Mapa (klikalna)

Rzeczpospolita na progu Unii Europejskiej

Rozmowa z Jackiem Saryusz-Wolskim, b. ministrem ds. europejskich
Ostatni "Raport"

- Komisja Europejska opublikowała ostatni przed rozszerzeniem UE raport oceniający stan przygotowania krajów kandydujących do członkostwa w Unii. Wg tej oceny Polska ma najwięcej zaległości. Stanowisko Komisji wzbudziło w kraju skrajne opinie - od alarmujących, ze strony opozycji, po uspokajające - przedstawicieli rządu. Jakie jest zdanie Pana w kwestii Raportu, a także o jego ewentualnej funkcji nacisku politycznego na nas w kontekście trwającej Konferencji Międzyrządowej?

- Raport jest obiektywny w swojej warstwie diagnostycznej. Jest on trudno porównywalny z poprzednimi raportami w tym sensie, że obecny przedstawia ocenę niemalże członka Unii, podczas gdy poprzednie przedstawiały ocenę kandydata. Wszystkie raporty były krytyczne, z tym że poprzednie pełniły podwójną funkcję - poza warstwą diagnostyczną, ocenną, która spełniała rolę mobilizującą, wzywającą kandydata do większego wysiłku, służyły także prezentacji spraw kandydata i przekazaniu informacji, których odbiorcą były kraje członkowskie Unii. Dzisiaj warunki członkostwa są już wynegocjowane i ta druga funkcja jest nieaktualna, natomiast Raport traktuje nas już właściwie jako członka, tj. tego, który siedzi przy wspólnym stole, gdzie niebawem będzie już pełnoprawnym partnerem.
Raport zawiera dosyć krytyczną ocenę stanu zaawansowania niezbędnych przygotowań i reform w Polsce i to jest dla nas ważne. W zawartości raportu nie dostrzegam natomiast żadnej innej próby wywierania presji na Polskę niż ta, jakiej można się było spodziewać. Nie sposób natomiast nie uznać wycieku Raportu, tzn. tak wczesnego i tak masowego, nieporównywalnie wczesnego i nieporównywalnie szerokiego z poprzednimi Raportami, za pozbawiony znamion nacisku politycznego na nasz kraj.

- Głównym przedmiotem sporu nie jest jednak ostatnia ocena Komisji, ale zasadnicze rozbieżności między Polską a, jak się zdaje, większością państw poszerzonej Unii, w sprawie proponowanych zapisów Traktatu Konstytucyjnego przygotowanego przez Konwent pracujący pod kierunkiem Giscarda d'Estaing. Polska wraz z Hiszpanią podtrzymuje tutaj decyzje Nicei, która przyznaje nam 27 głosów spośród 345 w Radzie Europejskiej przy ustanowieniu wymogu zdobycia większości 74 proc. głosów i uzyskania poparcia dwóch trzecich państw niezbędnych do podjęcia decyzji. Projekt Konstytucji przewiduje natomiast, iż decyzje zapadają wówczas, kiedy opowiada się za nimi połowa państw reprezentujących 60 proc. obywateli Unii. W oczywisty sposób faworyzuje to państwa najludniejsze - Niemcy, Francję, W. Brytanię i Włochy kosztem państw średnich, tj. Hiszpanii i Polski. Oznacza to, że udział Niemiec w ew. koalicjach blokujących decyzje miałby wzrosnąć do blisko 42,5 proc., podczas gdy siła Francji pozostałaby właściwie bez zmian. Dla Hiszpanii natomiast i Polski odsetek ten spada z blisko 30 proc. do 20 proc., a więc o 1/3. Polska jest oczywiście przeciw temu rozwiązaniu, ale póki co sojuszników w tej walce ma niewielu. Czy i jakie widziałby Pan tutaj dla nas pole manewru, lub czy i jaki mógłby być możliwy do przyjęcia dla nas kompromis?

- Jak donosi prasa, tzw. grupa nicejska stopniowa się powiększa. Poza Polską i Hiszpanią tworzą ją w połowie listopada także Malta, Estonia, Szwecja i Austria. Są też kraje Nicei przychylne - tj. Słowacja, Litwa, Węgry i Finlandia. Są też inne wahające się - W. Brytania, Irlandia, Portugalia, Dania, Łotwa, Słowenia, Grecja, Cypr i Czechy, które prawdopodobnie przyłączą się do tej strony, która zacznie przeważać, a co dzisiaj jest sprawą otwartą. Natomiast zadeklarowani przeciwnicy Nicei to kraje założycielskie, pierwotna szóstka.
Jaki jest możliwy kompromis? To zależy od tego, co zaproponuje prezydencja włoska. Traktat z Nicei wszedł w życie. Ci, co chcą odejść od niego, muszą przekonać pozostałych, a nie odwrotnie. Gdyby to się nie udało, kompromisem byłoby odłożenie rozstrzygnięć w czasie.
Ale pytanie o kompromis zawiera w sobie w istocie dwa pytania. Jest pytanie o kompromis wewnątrzsektorowy i międzysektorowy. Na stole negocjacyjnym leżą cztery polskie postulaty - tj. zachowanie systemu głosowań w Radzie Europejskiej przyjętego przez Traktat Nicejski, preambuła z odwołaniem się do chrześcijaństwa, komisarz dla każdego członka Unii i nietworzenie przez Unię zamkniętego systemu obronnego konkurencyjnego wobec NATO. Każdy kraj ma swoje zastrzeżenia, ogólny pakiet liczy dziś kilkadziesiąt spraw. Pytanie zatem brzmi - które z tych zastrzeżeń w finalnej fazie zostaną wygrane czy przegrane. Natomiast w Polsce pytanie o kompromis zadawane jest w inny sposób, a mianowicie - na ile możemy ustąpić z Nicei. Czy możemy np. zrezygnować z 2 czy 3 głosów spośród tych 27, jakie dziś mamy. Takie rozumowanie jest błędne, bo wybór jest zerojedynkowy. Albo bowiem będzie system głosowania podwójnego, tj. wzięty z propozycji Giscarda, albo potrójnej większości, tj. nicejski. Nie ma natomiast możliwości targu między nimi, odbierania komuś głosów, zmieniania ich proporcji itd. To jest wykluczone, bo w takim przypadku mielibyśmy rzeczywiście do czynienia z otwieraniem puszki Pandory.

- A czy możliwe jest to, co proponuje francuski deputowany Parlamentu Europejskiego Jean-Louis Bourlanges, tj. operowanie progiem głosów w Radzie Europejskiej?

- Tak, jest to możliwe. Możliwe są dwie propozycje operowania progami. Pierwsza nazywana umownie "El Pais" od tytułu gazety hiszpańskiej, gdzie została opublikowana, a która proponuje pójście w górę, tzn. sugeruje wymóg osiągnięcia wyższego pułapu ludnościowego niż 60 proc., jak zakłada Giscard, i druga propozycja nazywana, też umownie, propozycją Bourlange'a, po raz pierwszy opublikowana na łamach "Le Figaro", a następnie powtórzona w "Gazecie Wyborczej", zmierzająca do tego, by obniżyć pułap 74 proc. głosów na forum Rady Europejskiej wymaganych przy podejmowaniu decyzji. Oba te rozwiązania są stopniowalne, ale do dzisiaj rozmów w tej materii jeszcze nie podjęto, strony pozostały na swoich pozycjach.
Jaźń odzwierciedlona

- Niemieccy politycy zgodnym chórem ganią nas za upieranie się przy rozwiązaniach nicejskich. Np. poseł SPD Markus Meckel namawia nas, by zamiast koncentrować się na walce o utrzymanie Nicei pracować nad zdobyciem pozycji regionalnego lidera, rzecznika mniejszych państw wstępujących do Unii, i na tym budować w Unii swoją pozycję. Rzecz w tym, że nic nie przemawia za tym, by te mniejsze państwa były tym naszym wstawiennictwem zainteresowane. Kraje "Grupy Wyszehradzkiej" nie popierają nas przecież w sprawie Nicei, a tu mamy mocną pozycję, która mogłaby być przecież także i im pomocna w przyszłości w głosowaniach unijnych, natomiast Litwa, Łotwa i Estonia są za takim zreformowaniem polityki regionalnej, które, jeśli przyjęte, de facto pozbawi nas znacznych sum na rozwój tak bardzo potrzebnej infrastruktury. Innymi słowy idąc tą drogą, nie tylko nic nie zyskamy, ale wręcz stracimy to, na co liczymy. Czy zatem tworzenie takich regionalnych ugrupowań i dążenie tą drogą do liderowania im w regionie jest rzeczywiście drogą, którą powinna pójść Polska?

- Rada jest dobra i za nią wypada podziękować, ale to, co proponuje, bardzo trudne w realizacji. Natomiast utrzymanie większej liczby głosów w gremiach decyzyjnych Unii, a taka jest bezsprzecznie Rada Europejska, pozwoliłoby sprzyjać prawdopodobieństwu zyskania roli lidera, a nie odwrotnie.

- Inny chór krytyków polskiej obrony postanowień Nicei to nasi politycy sympatyzujący z Unią Wolności. Aleksander Smolar argumentuje, że z takim potencjałem gospodarczym powinniśmy walczyć nie o wybitne miejsce w Unii, ale o odpowiednie dla siebie, Marcin Król przekonuje, że chrześcijaństwo i liczebność mieszańców Polski to jedyny tytuł do unijnej chwały, natomiast inni intelektualiści, skrótowo mówiąc, udowadniają, że powinniśmy brać to, co dają, bo na więcej po prostu nie zasługujemy. Tym samym wielka idea jedności europejskiej i tak ważnego dla Polski pokoju na kontynencie, która przez stulecia była przedmiotem marzeń idealistów i celem różnych projektów, także polskich, a którą chrześcijańscy demokraci z Francji, Niemiec czy Włoch potrafili po II wojnie światowej ująć we wstępne organizacyjne ramy i nadać im dynamikę, została przez liberalnych intelektualistów sprowadzona do problemu naszego zacofania gospodarczego, którego nie tylko powinniśmy się wstydzić, ale i "siedzieć cicho", tak, jak nam to nakazał prezydent Francji Jacques Chirac. Czy podziela Pan ten pogląd?

- Nie, nie podzielam.

- W czym zatem, jeśli mogę zapytać, tkwi błąd naszych intelektualistów?

- W tym, że, tak to ujmę, swoją świadomość zastępują jaźnią odzwierciedloną.

- Co znaczy, że...

- ...Jaźń odzwierciedlona to jest termin w socjologii, mówiący o tym, że człowiek siebie samego postrzega przez pryzmat tego, jak postrzegają go inni. Czyli cały czas ogląda się w lustrze..., a zatem, skrótowo mówiąc, oznacza to przejmowanie się tym, że jesteśmy zacofani, słabi itd., tj. właśnie tacy, jak postrzegają nas nasi krytycy. Tkwi w tym myśleniu pułapka samospełniającej się prognozy. To po pierwsze. Po drugie takie myślenie jest sprzeczne z całą naszą tradycją. W przeszłości mierzyliśmy przecież siły na zamiary, walcząc o słuszną sprawę dla Rzeczypospolitej. Jest to więc sprzeczne z polskim duchem. Po trzecie taka postawa nie jest wcale mobilizująca, nie przyczynia się do tego, że dorastamy, realizując trudne zadania, ale odwrotnie - że karlejemy i pozostaniemy w tej skarlałej postaci, w której tkwiliśmy przez 50 lat jałtańskiego porządku i utraty niepodległości. Po czwarte wreszcie rozumowanie to oparte jest na zasadniczym nieporozumieniu, ponieważ o wadze kraju i jego roli w Unii nie decyduje przede wszystkim jego potencjał gospodarczy. Można wskazać bardzo liczne przykłady krajów nie możnych gospodarczo, a wpływowych i odwrotnie - krajów możnych gospodarczo, a nie wpływowych.
W podejściu tzw. listu intelektualistów zawarte są zatem błędy historyczne, geopolityczne i metodologiczne.

- Słychać też, z różnych stron, pogróżki pod naszym adresem straszące nas - po pierwsze drastycznym ograniczeniem możliwości korzystania z funduszy unijnych, tak w pierwszym roku członkostwa jak i w przyszłym, projektowanym budżecie Unii, który nie jest jeszcze przyjęty, po drugie - zacieśnieniem współpracy między członkami założycielami Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, do której to współpracy pozostali członkowie Unii będą mieli dostęp znacząco utrudniony lub wręcz niemożliwy (co np. zakłada jedna z koncepcji z zakresu bezpieczeństwa i obrony, jeśli zostanie przyjęta)...

- ...nie zostanie przyjęta w pierwotnie proponowanej postaci...

- ...Czy zatem proces wewnętrznego różnicowania się Unii, tworzenia różnych "kół koncentrycznych", jak chciał Delors, "twardego rdzenia" wg sugestii Scheublego-Lammersa, tj. powstawania kolejnych - po strefach: Schengen i euro - dziedzin życia gospodarczego czy politycznego dostępnych tylko dla niektórych członków Unii, jest rzeczywiście nieunikniony?

- Powiedziałbym, że jest dokładnie odwrotnie. Po pierwsze, jeśli chodzi o groźbę upośledzenia nas w odnoszeniu korzyści gospodarczych, to właśnie brak silnej pozycji politycznej w procesie decyzyjnym Unii grozi nam stratami gospodarczymi, a nie odwrotnie. Skala korzyści gospodarczych wynika bowiem z dwóch czynników: z pozycji i formalnie zajmowanego miejsca w Unii i z potencjału absorbcyjnego. Korzyści gospodarczych nie osiąga się na skutek czyichś altruistycznych postaw, a przysługujące wypłaty z budżetu Unii są elementem prawa UE, tak jak np. nasze zobowiązanie do wnoszenia członkowskiej składki czy redukcji ceł. To nie jest kwestia dobrej czy złej woli - to jest kwestia obligacji prawnej, o czym się często kompletnie zapomina. Presja, jaka jest tutaj na Polskę wywierana, to presja medialna bazująca na ignorancji.
Naruszenie pewnej równowagi interesów, co jest wykazane w naszej tabeli nr 3, powoduje, że właśnie wtedy, kiedy spróbuje się jej dokonać, Unia Europejska ma większe szanse pęknąć na część bardziej i mniej zaawansowaną, albo mieć mniejsze szanse na to, ażeby się zrosnąć po 50 latach jałtańskiego podziału kontynentu. I właśnie w tej sytuacji występują warunki sprzyjające temu, ażeby utworzyć Unię Europejską dwóch czy trzech prędkości. Zapobiegamy temu przez określony system równowagi interesów w Unii - tj. dużych/małych, biednych/bogatych, południa i północy, czy wschodu i zachodu. Nicejska równowaga sił nie jest oparta na czysto demograficznym kryterium. W tym m.in. znacząca waga krajów goniących europejską czołówkę; one chronią Unię przed pęknięciem, przed schodzeniem do różnych kręgów koncentrycznych, tworzeniem grup pionierskich, sekretariatów, awangard, takich czy innych rdzeni itp. Wszystko to są de facto nazwy tego samego procesu, tzn. tworzenia Unii w Unii z czającą się taką oto groźbą w tle: jeżeli nie przyjmie się rozwiązań forsowanych przez nas, najsilniejszych, to i tak zrobimy swoje, tylko że bez was, stojąc na zewnątrz i poza jednolitym kadrem instytucjonalnym. Dzisiaj kwestia ta ma dotyczyć obrony, o czym Pan wspominał; stan rozmów wskazuje jednak na to, że ekskluzywny charakter tej formuły, tzw. structured cooperation, nie zostanie podtrzymany, że będzie to forma otwarta, a zatem wychodząca naprzeciw polskim postulatom.
Inna Unia

- Doniesienia prasowe mówią, że Komisja Europejska zmieniła bez konsultacji z nami warunki integracji polskiego rolnictwa z Unią. W myśl ustaleń z Kopenhagi, w miarę wprowadzania nowych dotacji dla rolnictwa polscy chłopi mieli otrzymywać je w takiej wysokości jak zachodni farmerzy. Tymczasem wg Komisji limity produkcji mleka zostaną zamrożone na 12 lat, a polscy rolnicy będą musieli poczekać do 2013 r., zanim dostaną całość wprowadzanych właśnie nowych dotacji z Brukseli. Te i inne decyzje wskazują na to, że dzisiejsza Unia nie tylko jest mało szczodra dla państw nowo przyjmowanych, ale postępuje z nimi również nie fair, starając się narzucić im - przed ich formalnym przyjęciem, a więc i ich możliwością obrony - takie rozwiązania, które na długie lata ograniczą ich zdolności konkurencyjne na rynku unijnym. Czy Pan zgodzi się z tym sądem?

- Jest to proces bardzo trudny do negocjacji, ponieważ istnieje klauzula, której interpretacja jednej i drugiej strony, tj. Komisji i kraju wstępującego do Unii, jest odmienna.

- Wiele wskazuje na to, że Unia, którą znamy i do której kandydowaliśmy, będzie się różniła od tej, do której nas przyjmą. Wielkim atutem za wejściem do Unii była np. możliwość dokonania skoku cywilizacyjnego, tj. skorzystania z funduszy UE na rozwój regionów odnotowujących dochód poniżej 75 proc. średniego dochodu całej Unii. Dawało to realną szansę stopniowego wyrównywania poziomów regionów i państw członkowskich i w praktyce realizowało zasadę solidarności. Tymczasem najnowsze projekty unijne wskazują na odchodzenie od zasady "solidarności" na rzecz nowej zasady, tzw. value for money, tj. wspierania tylko tych rozwiązań, które generować będą następne pieniądze. Temu m.in. ma służyć "Fundusz wzrostu" preferujący wielkie projekty komunikacyjne i telekomunikacyjne, realizowane przede wszystkim na terenach obecnych członków Unii, czy, co postulują Skandynawowie, rozwój tzw. czystych technologii, szkoleń, edukacji itp. Tak w jednym jak i drugim rozwiązaniu nowi członkowie Unii będą mieć udział w nim co najwyżej marginalny. Te procesy są już nieodwracalne, czy jednak mamy szanse na utrzymanie dotychczasowej struktury polityki regionalnej?

- Kierunek działania wynikający z tzw. strategii lizbońskiej jest słuszny, ponieważ zmierza do tego, by Unia Europejska gospodarczo była dynamiczna i konkurencyjna w układzie globalnym. Te rozwiązania są zasadne i Polska powinna w nich na miarę swych możliwości uczestniczyć. Biorąc pod uwagę stan rozwoju naszej gospodarki i stopień wykorzystywania nowych technologii, zakres naszego uczestnictwa w tych programach w pierwszych latach członkostwa będzie, ma Pan rację, bardzo, bardzo ograniczony. Dlatego też pytanie powinno brzmieć nie czy w tym kierunku Unia powinna iść, ale czy powinno się to dokonywać kosztem klasycznej polityki regionalnej. Moja odpowiedź brzmi: nie; to powinno być robione, ale nie tym kosztem i przy użyciu dodatkowych środków, bez pomniejszania funduszy strukturalnych, których wykorzystanie pozwoli na osiągnięcie efektu nadganiania gospodarczego przez Polskę i wyrównywania poziomu rozwoju, zgodnie z koncepcją solidarności i spójności.
Polska nie powinna się temu sprzeciwiać, tylko domagać się umieszczenia w strukturze budżetu na lata 2007-2013 odpowiednich środków na fundusze strukturalne. To jest bardzo ważne.

- Innym wyzwaniem dla Polski jest unijna polityka wschodnia, gdzie Polska, z racji swego geograficznego położenia winna odgrywać wyjątkowo aktywną rolę i mieć dużo do powiedzenia. Już wiemy, że przez wiele lat będziemy wschodnią granicą Unii, swoistym przedmurzem Zachodu. Wiąże się z tym duża odpowiedzialność, której powinny towarzyszyć odpowiednio duże środki. Nie tylko na ochronę granic, np. przed zorganizowaną przestępczością, terroryzmem itp., ale przede wszystkim na rozszerzanie na wschód od tej granicy strefy demokracji, poszanowania praw człowieka, wolności gospodarczej itd. Tymczasem nic nie wskazuje na to, by tak miało być. Odwrotnie - nasz wschodni sąsiad Białoruś, w ogóle został ostatnio wyłączony z planowanej polityki wschodniej, tzw. Wider Europe Unii. Jaką politykę zatem winna prowadzić w Brukseli polska dyplomacja, by to zmienić?

- Dotykamy tu znowu kwestii budżetu. Obok polityki spójności i regionalnej (basen Bałtyku) polityka wschodnia jest przecież zasadniczym priorytetem Polski w Unii. Pytaniem jest, czy Unia będzie gotowa do tego, by zwiększyć wydatnie fundusze na realizację polityki wschodniej, ale nie kosztem istniejących funduszy i środków. Jak się sygnalizuje, odpowiednie środki na tę politykę miałyby być wygospodarowane z istniejących funduszy, a nie dodane do nich. Co zatem robić? Trzeba walczyć o taki kształt budżetu, który wyposaży politykę wschodnią w odpowiednie instrumenty finansowe, ale także prawno-traktatowe.
Security first

- Konflikt iracki pokazał, że musieliśmy wybierać między polityką Paryża i Berlina z jednej strony, a Waszyngtonu - z drugiej. Poparliśmy Amerykę i jesteśmy zaangażowani w jej działania militarne, czym wzbudziliśmy wściekłość Francji i lodowaty chłód rządzącej w Niemczech socjaldemokracji. Przypuszczalnie nie była to tylko jednorazowa konieczność takiego wyboru. Jak wielkim obciążeniem jest dziś dla nas w Unii sojusznik amerykański, lub odwrotnie - co daje nam to nowe partnerstwo z Waszyngtonem w walce o pozycję w pokomunistycznej Europie.

- Polska nie powinna wybierać między Stanami Zjednoczonymi a Europą. Polska, będąc w Europie, powinna mieć własną politykę. Poparliśmy politykę USA nie dlatego, że odpowiadało to Ameryce, ale dlatego, że służy to polskim interesom bezpieczeństwa. Polska jest żywotnie zainteresowana tym, ażeby w przypadku zagrożenia demokracji i niepodległości ktoś przyszedł nam z pomocą. A skoro zasada przychodzenia z pomocą oparta jest na wzajemności, to Polska dokonała właśnie takiego wyboru. Sprawa jest oczywista - security first. Biorąc nasze doświadczenia historyczne nie ma dla nas cenniejszej sprawy niż bezpieczeństwo. To właśnie powinniśmy tłumaczyć naszym zachodnioeuropejskim partnerom. Podzielam pogląd Jana Nowaka-Jeziorańskiego, że polska polityka nie powinna być ani ślepo proamerykańska, ani ślepo antyamerykańska. Powinna za każdym razem opierać się na analizie naszego interesu narodowego. Z tej samej motywacji powinno wynikać to, że Polska jest zainteresowana współuczestniczeniem w tworzeniu europejskiej polityki bezpieczeństwa i obronności, a nie w przyjęciu postawy jej biernego obserwatora. Udział w koalicji antyirackiej służył polityce bezpieczeństwa Polski, ale temu celowi służy również udział w formułowaniu europejskiej polityki bezpieczeństwa i obrony, co niekoniecznie będzie musiało być dobrze przyjęte po drugiej stronie Atlantyku.

- Jest wielce prawdopodobne, że w poszerzającej się Unii Polska otrzyma stanowiska komisarza, być może nawet - jak słychać - dwóch komisarzy w Komisji Europejskiej, o czym donosi prasa. Oczywiste jest, że nie dostaniemy najważniejszych tek, takich jak budżet czy rolnictwo, ale też nie powinniśmy się ekscytować stanowiskiem zajmującym się jakimiś peryferyjnymi w Unii dziedzinami w myśl zasady - każde, byle nasz człowiek w Brukseli. O jakie dziedziny wg Pana Polska winna tutaj zabiegać?

- Jeśli chodzi o tekę drugiego komisarza dla Polski to zacytuję Zagłobę - a ja waści ofiaruję Inflanty. Jest to nierealne. Nie ma czegoś takiego jak druga teka. Analiza traktatowa jednoznacznie wskazuje, że rzecz, nawet gdyby miała mieć miejsce, co jest bardzo mało prawdopodobne, nie mogłaby wejść w życie przed 2009 rokiem. Do tego czasu obowiązuje przecież Traktat Nicejski, a to oznacza zasadę: jeden kraj, jeden komisarz. Mówienie zatem o drugim komisarzu dla Polski to nic innego jak próba odwrócenia uwagi od spraw zasadniczych. Nawiasem mówiąc, teka drugiego komisarza dla Polski nie byłaby żadną rekompensatą za rezygnację z nicejskich zasad głosowania w Radzie - nie równoważyłoby to bowiem utraty możliwości wpływania na procesy decyzyjne w Unii.

- Jeden komisarz dla nas jest jednak realny. Czy są dziedziny, o które powinniśmy walczyć?

- Tak, są takie dziedziny. Uważam, że Polskę powinny interesować, z całym szacunkiem i respektowaniem zasady niezależności komisarza jako osoby działającej w interesie wspólnotowym, dwie teki - tj. polityka regionalna i polityka wschodnia. One to powinny być polskim priorytetem i o przyznanie nam odpowiedzialności za te dziedziny pracy Unii powinniśmy zabiegać.

- Dziękując Panu Ministrowi za rozmowę, zapytam na koniec o to, co będzie najtrudniejsze dla Polski w pierwszym roku naszego członkostwa w Unii Europejskiej i o to, jaka polityka władz w Warszawie najlepiej odpowiadać będzie na te wyzwania?

- Czeka nas praca, praca i jeszcze raz praca. Niezbędne jest wykonanie tych zobowiązań, których się podjęliśmy. Udowodnienie, że jeśli się na coś umówiliśmy, to realizujemy to skrupulatnie i na czas. To zbuduje naszą wiarygodność, a także pozwoli osiągnąć maksimum korzyści w pierwszych latach.

- Czy zgodzi się Pan z opinią, że pierwsze lata w Unii będą dla Polski bardzo trudne?

- Pierwsze trzy, cztery lata będą dla Polski bardzo ciężkie - Polska będzie musiała walczyć o to, by nie stać się w Unii płatnikiem netto, Polska będzie musiała dokonać olbrzymiego wysiłku w całej machinie państwa i jego strukturach, czego nie da się zrobić bez odważnych i trudnych decyzji, podobnie jak nie da się przeprowadzić tego w sytuacji, gdyby polityka europejska miała być polityką monopolu partyjnego. Jest zatem potrzebne wprowadzenie, w cudzysłowie mówiąc, "stanu wyjątkowego" dla wypełniania obowiązków członkowskich, bo leży to w dobrze pojętym polskim interesie. Trzeba bowiem przebrnąć przez ten trudny czas, odnieść w nim korzyści, a nie ponieść strat, zbudować pozytywny obraz w Unii i potwierdzić wobec naszych obywateli słuszność tego wyboru, a także potwierdzić wiarygodność naszego uczestnictwa w UE.

Rozmawiał Ryszard Bobrowski

HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page


INTERNET CONSULTANT