Mapa (klikalna)

Odejść od Nicei czy odejść od idei integracji europejskiej

Ryszard Bobrowski

Tym, co charakteryzowało polską politykę ostatnich lat, była duża zgodność opinii publicznej i głównych sił politycznych kraju co do strategicznych założeń i kierunków polskiej polityki zagranicznej. Dotyczyło to zarówno stosunków ze Wschodem, jak i z Zachodem, w tym przede wszystkim takich zagadnień jak członkostwo Polski w NATO czy w Unii Europejskiej. Choć tak w jednym, jak i drugim przypadku nie brakowało też i opozycjonistów, to jednak konsens ten znajdował swoje potwierdzenie zarówno w badaniach opinii publicznej (casus NATO), jak i w referendum czerwcowym bieżącego roku (członkostwo Polski w Unii).
Trwające prace kolejnej Konferencji Międzyrządowej UE ujawniły jednak podział, jaki wystąpił między grupą znanych polskich intelektualistów a władzami RP popieranymi przez olbrzymią część sił politycznych, podział, który dotyczy stanowiska Polski przyjętego na tej Konferencji przez rząd L. Millera. Polska bowiem zaangażowała się w zdecydowaną obronę postanowień Traktatu Nicejskiego z 2000 r., odnoszących się m.in. do korzystnych dla nas reguł głosowania w Radzie Europejskiej.
Wśród licznych tekstów, jakie publikowała prasa, dotyczących słynnego już listu intelektualistów opublikowanego na łamach prasy krajowej i zachodniej, na uwagę zasługuje publikacja Dariusza Rosatiego, byłego ministra spraw zagranicznych i członka Rady Polityki Pieniężnej pn. "Odejść od Nicei" opublikowana 17.11. na łamach "Gazety Wyborczej". Tym, co wyróżnia ten tekst krytyczny dla władz Rzeczypospolitej spośród innych jemu podobnych, jest próba przekonania opinii publicznej do propozycji Konwentu na podstawie merytorycznych, a nie ideologicznych czy moralnych dowodów i przesłanek. W tym celu autor posługuje się szczegółowymi wyliczeniami i tabelami, które, obok wielu argumentów, jakie przedstawia, mają w jego przekonaniu dowieść błędnej polityki polskiej w tej kwestii.
Rzecz w tym, że z tabel tych można wyciągnąć także i inne, przeciwstawne opinii Rosatiego wnioski, a wiele argumentów, jakie przedstawia na udowodnienie swojej tezy, jest bardzo wątpliwych lub po prostu błędnych. Nie sposób też oprzeć się wrażeniu, że nie zawsze udaje się autorowi oddzielić zdarzenia z zakresu realnej polityki od klasycznego wishfull thinking
W tym kontekście warto odnieść się do kilku spraw.
Ważenie głosów
Autor słusznie zauważa, że głównym powodem sprzeciwu Polski wobec zaproponowanego przez Konwent systemu ważenia głosów jest, jak pisze, zmiana drugiego składnika systemu głosowania, czyli mniejszości blokującej, która określa możliwość blokowania decyzji Rady. W nowym systemie głosowania mniejszość blokująca wzrasta z 25,51 proc. do 40 proc., co oznacza, że udział Polski w tej mniejszości obniża się odpowiednio z ok. 41 proc. do ok. 20 proc. Podobnie zresztą spadają udziały pozostałych krajów. Jedynym wyjątkiem są Niemcy, których udział w mniejszości blokującej rośnie z 33 proc. do ok. 43 proc. Ale - jak zauważa dalej - zdolność kraju do blokowania decyzji Rady ma w dużym stopniu znaczenie "czysto teoretyczne", bowiem sprawy naprawdę o zasadniczym znaczeniu - takie jak kształt budżetu, przyjmowanie nowych członków i zmiany w traktatach - były i nadal będą podejmowane według zasady jednomyślności.
Trudno zgodzić się z takim lekceważącym i minimalizującym polskie straty stanowiskiem. Przytoczony przez Rosatiego wykres jednoznacznie bowiem pokazuje, że Polska najwięcej traci na proponowanych przez Konwent zmianach w przypadku budowania "mniejszości blokującej". Traci ona bowiem 11 proc. podczas kiedy najbliższa nam Hiszpania - 9,8 proc., a gorący orędownik przeprowadzenia tych zmian Francja - 2 proc. Niemcy natomiast nic nie tracą, a odwrotnie, zyskują 10 proc. W zestawieniu z polską stratą daje im to 21 proc. różnicy w porównaniu z systemem nicejskim. Jak tu zatem można argumentować, że udziały pozostałych krajów spadają podobnie?
System nicejski, za którego obronę jesteśmy jako kraj tak bardzo przez Rosatiego krytykowani, był jednak dziełem nie Polski, ale... Francji. To Francji tak bardzo zależało na utrzymaniu równego parytetu głosów z Niemcami (29) w Radzie, mimo braku równości demograficznej, że przeforsowała ten parytet, wbrew opozycji Niemiec. Parytet dla Francji jest ważny, konsekwentnie bowiem popiera ona unijne forum, na którym państwa członkowskie, a nie instytucje unijne, odgrywają decydującą rolę. A takim właśnie forum jest Rada. Współarchitektem Nicei była Hiszpania, która z kolej dążyła do tego, by w nowym układzie nie stracić na odległości dzielącej ją w obowiązującym dziś systemie od Francji i wywindowała wysoko próg większości kwalifikowanej do podejmowania decyzji w Radzie - do 74,78 proc. Polski w Nicei nie było, choć na tych targach skorzystała, ale to nie Francja czy Hiszpania mają w tym nowym rozdaniu stracić najwięcej, ale... właśnie Polska. I też Polska ma zapłacić (Cygan zawinił, kowala powiesili?) za to, z czym zgadza się Rosati, kiedy pisze, że system nicejski wyraźnie Niemcy dyskryminował, pomimo, czego autor już nie podaje, że rekompensatę za tę "dyskryminację" Niemcy same sobie wywalczyły w tejże Nicei, otrzymując największą liczbę posłów w Parlamencie Europejskim, tj. 99 (Polska o połowę mniej - 50). A ponieważ postanowienia Konwentu, za którymi opowiada się Rosati, nie zmieniają liczby miejsc w Parlamencie Europejskim, a równocześnie zmieniają system głosowania w Radzie, to trzeba mówić, by być w zgodzie z faktami, nie o "dyskryminowaniu" Niemiec, ale o przyznaniu im premii (dominująca pozycja w Radzie i w Parlamencie).
Trudno też zgodzić się z poglądem Rosatiego, że zdolność kraju do blokowania decyzji Rady ma w dużym stopniu znaczenie "czysto teoretyczne". Praktyka pokazuje bowiem, że kraje członkowskie twardo bronią swych narodowych interesów, zarówno jeśli chodzi np. o kwestie budżetowe (jak np. M. Thacher w 1984 roku w Fontainbleau zaciekle walcząc w końcowych targach o obniżenie składki członkowskiej Wielkiej Brytanii nawet o... 1 proc.), jak i koncepcje rozwojowe (jak bojkot i opozycja Francji de Gaulle'a wobec projektu wzrostu kompetencji Komisji i Parlamentu Europejskiego - tzw. la politique de la chaise vide). Tymczasem wiele ważnych spraw pozostaje jeszcze nierozstrzygniętych i nie wiemy, które z nich będą zdecydowane na zasadzie jednomyślności, a które większością głosów (np. podatki). Dlatego też oba składniki systemu głosowania, tj. afirmatywny i negatywny, są ważne i muszą być brane przez nas pod uwagę, wbrew temu co sugeruje autor.

Kształt Unii

Obecny kształt i kierunki rozwoju integracji europejskiej - pisze dalej autor - są przecież przez Polskę akceptowane - bo w przeciwnym wypadku nie zabiegalibyśmy o członkostwo w UE.
Twierdzenie to jest tylko częściowo prawdziwe. Unia Europejska, którą znamy, to Unia ze wszystkimi jej zaletami i wadami, których niemało, za jakimi Polacy opowiedzieli się w czerwcowym referendum. W referendum poparliśmy podpisany w Atenach przez premiera i ministra spraw zagranicznych RP nasz Traktat Akcesyjny do UE, którego to dokumentu integralną częścią jest przecież Traktat Nicejski. Tymczasem zmiany proponowane w Traktacie Konstytucyjnym ustanawiają inne zasady funkcjonowania Unii, niekorzystne dla Polski. Zmiany te nie były i nie są, wbrew temu co pisze Rosati, przez społeczeństwo akceptowane, co jednoznacznie pokazują sondaże, chyba że za społeczeństwo uzna się intelektualistów publikujących swój list w prasie zachodniej. Jednakże Traktat Konstytucyjny nie decyduje przecież o wszystkim; ustanawia on tylko podstawy funkcjonowania przyszłej UE, nie rozstrzyga jednak o takiej czy innej konkretnej polityce Unii. Propozycje takich zmian przedkłada Komisja Europejska lub jej organy. Tymczasem te propozycje zmian, o których już wiemy, coraz bardziej zmieniają znany nam kształt Unii.
I tak zmienia się Wspólna Polityka Rolna, a charakter tych zmian bynajmniej nie wskazuje na to, że beneficjentami tych zmian mają być polscy chłopi, tak jak mogliby być według dotychczasowych zasad. Doniesienia prasowe mówią, że Komisja Europejska zmieniła bez konsultacji z nami warunki integracji polskiego rolnictwa z Unią. W myśl ustaleń z Kopenhagi, w miarę wprowadzania nowych dotacji dla rolnictwa polscy chłopi mieli otrzymywać je w takiej wysokości jak zachodni farmerzy. Tymczasem wg Komisji limity produkcji mleka zostaną zamrożone na 12 lat, a polscy rolnicy będą musieli poczekać do 2013 r., zanim dostaną całość wprowadzanych właśnie nowych dotacji z Brukseli. Te i inne decyzje wskazują na to, że dzisiejsza Unia nie tylko jest mało szczodra dla państw nowo przyjmowanych, ale postępuje z nimi również nie fair, starając się narzucić im - przed ich formalnym przyjęciem, a więc i ich możliwością obrony - takie rozwiązania, które na długie lata ograniczą ich zdolności konkurencyjne na rynku unijnym.
Także dalsze propozycje wskazują na to, że Unia, którą znamy i do której kandydowaliśmy, będzie się różniła od tej, do której wstąpimy. Wielkim atutem za wejściem do Unii była np. możliwość dokonania skoku cywilizacyjnego przy korzystaniu z funduszy UE na rozwój regionów mających dochód poniżej 75 proc. średniego dochodu całej Unii. Dawało to realną szansę stopniowego wyrównywania poziomów regionów i państw członkowskich i w praktyce realizowało zasadę solidarności. Tymczasem najnowsze projekty unijne wskazują na odchodzenie od zasady "solidarności" na rzecz nowej zasady, tzw. value for money, tj. wspierania tylko tych rozwiązań, które generować będą następne pieniądze. Temu m.in. ma służyć "Fundusz wzrostu" preferujący wielkie projekty komunikacyjne i telekomunikacyjne, realizowane przede wszystkim na terenach obecnych członków Unii, czy, co postulują Skandynawowie, rozwój tzw. czystych technologii, szkoleń, edukacji itp. Tak w jednym, jak i drugim rozwiązaniu nowi członkowie Unii będą mieć udział w nim co najwyżej marginalny.
Innym wreszcie wyzwaniem dla Polski jest unijna polityka wschodnia, gdzie Polska, z racji swego geograficznego położenia, winna odgrywać wyjątkowo aktywną rolę i mieć dużo do powiedzenia. Już wiemy, że przez wiele lat będziemy wschodnią granicą Unii, swoistym przedmurzem Zachodu. Wiąże się z tym duża odpowiedzialność, której powinny towarzyszyć odpowiednio duże środki. Nie tylko na ochronę granic, np. przed zorganizowaną przestępczością, terroryzmem itp., ale przede wszystkim na rozszerzanie na wschód od tej granicy strefy demokracji, poszanowania praw człowieka, wolności gospodarczej itd. Tymczasem nic nie wskazuje na to, by tak miało być. Odwrotnie - nasz wschodni sąsiad, Białoruś, w ogóle został ostatnio wyłączony z planowanej polityki wschodniej, tzw. Wider Europe Unii.
Te, ale i przecież i inne przykłady, świadczą o tym, że Unia za którą się wypowiedzieliśmy, będzie się znacznie różniła od tej, która obecnie, bez naszego w niej udziału, jest przygotowywana, głównie przez Francję i Niemcy.

Francja i Niemcy

Wzmocnienie pozycji Francji i Niemiec - przekonuje dalej w swym tekście Rosati - w ramach Unii nie powinno więc być w tych warunkach zagrożeniem, o ile nasze stosunki z tymi krajami będą dostatecznie bliskie. Tu akurat trzeba zgodzić się z autorem. Rzecz w tym, iż obecnie (a właśnie teraz rozstrzygać się będą losy Traktatu Konstytucyjnego i zgodnie z jego postanowieniami nasza przyszła pozycja w Europie) stosunki te są aż nadto dalekie. I to nie dlatego, że Polska chciała, chce i zechce utrzymać dystans w polityce wobec Francji i Niemiec, ale odwrotnie - dlatego, że to Francja i Niemcy mają olbrzymie trudności w wypracowaniu polityki, która uznawałaby podstawowe i elementarne racje Polski.
Tak bowiem Niemcy jak i Francja mają trudności ze zrozumieniem dzisiejszej Polski, trudności liczne, choć różne.
Francja, jak się wydaje, ma je większe i znacznie więcej. Ich historyczne tło i genezę trafnie przedstawił A. Bocheński w swojej znanej książce "Między Rosją a Niemcami", która mimo upływu tylu lat od pierwszej publikacji nic nie utraciła ze swojej aktualności. Ale i w czasach nam współczesnych nie było lepiej. Np. prowadzenie stanu wojennego w Polsce urzędujący minister spraw zagranicznych C. Cheysson przywitał słowami, za które potem przepraszał. Już po upadku reżimów komunistycznych w Europie prezydent F. Mitterrand, wygłaszając przemówienie noworoczne w 1989 r., zaproponował ustanowienie "konfederacji europejskiej", tj. zaproponował jakąś nieznaną formułę dla Europy, a nie rozszerzenie Wspólnoty Europejskiej na wyzwalającą ze spuścizny Jałty drugą połowę kontynentu. Jego rodak, socjalista w Brukseli, Przewodniczący Komisji Europejskiej J. Delors wysunął - jako model architektury europejskiej - koncepcję nieprzenikających się wzajemnie "kręgów koncentrycznych". Z kolei premier prawicowego rządu E. Balladur jeszcze w połowie lat 90. przekonywał w Budapeszcie o perspektywicznej roli i znaczeniu OBWE dla krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Urzędujący zaś prezydent J. Chirac, by nie mnożyć dalej tych przykładów, w reakcji na inną, niż zgodną z wolą jego rządu, politykę Warszawy wobec USA, nakazał Polsce po prostu "siedzieć cicho".
Czy w świetle tych wypowiedzi i postaw można się łudzić, że Francja, obojętnie jaka, lewicowa czy prawicowa, wyznaczy Polsce inną pozycję w polityce europejskiej niż rolę biernego obserwatora lub wręcz spolegliwego klienta? Artykuł Rosatiego wskazuje na to, że można.
Sytuacja Niemiec jest inna. Wprawdzie stan wojenny w Polsce kanclerz H. Schmidt przyjął z równym désintéressement, co jego koledzy po drugiej stronie Renu, ale Niemcy znacznie szybciej zaczęli odczytywać nieuchronność zmian i ich kierunek nad Wisłą. Nawet więcej - starali się uśmierzać niepokój Francji i obawy przed rosnącą swą rolą w tej części kontynentu. Stąd pomysł ministra spraw zagranicznych H. D. Genschera powołania Trójkąta Weimarskiego, mającego dać Francuzom swoiste droit de regard w ich politykę wschodnią. Niemcy były też przez długi czas, za sprawą ówczesnego ministra obrony narodowej V. Rühe, głównym rzecznikiem przyjęcia Polski do NATO, a kanclerz H. Kohl zyskał nawet w polskich mediach tytuł "mecenasa" naszej akcesji do Unii Europejskiej.
Jednakże wraz z odejściem chadeków i objęciem władzy przez nową generację polityków wyzwolonych z poczucia winy za II wojnę światową i niemieckie okrucieństwa o niemieckim "mecenasie" już się nie mówi, choć rola komisarza odpowiedzialnego za rozszerzenie UE G. Verheugena na pewno otrzyma wysoką ocenę w polskiej historii. Niemcy mniej dziś mówią o Unii, a więcej o swoim kraju i o jego roli na kontynencie; nie tylko zresztą mówią, ale i czynią. Stąd tak trudno im zrozumieć nie tylko polskie zdumienie wobec pomysłu (notabene popieranego przez całą chadecję) E. Steinbach zbudowania w Berlinie Centrum Wypędzonych stawiającego na równi polskie i niemieckie straty w ostatniej wojnie, ale i polskie ambicje, by po latach spolegliwości wobec Moskwy prowadzić politykę, która wyraża i popiera nie interesy takiego czy innego "mecenasa", ale polskiego rządu wpisaną w zmieniającą się architekturę Europy, Europy, dodajmy, nie tylko pojałtańskiej, ale i porzymskiej.

Jaka Unia

Sądzę - dowodzi dalej Rosati - że polska racja stanu wymaga budowy Unii ściśle zintegrowanej - raczej spójnej federacji państw niż konfederacji. Na poparcie swoich racji autor przytacza trzy argumenty: po pierwsze przemawiają za tym względy bezpieczeństwa, po drugie - chodzi o skalę i zakres pomocy finansowej, po trzecie - w Unii ściśle zintegrowanej zwiększa się rola dużych państw w systemie podejmowania decyzji, a Polska zalicza się do dużych krajów i jej pozycja w Unii federacyjnej byłaby relatywnie silniejsza niż w Unii konfederacyjnej. Tymczasem przyjęte przez rząd stanowisko zakłada, że Polska widzi swoje miejsce raczej w unijnej mniejszości, w gronie państw, które obawiają się pogłębienia integracji i chcą zachować możliwie duży zakres niezależności.
Nie wchodząc w ideologiczny spór pod hasłem federaliści versus konfederaliści, godzi się przypomnieć, że swój dzisiejszy kształt Unia zawdzięcza nie tym pierwszym czy drugim, ale praktycznym decyzjom polityków, którzy ustanawiali Europejską Wspólnotę Węgla i Stali, EWG, Jednolity Rynek, wspólną walutę - euro itp. O tym, w którym kierunku rozwijać się będzie Wspólnota, decydowały nie naukowe teorie, ale interesy najważniejszych graczy, okoliczności i wymogi czasu. To w imię tych interesów narodowych, a nie racji teorii monetaryzmu, kanclerz H. Kohl wymusił na Niemcach zastąpienie marki przez euro. Nic zatem nie wskazuje na to, by federalizm był dzisiaj w Europie najpilniejszą potrzebą. Wprawdzie minister spraw zagranicznych Niemiec J. Fischer opowiedział się w swoim berlińskim wykładzie za modelem Europy federalnej, ale po pierwsze - poglądu tego nie podzielili inni, np. Francuzi, a po drugie - najbardziej profederacyjne Niemcy w swojej polityce bynajmniej nie kierują się racjami wspólnotowymi, ale narodowymi, a proces ten ma swoją dynamikę nie opadającą, ale wzrastającą...
Trudno zatem znaleźć argumenty na rzecz szybkiego, unijnego federalizmu (tj. delegowania uprawnień na poziom międzynarodowy w zakresie wspólnie uzgodnionej polityki), łatwo natomiast wskazać dowody potwierdzające zasadę triumfujących partykularyzmów (tzn. forsowania rozwiązań dotyczących tylko wybranej grupy państw).
I tak, by ograniczyć się do najnowszych przykładów, Francja i Niemcy chcą, by Unia finansowała powstawanie sieci szybkich pociągów (francuski TGV) przede wszystkich na swoich terenach, Skandynawowie - by rozwijać nowoczesne technologie (fińska Nokia), Hiszpanie - by ustanowić taki sposób dystrybucji funduszy strukturalnych, by nadal mogli z nich najwięcej korzystać itp.
Czy zatem w polskim interesie leży popieranie rozwoju Unii w kierunku federalizmu, czy też odwrotnie - korzystanie z członkostwa w takiej Unii, która pozwala stopniowo niwelować różnice między biedniejszymi i bogatszymi, tym samym stwarzając szanse wszystkim - tj. jednym otwierając np. możliwość pozyskania większego rynku, innym - przyspieszonego rozwoju. Odpowiedź jest tutaj tylko jedna. Zarazem argumenty Rosatiego na rzecz poparcia przez Polskę budowy federacji nie wytrzymują próby dzisiejszego czasu - po pierwsze bezpieczeństwo zapewniają całej Unii, nie tylko Polsce, nie europejskie siły zbrojne (na których powstanie brak jest zgody wszystkich członków Unii, a przede wszystkim pieniędzy), lecz Pakt Północnoatlantycki, po drugie - docierające do opinii publicznej sygnały świadczą o tym, że zmierzająca do federalizmu - wg autora - Unia nie planuje w swym przyszłym budżecie (lata 2007-2013) przeznaczyć nowo wstępującemu krajowi, np. Polsce, więcej środków, tak jak przy poprzednich swych rozszerzeniach, ale mniej, po trzecie wreszcie - mimo swego federalizmu Konwent bynajmniej nie zakwalifikował Polski do dużych krajów kontynentu i nie przyznał nam znaczącego politycznego głosu (casus głosowań w Radzie).

"Pójdą naprzód bez nas"

Jeśli Polska nadal upierać się będzie przy swoim stanowisku, to - pisze dalej Rosati - kraje zainteresowane dalszym pogłębieniem integracji (Francja, Niemcy, kraje Beneluksu) pójdą naprzód w kierunku stworzenia systemu "wzmocnionej współpracy" wewnątrz Unii, pozostawiając inne kraje, w tym Polskę, na marginesie głównego nurtu integracji.
Twierdzeniem tym autor dotyka zasadniczej kwestii rozszerzającej się Unii, a mianowicie zakresu i charakteru nowej Unii, tj. Unii składającej się z 25 i więcej państw.
Integracja, jak wiadomo, jest dziełem wszystkich państw członkowskich, ale szczególną rolę w tym procesie odgrywają Francja i Niemcy. To Francuz J. Monet przygotował, z aprobatą swego rządu, w 1950 r. projekt mający na celu zbliżenie państw europejskich i to kanclerz Niemiec K. Adenauer Niemiec udzielił mu pełnego poparcia. Potem stopniowo włączali się w ten proces inni, dziś w liczbie 15. Początkiem procesu była nowa organizacja zarządzająca kluczowymi wówczas dziedzinami gospodarki węgla i stali. Od początku też mieliśmy do czynienia z podziałem ról - Francuzi sprawowali przywództwo polityczne, Niemcy - gospodarcze. Sytuacja ta w istocie nie zmieniała się mimo kolejnych akcesji - Włochy np. niewiele mogły wnieść do EWG z racji swych niestabilnych rządów, Anglia - z powodu sceptycyzmu wobec pogłębionych form współpracy, innych niż gospodarcze, Hiszpania - z uwagi na niedemokratyczne dziedzictwo frankizmu, ale i długi proces dostosowywania kraju do wymogów unijnych. Inne kraje, mniejsze, wnosiły wiele, ale sektorowo, fragmentarycznie, bez zmiany generalnej równowagi, a właściwie nierównowagi między głównymi aktorami sceny unijnej.
Sytuację tę zmieniło dopiero kilka czynników, w tym przede wszystkim zjednoczenie Niemiec oraz gotowość Anglii do aktywnego włączenia się do budowania obrony europejskiej (porozumienie Francja-Anglia w Saint-Malo). Rozszerzenie natomiast na 8 państw Europy Środkowej to kolejny krok w kierunku budowania nowej równowagi w Unii Europejskiej.
Już nie jest tak, że Francja i Niemcy mogą same decydować o wszystkim, podsuwając tylko innym do podpisania ich własne decyzje. Francja ma nadal, jak za czasów Ch. de Gaulle'a, ambicje mocarstwowe, ale nie ma możliwości ich forsowania (jak de Gaulle miał swoją nuklearną force de frappe) i polityka grandeur de France przeżywa dziś wyraźny kryzys.
Dla obrony tej wielkości Francja prowadzi politykę konfrontacji z USA, zacieśniania współpracy z Niemcami i kokietowania Rosji. Jednakże szanse sukcesu tej polityki są niewielkie, ponieważ Ameryka jest zbyt mocna, Rosja - zbyt słaba, a Niemcy nadal przygniecione ciężarem swego zjednoczenia i kosztami rozbudowanego państwa opiekuńczego. Niemcy z kolei mają, w przeciwieństwie do epoki Adenauera i jego kolejnych następców, ambicje przewodzenia Europie nie tylko gospodarczo, ale i politycznie. Także ich stosunek do polityki USA nie jest tożsamy z francuskim, co szczególnie odnosi się do partii chadeckich, dziś opozycyjnych. I wreszcie Berlin już po zjednoczeniu i mający swoje kłopoty budżetowe, nie jest tak skłonny, jak uprzednio płacić za wszelkie projekty forsowane przez Rosjan.
Świat przy tym nie stoi w miejscu, epoka globalizacji rzuca nowe wyzwania, a era informatyczna zasadniczo zmienia oblicze gospodarki. Kopalnie Pas de Calais i stalownie Kruppa, którymi stały Francja i Niemcy w momencie powoływania EWWiS, przegrywają dziś z Nokią, firmą z małej i peryferyjnie położonej w Europie Finlandii. Strategia Lizbońska, zakreślając plan szybkiej modernizacji gospodarek państw unijnych, otworzyła wszystkim członkom Unii pole do aktywnego wpływania na bieg wydarzeń w Unii Europejskiej, a nie tylko Niemcom i Francji. Powiedzieć nawet można, że to właśnie inni - a nie jej dotychczasowi liderzy, potrafili lepiej odpowiedzieć na wyzwania czasu, czego dowodem niezdolność Paryża i Berlina, i to trzeci, kolejny rok z rzędu, do spełnienia narzuconych zresztą innym przez siebie wymagań budżetowych (deficyt poniżej 3 proc. PKB). Takie są fakty.
"System wzmocnionej współpracy", którym, za politykami unijnymi, straszy upartą Polskę Rosati, nie jest w Unii niczym nowym. Jest nim przecież, i od dawna, i system ruchu bezwizowego, zwany skrótowo obszarem "Schengen", jak i system wspólnego pieniądza - "euro". Tak było, jest i z pewnością będzie. Rzecz jednak nie w tym, by kraje mniej w jakieś dziedzinie zaawansowane lub jej niechętne, siłą były zmuszane do przyjęcia zacieśnionej współpracy (jak np. W. Brytania do euro), ale by kryteria uczestnictwa w tej współpracy były jasne, zrozumiałe, otwarte i dostępne dla wszystkich. A także by wykluczenia czy ew. kary dla tych, którzy tych kryteriów nie spełnią, dotyczyły wszystkich. A to oznacza, że nieprzyjemne reperkusje mogą objąć nie tylko Polskę, jak prorokuje Rosati, ale i... kilkakrotnie łamiące postanowienia budżetowe UE Francję i Niemcy, co dziś nie ma miejsca...
Gdyby natomiast przyjąć, jak to utrzymuje autor, że UE realizuje projekt federalizmu, to jakikolwiek system zamkniętej wzmocnionej współpracy (taki jak tzw. twarde jądro Scheublego i Lammersa czy "kręgi koncentryczne" Delorsa itp.) ten zamiar de facto przekreśli. Na tej bowiem drodze, tzn. wykluczeń i eliminacji jednych, a faworyzowania drugich, nigdy nie powstanie nie tylko Europa federalna, ale nawet zjednoczona. Atrakcyjność dotychczasowego projektu integracji polegała bowiem na tym, że uczestnictwo w Unii dawało nie tylko szanse przyspieszonego rozwoju, ale i stosowne ku temu środki (polityczne, prawne, finansowe itp.) Wchodzenie do Unii oznacza przecież dla krajów kandydackich konieczność dostosowania się do unijnych norm i regulacji, co nakłada na społeczeństwa obowiązek poniesienia ogromnych ciężarów. Ciężary te, jak dowodzi dotychczasowa historia, aplikujące społeczeństwa skłonne są dźwigać, gdyż mają nadzieję na awans społeczny, cywilizacyjny czy polityczny. Zamknięte kręgi wzmocnionej współpracy i brak możliwości awansu, brak szansy odniesienia takich samych jak inni korzyści oznaczać będzie de facto członkostwo drugiej kategorii, którym nie wszyscy kandydaci muszą być zainteresowani. Nie muszą i prawdopodobnie nie będą.
Zgoda - pisze Rosati - na pozostawienie Polski na uboczu integracji europejskiej miałaby niesłychane następstwa dla naszych narodowych interesów, bo utrwaliłaby naszą peryferyjną pozycję i zmniejszyłaby zakres oraz stopień politycznej i ekonomiczno-finansowej solidarności Unii z państwami, które nie uczestniczyłyby w systemie wzmocnionej współpracy. Czyja zgoda, trzeba zapytać, na marginalizację interesów Polski - rządu w Warszawie czy państw Unii? Dążenie dotychczasowych liderów Unii nie tylko do utrzymania swych pozycji (Francja), ale i ich wzmocnienia (Niemcy) kosztem innych państw członkowskich świadczyć będzie o próbie wpisania Europy pojałtańskiej w Europę z czasu Traktatów Rzymskich podpisanych w okresie zimnej wojny, tj. o myśleniu o przyszłości w kategoriach przeszłości. Zarazem taka przebudowa funduszy kohezyjnych, w której wyniku nie będzie już możliwe stopniowe wyrównywanie poziomów życia w Unii między najbardziej i najmniej zaawansowanymi, solidaryzm, budowanie Europy nie wokół mobilizujących wszystkich wartości, ale partykularnych interesów i ambicji, zakwestionuje zdolność Unii do odgrywania przywódczej roli nie tylko w świecie, ale przede wszystkim na jej własnym terenie. Zamysł ten, jeśli będzie realizowany, pogrzebie ostatecznie nie tylko mocarstwowe ambicje Francji, ale i polityczno-gospodarcze aspiracje Niemiec. Jak atrakcyjna będzie bowiem Unia, która kolejnym kandydatom, a jest ich wielu i to bynajmniej w Europie nie marginalnych - Rumunia, Bułgaria, kraje byłej Jugosławii i ciągle lekceważona Ukraina - oferować będzie coraz mniej i mniej, tak pod względem gospodarczym, jak i politycznym?
Unia zamkniętych kręgów wzmocnionej współpracy to Unia początku końca europejskiej integracji. Czy za taką Unią mamy się opowiedzieć, czy też odwrotnie, groźbie takiej Unii musimy się przeciwstawić?
Wbrew obiegowej opinii Zachodu i protestujących tamże polskich intelektualistów nie przychodzimy do Brukseli z niczym. Kraje dziś kandydujące już bardzo dużo dały Zachodowi i to dały nawet przed swym przystaniem do Unii: przede wszystkim własne rynki (a Polska największy), dalej - szczegółowe dane o swych gospodarkach, umożliwiając starej Unii narzucenie korzystnych dla nich warunków naszych akcesji, wreszcie stabilne i przewidywalne jej granice wschodnie. Nie jest to mało. Starzejące się społeczeństwa Zachodu dziś bronią się przed napływem ze Wschodu siły roboczej, ale już jutro poszerzona o Wschód Unia będzie dla nich błogosławieństwem - wiadomo bowiem, kto będzie zapewniał utrzymanie wysokiego poziomu życia szybko rosnącej armii emerytów. Unia technokratyczna, z przeregulowanymi rynkami pracy z epoki żyjącego na kredyt państwa opiekuńczego, może tylko zyskać, otwierając się na samodzielnych przedsiębiorców z Europy Środkowej, którzy nie tylko że bez pomocy własnego państwa, ale wbrew jego polityce, potrafili położyć podwaliny konkurencyjnej, wolnorynkowej gospodarki. Europa Środkowa ma też nieporównywalnie większą wiedzę i doświadczenia jeśli chodzi o Rosję, a kierunek ten, wobec deklarowanej prozachodniej polityki W. Putina, będzie ważny, pełen licznych konsekwencji. Pozwoli to Unii nie tylko zaoszczędzić pieniądze wydawane na wątpliwe projekty, ale i uchroni ją przed w istocie szkodliwą i dającą Unii jak najgorsze świadectwo polityką, choćby taką, jaką zaprezentował w czasie ostatniego szczytu UE-Rosja premier Włoch i zarazem kierujący pracami Unii S. Berlusconi. Tym samym klasyczna polityka Russia first będzie miała szanse być zastąpiona przez politykę prounijną. I wreszcie, last but not least, kraje kandydackie wniosą swoje wartości duchowe, żywotne i dynamiczne mimo półwiecza komunistycznych represji, tj. chrześcijaństwo, silne więzi rodzinne, potrzebę i szacunek dla wyższej, a nie tylko masowej, kultury itd.
Konferencja międzyrządowa jeszcze trwa - pisze dalej Rosati - i na nic nie jest za późno.
Tu w pełni zgoda. Nie jest bowiem za późno, by Paryż, Berlin i Bruksela zrozumiały, że obecne rozszerzenie Unii, dokonywane przez nią po najniższej możliwej cenie, właściwie pół darmo, nie jest zagrożeniem, ale olbrzymią dla starej Unii szansą! Jest szansą dla ambicji mocarstwowych Francji z jej nieustannym dążeniem do politycznej dominacji, do czego w dzisiejszym świecie warunków nie stworzy "Unia pół Europy", ani tym bardziej nie pozwolą na to jej własne środki. I jest wielką szansą dla Niemców wracających ponownie do problemu określenia swojej tożsamości i miejsca na kontynencie. Niemcy, z racji swej wielkości, położenia i dynamizmu odgrywały i będą odgrywać istotną rolę na kontynencie. Problemem Niemiec nie jednak ich miejsce w Europie, problemem jest to, jaką rolę i jakie miejsce na kontynencie widzą dla innych. To właśnie z tego rodziły się największe dramaty Europy, dramaty wynikające z niezdolności tego narodu do ograniczenia własnych ambicji, do koegzystencji z innymi. Fiasko Niemców jako przywódców Europy - zauważył R. Southern w "Kształtowaniu Średniowiecza" - stanowi jeden z najosobliwszych i najważniejszych wydarzeń z przełomu XI i XII stulecia. Jeżeli w ogóle można stawiać jakieś prognozy, to człowiek myślący i dobrze zorientowany w sytuacji na początku interesującego nas okresu powiedziałby z całym przekonaniem, że przyszłość Europy leży w rękach władców i ludów germańskich... Prognozy tej nie mogłoby zmienić pojawienie się u schyłku X i na początku XI w. szeregu znakomitych, rodzimego pochodzenia władców chrześcijańskich w Norwegii, Danii, Czechach, Polsce i na Węgrzech. Ten fakt uwydatnił tylko powodzenie inicjatywy niemieckiej i uprzytomnił całą wagę współpracy papieży, cesarzy niemieckich i nowych chrześcijańskich władców w zespoleniu świata chrześcijańskiego. Wydawało się, iż gdzie jak gdzie, ale tu właśnie leżał klucz do odrodzenia cywilizacji europejskiej. Ale prognoza nie potwierdziła się w toku dziejowych wydarzeń... Fiasko, jeśli można o nim mówić, zasadzało się na tym, że mając do dzierżenia za wiele, tracili stopniowo, to co mieli...
Przegrana władców i ludów germańskich i ich niezdolność do zjednoczenia Europy, tak w Średniowieczu, jak i później, wynikała z ich niezdolności do ograniczenia się, do poprzestania na tym, co już posiadali. Tamte czasy nie znały jednak mechanizmów samoograniczenia na rzecz wspólnych wartości, tj. ograniczenia siebie na rzecz innych. Dziś, po tylu tragicznych wojnach i bolesnych doświadczeniach historii, Europa zdobyła się na taki mechanizm, powołując w wyniku długiego biegu zdarzeń dzisiejszą Unią. Unię z jej funduszami kohezyjnymi, z rotacyjnym kierownictwem, z możliwością "małych" przeciwstawienia się "dużym" itp. Do takiej Europy, która pozwala wszystkim wzrastać, a nie tylko jednym kosztem drugich, aspirowaliśmy i tylko taka Unia Europejska powinna być naszą ambicją.

Koncepcje intelektualistów

Należy więc na nowo - kończy Rosati - dokonać diagnozy sytuacji. Trzeba zacząć od odpowiedzi na pytanie, jakiej Unii Polska potrzebuje i jaką Unię zamierza kształtować?
Tu prawie zgoda. Prawie, bo tego zadania protestujący dziś intelektualiści powinni się podjąć nie teraz, ale u schyłku komunizmu, a już na pewno po jego upadku w 1989 r. Jakie inicjatywy, zapytać trzeba, zgłosiła Polska, od tamtych dni, na forum europejskim. Czym lub w jaki sposób zapisała się trwale w annałach europejskiej myśli politycznej czy dyplomacji? Spójrzmy na fakty.
Na przełomie 1989/1990 r., gdy komunizm i jego system polityczno-ekonomiczny leżał już w gruzach, ministrowie rządu premiera T. Mazowieckiego - W. Osiatyński, K. Skubiszewski, pół roku po przejęciu władzy, nie przestawali myśleć w kategoriach reformowania, a nie uwalniania Polski od definitywnie zbankrutowanych, dławiących kraj instytucji sowieckiej nomenklatury i imperialnej oligarchii wojskowo-przemysłowej, tj. RWPG i Układu Warszawskiego. K. Skubiszewski: Rewidujemy Układ Warszawski, ale nigdy z niego nie wystąpimy ("Contra", 4/1990). Zacząć trzeba budowę ogólnoeuropejskiego systemu bezpieczeństwa. Istotna jest tutaj KBWE... Ogólnoeuropejski system bezpieczeństwa zastąpi z czasem system sojuszy w Europie (debata sejmowa o polityce zagranicznej 26.04.1990). Wstąpienie do Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego nie wchodzi w rachubę w regionie, w którym jesteśmy, oraz ze względu na to, że system dopiero organizuje się pod względem bezpieczeństwa (debata sejmowa o polityce zagranicznej, 14.02.1992). Wiosną 1991 r., w czasie rządów liberalnego premiera J. K. Bieleckiego, intelektualne elity były przekonane, że do Europy szybciej i pewniej będziemy wchodzić nie przez ówczesną EWG, lecz przez schodzącą z areny EFTĘ, w związku z czym negocjacje o stowarzyszenie z EWG rozpoczęliśmy nie ze strategicznym celem późniejszego pełnego członkostwa, tylko z zamiarem stowarzyszenia się. Dopiero znacznie później zostało to skorygowane, ale wówczas Bruksela zgodziła się jedynie na jednostronne wyrażenie przez Polskę takiej nadziei w Traktacie Stowarzyszeniowym. Urzędujący minister obrony tegoż rządu, kontradmirał P. Kołodziejczyk publicznie postulował ("Rzeczpospolita" 29.03.1991) polską zbrojną neutralność. W roku 1992 i latach następnych prezydent RP L. Wałęsa zapewnienie bezpieczeństwa Polski widział w ramach postulowanego przez siebie tzw. NATO bis, o czym mówił wielokrotnie, natomiast J. Onyszkiewicz - wiceminister i późniejszy minister obrony kolejnego rządu solidarnościowego H. Suchockiej, wskazywał na bezzasadność pukania do drzwi NATO: Polska - pisał - nie zgłaszała i nie zgłasza chęci wstąpienia do Paktu Północnoatlantyckiego i jego struktur wojskowych. I wcale nie dlatego, że moglibyśmy się spotkać z odmową, lecz z obawy przed odtworzeniem w Europie układu dwubiegunowego i w konsekwencji - nowego podziału kontynentu ("Polska Zbrojna", lipiec 1991), ...domaganie się wejścia do NATO jest także sprzeczne z naszą polityką zagraniczną wobec wschodnich sąsiadów, bo musielibyśmy oficjalnie zamanifestować obawy, iż grozi nam wielki konflikt państwowy (wywiad dla "Wprost", wg "Ładu", 30.08.1992). Ówczesna opozycja postkomunistyczna (L. Pastusiak), która jesienią następnego roku doszła do władzy, jeszcze w połowie lat dziewięćdziesiątych lansowała koncepcję tzw. Trójkąta Warszawskiego wtłaczającego osamotnioną Polskę między Rosję i Niemcy.
Takie lub temu podobne pomysły ("konfederacja naddunajska", "międzymorze") czy polityczne koncepcje polityki zagranicznej urzędników z najwyższych organów władzy były prezentowane poprzez media, a więc niejako półoficjalnie. Niezależnie od nich nie brak było formalnych inicjatyw przedstawionych w imieniu rządu RP lub jego instytucji, a dotyczących usytuowania Polski w nowej, szybko zmieniającej się Europie. Wymienić tu trzeba ideę powołania tzw. Rady Współpracy Europejskiej zaproponowaną przez premiera T. Mazowieckiego w Strasburgu w styczniu 1991 r., koncepcję premiera W. Pawlaka tzw. Partnerstwa dla rozwoju, przedłożoną w Brukseli w lutym 1994 r. czy "Program Wokulski" min. spraw zagranicznych tegoż rządu, A. Olechowskiego zapowiadający wielkie otwarcie w handlu z Rosją. Cechą charakterystyczną łączącą te wszystkie inicjatywy polskiej polityki zagranicznej było zbycie ich całkowitym milczeniem, tzn. totalne odrzucenie przez adresatów...
Powyższe, bardzo tu skrótowo przedstawione "dokonania" polskiej polityki bezpieczeństwa zewnętrznego i polityki zagranicznej, pozwalają stwierdzić, iż to, czym ta polityka charakteryzowała się w minionym okresie, nie był jej realizm ani serwilizm, ale przede wszystkim bierność i pasywność, reagowanie na rozgrywające się wokół nas wydarzenia, a nie zdolność do wpływania na nie czy samodzielna ich kreacja. Polityka oficjalna, realizowana przez konstytucyjne organy państwa, była polityką par excellence zachowawczą, polityką dnia wczorajszego, a nie Europy jutra (tzn. reforma RWPG, a nie staranie o pełne członkostwo w EWG, rozbudowa i instytucjonalizacja KBWE, a nie członkostwo w NATO itp.), polityką nieśmiałą, lękliwą, jakby zagubioną w szybko zmieniającym się orzeczeniu Polski, a czasami wręcz niebezpieczną (neutralność, Trójkąt Warszawski). Nie była i nie jest to polityka wyobraźni czy politycznej wizji nowego miejsca Polski, o którą apeluje były minister spraw zagranicznych RP - D. Rosati, na miarę dokonanego przełomu, do którego wnieśliśmy, jako naród, tak znaczny wkład. Na plus tej oficjalnej polityki państwa zapisać jednak należy wyciąganie wniosków z jej fundamentalnie błędnych decyzji, fałszywych analiz, kunktatorstwa politycznego i słabości intelektualistów.
W imię tego koniunkturalnego dostosowywania się do nowej, nieprzewidywanej wcześniej rzeczywistości, lewica solidarnościowa pożegnała się na początku lat dziewięćdziesiątych ze swymi wcześniejszymi wezwaniami do realizacji postanowień jałtańskich (A. Michnik), postulowania dla Polski modelu fińskiej neutralności (J. Kuroń), czy poparciem dla idei wspólnego domu, będącej w istocie próbą zastąpienia sprawdzonych instytucji świata zachodniego nową organizacją europejską ze znaczną rolą Moskwy, na wzór KBWE. Gorbaczowowska koncepcja wspólnego domu nie powinna być brana za byle jaki slogan - B. Geremek - jest to prawdziwa koncepcja. Należy się tylko przyjrzeć możliwościom jej realizacji ("Liberation", 7.11.89). Postkomuniści z kolei, z ich przewodniczącym A. Kwaśniewskim na czele, rozstali się przed połową lat dziewięćdziesiątych ze swą chęcią zlikwidowania NATO: Zabezpieczeniem naszych interesów powinno być powstanie systemu zbiorowego bezpieczeństwa w Europie w ramach KBWE. Uważam, że NATO jest tworem historycznym, podobnie jak Układ Warszawski, który powstał w konkretnych warunkach zimnej wojny, moim zdaniem powinien ulec daleko idącym przekształceniom lub w ogóle zniknąć ("Polska Zbrojna", 23.08.93). Część prawicy natomiast - z niechęci do UE - Konfederacja Polski Niepodległej, ZChN, ostatnio - lider Ligi Polskich Rodzin R. Giertych. Takie są fakty.
Projekt Konwentu jednoznacznie pokazał, że era szczęśliwości polskiej polityki zagranicznej dobiegła kresu. "Polski sezon" w Europie definitywnie się skończył, nic już nie jest i nie będzie ani łatwe, ani proste. Wraz z nim odchodzi w przeszłość epoka bezkarnej amatorszczyzny w polityce zagranicznej - za wszystkie błędy będziemy płacić, i to płacić drogo. Dlatego też zamiast pisać listy do zachodniej opinii publicznej powinniśmy walczyć o zachowanie nielicznych atutów, jakie mamy w ręku (system głosowań z Nicei), i, powtórzmy to za Dariuszem Rosatim, zacząć od odpowiedzi na pytanie, jakiej Unii Polska potrzebuje i jaką Unię zamierza kształtować?
Ryszard Bobrowski


HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page


INTERNET CONSULTANT