykanie nie pozwolą, aby jeden dyktator został zastąpiony innym. Irakijczycy będą mogli sami wybrać swoje władze, zapewnił. Jeśli tak się stanie, to w Iraku autorytaryzm przekształci się w demokrację. Pytanie tylko w jaką? Czy jednomandatową - obywatelską, czy proporcjonalną - typowo partyjną.

- Nie wszyscy nasi Czytelnicy wiedzą, na czym polega istotna różnica między tymi dwoma podstawowymi systemami wyborczymi. Proszę przybliżyć nam jednomandatowy system wyborczy.

- Myślę, że najprościej różnice pomiędzy tym, co mamy w Polsce teraz, a tym, co mogłoby być, zobrazuje następująca metafora: wyobraźmy sobie, że w szkole postanowiono wybrać samorząd. Zastanawiano się, jaki zastosować system wyborów. Czy proporcjonalny, polegający na wybieraniu uczniów z grupy wcześniej wybranej przez szefów szkolnych kółek zainteresowań, np. sportowego, literackiego i fotograficznego. Czy może system jednomandatowy, polegający na wybieraniu po jednym przedstawicielu z każdej klasy? Który system lepiej odzwierciedli ideę reprezentacji społeczności szkolnej? Który będzie lepszy dla uczniów i szkoły? Jak na razie w Polsce reprezentantów obywateli, czyli uczniów naszej szkoły, wybieramy z kółek zainteresowań, czyli partii.
Warto przypatrzyć się systemom wyborczym w aspekcie "odległości" posła od wyborcy. Porównajmy Polskę "proporcjonalną" do jednomandatowego USA. W Ameryce 200 mln Amerykanów wybiera 435-osobowy Kongres w systemie jednomandatowym, z czego wynika, że jednego kongresmena wybiera w każdym okręgu ok. 460 tys. Amerykanów. W Polsce 40 mln rodaków wybiera 460 posłów, więc na jednego posła przypada ok. 87 tys. osób. Przypada, podkreślam. Pytanie: ilu obywateli średnio wybiera jednego posła w 41 okręgach? Otóż ok. 970 tys. Polaków. Z czego to wynika? Z ordynacji. Pamiętamy, że choćbyśmy postawili dowolną liczbę krzyżyków, to i tak liczy się tylko jeden, bo de facto oddajemy głos (nie mylić ze słowem wybieramy, gdyż wybiera partia) tylko na jednego. Reasumując, system wyborczy jednomandatowy sprawia, że Amerykanie mając zbliżoną liczbę przedstawicieli w parlamencie co Polacy, będąc pięć razy liczniejszą społecznością, wybierają swoich "posłów" z dwa razy mniejszej liczby obywateli. Stany Zjednoczone i Rzeczpospolita Polska to kraje demokratyczne. Który bardziej?
Analizując nasze ostatnie wybory do Sejmu, łatwo można wykonać inne obliczenie. U nas w ostatnich wyborach do Sejmu tylko ok. 20% wyborców postawiło krzyżyk na obecnych posłów (dokładnie 6 152 589 osoby). Reszta, czyli 22 mln ludzi, nie ma swojej reprezentacji. Rząd, powołany większością parlamentarną, ma więc faktyczne poparcie tylko ok. 10 procent obywateli. Doświadczenia krajów posiadających jednomandatowy system wyborczy wskazują, że tak rażąco niski udział obywateli wybierających skutecznie parlament i rząd tam nie występuje.
Wybieranie swoich przedstawicieli do rządzenia w systemie "z jednego okręgu tylko jeden" stosują obywatele krajów uznawanych za czołówkę państw demokratycznych. Dla Amerykanów, Kanadyjczyków, Anglików, Francuzów, Australijczyków i jeszcze wielu innych nacji jest jedynym i oczywistym. To w tych krajach można mówić, że parlamenty skupiają najznakomitszych ludzi, a już na pewno takich, którym bezpośrednio obywatele dają mandat w swoich okręgach.
Jednomandatowy system wyborczy pokazał w maju i czerwcu 2002 r. we Francji, na czym naprawdę polega. Otóż w ostatnich wyborach prezydenckich radykalni zwolennicy Le Pena mieli 17-procentowe poparcie w społeczeństwie. Ale prawdziwa demokracja to rządy większości. Miesiąc po wyborach prezydenckich odbyły się wybory parlamentarne. W okręgu, gdzie wybieramy tylko jednego, "swojego" przedstawiciela, aby wygrać, musi on mieć za sobą po prostu większość. Już tylko z samej matematyki i definicji wynika, że skrajność nie może być większością. Dlatego żaden "lepenowiec" nie został deputowanym i nie ustanawia Francuzom praw.

- Czy z tego wynika, że system wyborczy jednomandatowy likwiduje partie?

- Absolutnie nie. Jednomandatowy system wyborczy przekształca je z tworu wodzowskiego, oligarchicznego w kształt obywatelski. Pragmatyzm takich wyborów powoduje utworzenie naturalnej dwubiegunowości politycznej. W myśl prawdziwego prawa socjologicznego (true sociological law), sformułowanego przez wybitnego politologa Maurice'a Duvergera taki stan powstaje tylko przy jednomandatowym systemie wyborczym. Tworzy się wtedy trwały, prosty i zrozumiały dla wszystkich układ o wyraźnej przewadze dwóch partii. Podkreślam, przewadze, gdyż spotykam się z demagogicznymi "wyjaśnieniami", że małe partie znikną ze sceny politycznej. Nic bardziej mylnego, o czym świadczy wynik ostatnich wyborów do Izby Gmin w Wielkiej Brytanii, gdzie mandaty poselskie uzyskali przedstawiciele aż 9 partii politycznych i jeden poseł niezależny, znany dziennikarz Martin Bell. Poza dwoma dużymi ugrupowaniami, Partią Pracy, która zdobyła bezwzględną większość, i Partią Konserwatywną, pozostałe partie posiadają 52 mandaty.

- Jeśli w naszym kraju ukształtują się dwie silne partie, to wówczas przejście do okręgów jednomandatowych będzie pożyteczne. To wypowiedź profesora Jerzego Jaskierni ("Trybuna" z 17 III 2003 r.).

- W świetle wspomnianego wyżej "prawa Duvergera" pogląd ten oznacza stawianie wozu przed koniem. Przeczy temu ewolucja krajów demokratycznych. Kiedy w 1787 roku uchwalano Konstytucję Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej i wprowadzano okręgi jednomandatowe, nie było żadnego systemu dwupartyjnego. Wbrew jednak zarówno teorii, jak i praktyce, pogląd ten jest głoszony przez wielu polityków i publicystów. Można mu łatwo ulec, gdyż pozornie wygląda na rzeczywisty. Powtarzam łopatologicznie: to system jednomandatowy tworzy dwuparyjność, a nie odwrotnie. Między bajki należy włożyć np. skuteczność nawoływania do stworzenia silnej centroprawicy, jako dużej kontrpartii dla SLD, nie uwzględniając jednomandatowego systemu wyborczego. Takie zabiegi bez fundamentu wyborczego, jednomandatowego, nie udadzą się, bo nie udały się nigdzie na świecie. To utopia.

- "Gdyby partyjne szyldy i sita przestały się liczyć, mielibyśmy więc wielki wyścig kuglarzy, hochsztaplerów, gangsterów gotowych wydać sporo własnych pieniędzy, by uzyskać bezcenny poselski immunitet oraz pomocną w interesach legitymację posła". (Jacek Żakowski, "Polityka" z 22 III 2003 r.) Z kolei Ernest Skalski ("Gazeta Wyborcza" 19 III 2003 r.) przewiduje: "W jednomandatowym okręgu pierwsze pytanie dla posła niekoniecznie będzie brzmiało: "Coś zrobił dla kraju?", lecz: "Co z tego wynika dla wyborców z Krotoszyna, Radomia, Ełku?"".

- Tego rodzaju opinie wypowiadają nie tylko ludzie, którzy nigdy nie zastanawiali się nad sprawą działania mechanizmu ordynacji wyborczej, ale całkiem poważni przedstawiciele establishmentu politycznego, jak np. Sędzia Sądu Najwyższego Ferdynand Rymarz (maj 2001 r., na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, ex catedra), że wymienię z nazwiska. To zupełnie nieuprawniony rasistowski pogląd, wychodzący z założenia, że Polacy to jakaś gorsza rasa niż np. Francuzi, gdzie tego typu zjawisk się nie obserwuje. Parlament francuski jest dostojny i szacowny oraz całkowicie przewidywalny. Jednomandatowy system wyborczy stosuje ponad 60 krajów świata, niektóre od 200 lat, od Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych po Indie, Nepal i Republikę Malawi. Nigdzie nic podobnego się tam nie zdarzyło. Na podstawie tego ogromnego zbioru doświadczeń pogląd ten musi być odrzucony. Odpowiedzialność za państwo, nawet opozycji w systemie jednomandatowym, jest zupełnie z innego świata demokracji. My tego świata nie znamy i interpolujemy przyszły skład Sejmu według zachowań z naszego podwórka, na którym media, z natury swojej, uwypuklają hałaśliwych i barwnych, niekoniecznie tych, którzy mogą cieszyć się największym zaufaniem wyborców. Z podwórka, gdzie opozycja musi być zawsze przeciw, choćby nawet chciała być za. Ale większość wchodząca za kotarę wyborczą jest umiarkowana i po prostu rozsądna, a wybiera na swoje podobieństwo. Przypomnijmy sobie, jak kongres USA głosował za iracką polityką Busha, lub jak zakończył się problematyczny wybór Busha na prezydenta. Al Gore dla dobra wartości demokratycznych i kraju podał Bushowi rękę, nie nogę. Ludzie wybrani w systemie jednomandatowym to inna kategoria ludzi u władzy, po prostu inna jakość.

- Premier Leszek Miller, reagując na apel "Rzeczpospolitej" powiedział "no i jest problem, od którego powinniśmy zacząć, problem natury konstytucyjnej: otóż konstytucja, odnosząc się do systemu wyborczego, mówi wyraźnie, że ma to być system proporcjonalny ("Rzeczpospolita" z 18 III 2003 r.).

- To prawda, że jednym z pięciu przymiotników określających wybory do Sejmu w konstytucji jest użyte słowo "proporcjonalne". Nasze obecne wybory z matematyczną proporcjonalnością nie mają nic wspólnego. Powiem więcej, w każdym systemie wyborczym zrealizowanie postulatu proporcjonalności, tj. stałego stosunku liczby mandatów do liczby oddanych głosów, jest zadaniem praktycznie niewykonalnym. Wybory nigdy nie będą proporcjonalne. Mogą być tylko mniej lub bardziej dysproporcjonalne. Politolodzy wymyślili normatyw tej dysproporcjonalności, tzw. indeks Gallaghera, który jest miarą odstępstwa od proporcjonalności. W przypadku matematycznej proporcjonalności wyniósłby zero. Im większa jest wartość tego indeksu, tym wybory są bardziej nieproporcjonalne. Dla przykładu, indeks Gallaghera dla wyników wyborów do naszego Sejmu w 1993 r. wyniósł 15,8, a w wyborach 1997 r. 9,8. Ostatnie wybory w systemie jednomandatowym w USA dały indeks 5,43. Myślę, że komentarz jest zbyteczny i daje odpowiedź na pytanie konstytucjonalistów, czy wybory w systemie jednomandatowym wypełniają znaczenie przymiotnika "proporcjonalne". Tak, one są bardziej proporcjonalne niż według obecnie obowiązującej ordynacji... Chyba że pod znaczeniem słowa proporcjonalne należy rozumieć zupełnie co innego, na przykład, zakamuflowane hasło "partyjne". Konia z rzędem temu, kto spytany na ulicy o znaczenie słowa "proporcjonalny", bez zająknienia odpowie synonimem "partyjny". Oczywiście eksperci-konstytucjonaliści zauważą, że to nie chodzi de facto o partie, tylko o grupy wyborcze, np. komitety wyborcze wyborców. I na to jest logiczna odpowiedź. Jeżeli przyjmiemy, że słowo "proporcjonalne" ma znaczenie polegające na tym, że mandat musi przypadać jakiejś puli oddanych głosów, to wystarczy, że w ordynacji wyborczej (zbiorze przepisów szczegółowych) zapiszemy np., że jeden mandat w okręgu jednomandatowym musi odpowiadać puli oddanych głosów na pierwszego, nie mniejszej niż 20% ogólnej liczby wyborców w okręgu. Gdyby warunek ten nie został spełniony, wówczas organizuje się w okręgu kolejne tury, zmniejszając za każdym razem normę, kolejno do 10%, 5% itd., aż do wybrania deputowanego. Dla chcącego nic trudnego. Jeżeli tylko będzie taka wola Sejmu, to obecna konstytucja nie jest formalną przeszkodą do wprowadzenia wyborów jednomandatowych. Znana jest maksyma, mówiąca, że mądry sąd potrafi skorzystać ze słabego prawa. Słabemu nie pomoże nawet najlepsze.
Przy tej okazji warto poruszyć znaczenie drugiego przymiotnika wyborczego naszej konstytucji, która w art. 96 p. 2 określa wybory również jako bezpośrednie. Bezpośredniości nie należy mylić z głosowaniem osobistym, czyli bezpośrednim. Bezpośredniość wyborów oznacza, że wyborcy poprzez akt głosowania wybierają swoich przedstawicieli bez szczebli pośrednich. Są to wybory jednostopniowe. W obecnym systemie ten wymóg konstytucyjny nie jest spełniony. Każdy obywatel widzi gołym okiem, że najpierw wybierają partie, układając swoje listy, a my wybieramy spośród już wybranych. Trzecia zasada "równości" wyborów głosi, że każdy głos ma na tyle, na ile to możliwe, jednakową wagę, to znaczy, by na jeden mandat przypadała w przybliżeniu jednakowa liczba głosów. Jak pamiętamy, w ostatnich wyborach rozbieżność poparcia dla poszczególnych posłów wynosiła od kilkuset do stu kilkudziesięciu tysięcy głosów. System jednomandatowy taką równość wyborów zapewnia. Czwarta zasada - "powszechność" - stanowi dzisiaj kanon wolnych wyborów. Wybory powszechne oznaczają, że zarówno prawo głosowania (czynne prawo wyborcze), jak i kandydowania (bierne prawo wyborcze) przysługuje wszystkim obywatelom państwa. W naszej ordynacji prawo kandydowania rzeczywiście przysługuje, tylko obywatele go nie mają. Jak w starym dowcipie: gdy partia mówi, że bierze, to bierze, ale gdy partia mówi, że daje, to mówi. Nawet Adam Małysz nie może kandydować na reprezentanta górali, jeżeli władze partii go nie zatwierdzą lub nie założy ugrupowania wyborczego i nie zorganizuje własnej drużyny, choćby martwych dusz, nie mówiąc już o zebraniu całej góry podpisów. Łatwiej kandydować na Białorusi. W państwach o jednomandatowych systemach wyborczych, np. w Japonii, zgłoszenie kandydata do parlamentu powinno być podpisane przez jednego wyborcę, w Kanadzie przez dwóch, w Wielkiej Brytanii przez dziesięciu. Czasami, jak w Kanadzie, należy wpłacić kaucję 1000 $, która jest zwracana tym, którzy uzyskają minimum 15% poparcie. Pozostaje ostatnia, piąta zasada, tajności wyborów, która jako jedyna jest w obecnej ordynacji spełniona. Widzimy więc, czarno na białym, że jednomandatowy system wyborczy będzie bardziej zgodny z naszą konstytucją niż obecny. Może lepiej nie zaczynać dyskusji o niekonstytucyjności jednomandatowego systemu wyborczego, panie premierze, bo obecny Sejm i powołany przez niego pański rząd należałoby uznać za powstały wbrew konstytucji.

- Pojawiają się głosy przywódców partyjnych: wybierać w systemie pół na pół, czyli na wzór niemiecki, 50% posłów partyjnie, a 50% jednomandatowo?

- Na to pytanie odpowiadają sami Niemcy. Otóż prezydent Związku Przemysłu Niemieckiego (BDI) skupiającego 107 000 niemieckich przedsiębiorstw, Michael Rogowsky, wystąpił ostatnio z apelem o zmianę ordynacji wyborczej na wzór angielski. Twierdzi, że obecna ordynacja niemiecka rozkłada gospodarkę, generuje korupcję, co prowadzi w konsekwencji do stagnacji i recesji gospodarczej. Wprowadzenie w Niemczech 100-procentowego, jednomandatowego systemu wyborczego zwiększy jednoznaczność podejmowanych decyzji, co jest warunkiem niezbędnym do podniesienia mobilności gospodarki niemieckiej, argumentował.
Pół na pół i telefon do przyjaciela, to dobre w grach, a nie w uczciwym życiu obywatelskim. Owszem, byłby wilk syty i owca cała. Pozostałyby po staremu gry partyjne i nowa, ciężka praca posła obywatela w jednomandatowym okręgu. Niestety, okręg automatycznie stanie się 2 razy większy, przez co "odległość" posła od wyborcy zwiększy się, utrudniając z nim kontakt. Powstaje pytanie: w imię jakiej ideologii pozostawiać w zdrowej obywatelskiej tkance resztki partyjnego raka? Może w imię ideologii leninowskiej, dla której partia to prawdziwa siła, a człowiek to maleńki trybik w jej machinie. I nie ma to znaczenia, jaka to partia, lewa czy prawa. Każda, jeśli jest tworem powstałym w wyniku głosowania na listy partyjne w okręgach wielomandatowych, wyradza się od razu w oligarchie i scentralizowane aparaty partyjne. Od razu też następuje wyalienowanie się centralnych władz partii i te scentralizowane aparaty zaczynają żyć własnym życiem, a kanały komunikacji z wyborcami zostają zamknięte. Typowa partyjność nie kreuje najznakomitszych. Mało tego, ona "fabrykuje" rządzących, zgodnie z ekonomicznym prawem Kopernika, które mówi, że pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy. Szeregi zasilane są przez miernych, ale wiernych. Lepsi wypychani są na zewnątrz. Przykład burmistrzów Paczkowa i Prudnika, usuniętych z SLD za karę, że śmieli sami, bez zgody partii, wygrać wybory, jest wręcz namacalnym dowodem. Nie potrzeba badań naukowych, aby wiedzieć, że rezultatem pracy lepszych będą produkty lepsze, a miernych co najwyżej mierne. Polacy są warci, aby Sejm ustanawiał im prawa dobre, a nie buble, a powołany rząd skupiał najtęższe menedżerskie głowy. Już czas, aby słowo poseł przestało być pustym hasłem bez wartości, a osoba podnosząca rękę w Sejmie zaczęła ponosić za ten czyn osobistą odpowiedzialność. To warunek sine qua non, czyli niezbędny, prawdziwej demokracji. Jak na razie nie mamy na to wpływu, gdyż osądzamy ciała mało ludzkie, bezosobowe i anonimowe, czyli partie. Nie chodzi o zlikwidowanie partii. W Ameryce też one są. Konkurują o większość w Kongresie, ale ich cechą charakterystyczną jest obywatelski kształt, nie wodzowski. Przypomnijmy sobie: gdy chcieliśmy być przyjęci do NATO, nie szukaliśmy poparcia u władz demokratów czy republikanów, tylko u konkretnego z krwi i kości kongresmena. Przypuśćmy hipotetycznie, że gdybyśmy chcieli skorumpować większość w amerykańskim Kongresie, to musielibyśmy "wpłynąć" na każdego z 218 deputowanych (tylu stanowi większość). To już nie jest takie proste jak w przypadku tzw. dyscypliny partyjnej (pojęcia nieznanego w systemie jednomandatowym), gdzie wystarczy "przekonać" wierchuszkę partyjną, o czym świadczy choćby casus Lwa Rywina. Czy taka jednomandatowa Polska nie byłaby zdrowsza i mniej podatna na grzech korupcji? Więc na pewno lepiej, aby była jednomandatowa w 100%.

- Jak Pan ocenia, czy w obecnym Sejmie są siły zdolne przeprowadzić taką zmianę ordynacji wyborczej?

- I tak, i nie. Teoretycznie trzy ugrupowania (134 posłów, tj. 34% Sejmu) miały hasło wprowadzenia jednomandatowego systemu wyborczego na sztandarach kampanii wyborczej. Są w opozycji i w mniejszości. Ale byt określa świadomość. To marksistowski aksjomat, jakże prawdziwy. Stawiam pytanie: które ugrupowanie polityczne powinno być najbardziej zainteresowane szybkim wprowadzeniem jednomandatowego systemu wyborczego po doświadczeniach bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów? Otóż śmiem twierdzić, że wbrew pozorom i wbrew dogmatom ideologicznym, Sojusz Lewicy Demokratycznej. Lewica ma w tym największy interes. Z prostej przyczyny, a mianowicie z faktu ujawnionych braków kadrowych. SLD przegrała na jesieni 2002 roku nie dlatego, że idea lewicowa nie odpowiada obywatelom. Polacy chcą mieć lewicę. Przegrała, bo nie ma wśród swoich członków ludzi zdolnych do wygrywania wyborów. Tylko skąd ich wziąć? Mogą zostać "stworzeni" na drodze konkurencji, jak w gospodarce rynkowej. Skąd konkurencja, ano z systemu jednomandatowego. Jest tylko jedna przeszkoda, aby SLD przyjął system jednomandatowy za swój i walczył o jego wprowadzenie. To brak edukacji demokratycznej w jego szeregach, zwłaszcza kierowniczych. Brak ludzi będących w stanie ogarnąć konsekwencje procesu historycznego dopóki ten proces trwa. Jeżeli nic się nie zmieni w ordynacji wyborczej, to idę o zakład, że już niedługo będziemy obserwowali działania sił odśrodkowych, rozsadzających lewicę i pączkowanie nowych partyjek, coraz mniejszych, walczących ze sobą lub wchodzących w przedziwne, egzotyczne sojusze dla doraźnego pożytku wyborczego, bez oglądania się na dobro Rzeczypospolitej. To wielka strata dla naszej demokracji. Polsce potrzebne są dwa duże ugrupowania polityczne, bardziej lewicowe i bardziej prawicowe. Konkurencja między nimi o władzę będzie źródłem lepszej Polski. Jej politycznym kośćcem stanie się jednomandatowy system wyborczy.

- Czy uważa Pan, że jesteśmy w dobrym momencie do wprowadzenia tego systemu?

- Absolutnie tak. I proszę nie słuchać tych, którzy uważają, że najpierw trzeba zbudować społeczeństwo obywatelskie czy też wzmocnić partie do stanu dwupartyjnego. To demagodzy. Właśnie jednomandatowy system zbuduje i jedno, i drugie. I nie ja to wymyśliłem. Tak dzieje się na świecie. A od strony czysto technicznej dla budowy systemu dwupartyjnego to moment jest wręcz idealny. Można uniknąć pierwotnej dezorientacji i lekkiego chaosu z tytułu nowości. Bo w okręgu, gdzie lewica wystawi tylko jednego kandydata, aby z nim wygrać trzeba wystawić również jednego. Dwóch lub trzech przegra, bo zabiorą sobie nawzajem głosy. Trzeba się porozumieć przed wyborami. Nie będzie to trudne, gdyż okręg wyborczy jest mały, ok. 60 000 wyborców (to mniej więcej powiat). Gdyby przeciwnicy lewicy mieli porozumieć się w skali kraju, nie wróżyłbym sukcesu. Oceniam, że kontrpartia dla lewicy o nazwie np. Partia Obywatelska stworzy się w przeciągu jednych wyborów. Liderami jej staną się ludzie najznakomitsi, zdolni wygrać w konkurencyjnej walce o ten jeden mandat. To nie będą obecne chudopachołki polityczne, posłowie z kilkusetgłosowym poparciem wyborczym, posiadający wręcz niebotyczną siłę decyzyjną (1/460) do ustanawiania praw. Ci znikną z areny politycznej, i o to chodzi. Lewicowcy wystawiać będą musieli równie znakomitego, bo inny po prostu przegra, nim zacznie grać. Kto na tym skorzysta? My wszyscy. Polska. To tak proste, że aż niemożliwe do wprowadzenia?

- Jeżeli jest to system budujący prawdziwą demokrację, to czym wytłumaczyć, że tworząc III Rzeczpospolitą nie skorzystaliśmy z niego?

- Wydaje się wręcz nieprawdopodobne, że my, Polacy, pominęliśmy system jednomandatowy, tworząc III Rzeczpospolitą. Miała go I Rzeczpospolita i zapisany został w Konstytucji 3 Maja, ale niestety II Rzeczpospolita (przedwojenna) już nie, co było powodem jej słabości politycznej (31 rządów w czasie 20 lat, partyjne walki, zamach stanu). W szeregach działaczy na rzecz wprowadzenia systemu jednomandatowego panują dwa poglądy na ten temat. Pierwszy należy do spiskowej teorii dziejów. Jego zwolennicy, a jest ich niemało wśród nas, uważają, że cyniczni gracze polityczni, dobrze wykształceni we wszelkiego rodzaju matactwach, robią wszystko, aby nie dopuścić do informowania społeczeństwa polskiego, że można inaczej, że prawdziwy świat demokratyczny ma inne fundamenty niż nasz. Dla nich życie partyjne, i nie ma to znaczenia, jaka to partia, ma wartość nadrzędną nad dobrem publicznym, nie mówiąc już o obywatelskim. Coś w tych ocenach jest - 1994 r. kiedy Włochy przeżywały rewolucję obywatelską i polityczne trzęsienie ziemi w nowych wyborach w systemie jednomandatowym - nasze media sprowadziły ten fakt do Cicioliny, niewątpliwie barwnego kwiatka wyborczego. Ale o tym, że znikło z areny politycznej Włoch ponad 80% polityków, że Włochy odżyły i nie będzie już wiadomości o kolejnych upadkach rządów, przesileniach parlamentarnych, koalicjach i nowych wyborach... cisza. Jak wytłumaczyć choćby ostatnie reakcje na apel "Rzeczpospolitej" osób publicznych i to z górnych półek zarówno lewych jak i prawych, którzy "na żywca", autorytatywnie oświadczają, że nie można u nas wprowadzić jednomandatowego systemu wyborczego, bo nie mamy np. dwóch dużych partii. A przecież to system jednomandatowy tworzy bipolarność polityczną, a nie odwrotnie. Czy to obrzydliwa hipokryzja, mająca zrobić "wodę z mózgu" Polakom, czy po prostu zwykła niewiedza. Właśnie najzwyczajniejszy brak rzetelnych informacji i wiedzy o funkcjonowaniu najlepszych demokracji świata, to druga opcja odpowiedzi na pańskie pytanie. Przypomina mi się z czasów uniwersyteckich maksyma, którą usłyszałem od jednego z moich profesorów, który przysłuchiwał się namiętnej, pełnej pewników dyskusji studenckiej. Powiedział: "otóż ludzie dyskutują, gdy... a) wiedzą na dany temat bardzo mało, lub... b) bardzo dużo. W waszym przypadku, kochani moi studenci, wystarczy przeczytać podręcznik i dyskusja ustanie". I tu jest odpowiedź na postawione przez Pana pytanie. Twierdzę, że my Polacy, po prostu nie znamy podręcznika demokracji. Nie dopuszczam myśli, że to ta pierwsza opcja mogłaby być prawdziwa, bo czym byłaby przy niej afera Rywina - niewinną igraszką. Parafrazując Billa Clintona, każdy polityk i nauczyciel demokracji powinien powiesić sobie nad łóżkiem hasło: "Edukacja głupcze przede wszystkim".

- Przypuszczam, że o wielu sprawach ordynacji wyborczej Czytelnicy dowiedzieli się od Pana po raz pierwszy. Czy Pan zawodowo zajmuje się systemami wyborczymi?

- Z wykształcenia jestem geologiem, a od 20 lat kupcem i prywatnym przedsiębiorcą. W stanie niewiedzy byłem jeszcze niespełna kilka lat temu. Cieszę się, że po prostu przeczytałem anegdotyczny podręcznik demokracji i odpowiedź na pytanie o kształt IV Rzeczypospolitej jest dla mnie niezwykle prosta i oczywista. Często "wynalazki" najprostsze są najtrudniej zauważalne. Zlikwidowaliśmy gospodarkę centralnie sterowaną i przeszliśmy na rynkową. To nas nie dziwi, bo poznawaliśmy ją namacalnie w podróżach zagranicznych czy też z opowiadań dziadków i rodziców. Była dla nas zawsze zrozumiała, bo prosta. Niestety, polityka centralnie sterowana trzyma się jeszcze. W 1989 r. wprowadzono na polski rynek podróbkę demokracji. Już czas, aby wzorem gospodarki rynkowej jako autentycznej, wprowadzić prawdziwą demokrację, której fundamentem jest jednomandatowy system wyborczy. Jest prosty, powszechnie zrozumiały, a co najważniejsze, skuteczny jak gospodarka rynkowa. My, działacze na rzecz powstania takiego systemu wyborczego, nie jesteśmy w posiadaniu genialnej wizji politycznej. My przenosimy coś... co istnieje na świecie i jest sprawdzone. Nie wyważamy otwartych drzwi. My dajemy sygnał, aby przez nie przejść.

- Dziękujemy za rozmowę - redakcja.

Mariusz Wis - e-mail: mariuszwis@poczta.onet.pl
HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page


INTERNET CONSULTANT