Mapa (klikalna)

Giełda Papierów Wartościowych u progu wejścia Polski do UE

Rozmowa z dr. Piotrem Szeligą, Wiceprezesem Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie

Powiew optymizmu

- Niebawem minie 14 lat od czasu, kiedy ruszyła GPW. W ciągu tego okresu Giełda miała swoje wielkie chwile, kiedy jedni zdobywali tu potrzebny im kapitał, a inni zbijali fortuny, a także okresy znacznych spadków, stagnacji czy długiego marazmu. Ostatnio główne indeksy giełdowe - WIG20, MidWIG czy WIRR znowu poszybowały w górę, co budzi nadzieję, tak dla inwestorów, jak i dla polskiej gospodarki. W jakiej kondycji jest dzisiaj GPW i na ile przyczynia się ona do rozwoju stopniowo ruszającej do przodu polskiej gospodarki?

- Giełda, krótko mówiąc, jest w dobrej, nawet bardzo dobrej kondycji. Od lipca ubiegłego roku do dzisiaj mamy do czynienia z systematycznym wzrostem, zarówno indeksów, jak i obrotów.
Wiążemy to z pozytywnym głosowaniem akcesyjnym Polski do UE. O ile na rynkach zachodnich ożywienie nastąpiło na wiosnę 2003, to u nas to wyraźne ożywienie zaczęło się dopiero po pozytywnym głosowaniu akcesyjnym 7-8 czerwca. Indeks WIG 20 od czerwca do końca ubiegłego roku wzrósł o przeszło 30 proc., obroty w drugiej połowie zeszłego roku, w porównaniu z pierwszą podwoiły się, a także odnotowujemy wyraźnie ożywienie na rynku pierwotnym - w Komisji Papierów Wartościowych jest więcej ofert i wydłużyła się kolejka z prospektami emisyjnymi.
Giełdy z tamtych minionych lat i tej dzisiejszej w ogóle nie można porównywać. Największą zdobyczą nie są przy tym różnice ilościowe, przypominam, że zaczynaliśmy od pięciu spółek na parkiecie, ale fakt, że wokół Giełdy powstał cały przemysł rynku kapitałowego, tj. takie instytucje jak fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne, biura maklerskie i bardzo silna, baza inwestorów indywidualnych, co nas wyróżnia w Europie. Mamy dość zdrową strukturę inwestorską - 29 proc. to wspomniani krajowi inwestorzy indywidualni, 32 proc. - zagraniczni, reszta - krajowi instytucjonalni.

- W początkowym, pionierskim okresie lat 90. Giełda przyciągała rzesze drobnych inwestorów i oni w dużej mierze decydowali o jej rozwoju. Dziś - tak dalece jak wiem - to duzi inwestorzy instytucjonalni, często zagraniczni, wywierają decydujący wpływ na losy notowań giełdowych, oni decydują też o jej hossach i bessach. Jaką zatem rolę odgrywa krajowy kapitał w funkcjonowaniu Giełdy oraz czy, a jeśli tak, to na ile, władze Giełdy ułatwiają mu wchodzenie na parkiet giełdowy?

- Znaczenie polskich inwestorów instytucjonalnych jest dzisiaj istotne i systematycznie rośnie. Np. w Budapeszcie inwestorzy zagraniczni stanowią ponad 60 proc., u nas - przeszło 30. Uważam, że ten udział jest dobry, a proporcja do udziału krajowego - stosowna. Według mnie jest to jeden z plusów naszej Giełdy. Drugi atut to nieporównywalnie szersza oferta giełdowa kierowana do inwestorów. Nie mówię oczywiście o liczbie spółek, których mamy najwięcej w regionie, czy kapitalizacji, która też jest największa w regionie - jesteśmy dwa razy więksi niż Budapeszt czy Praga. Mówię o ofercie produktowej, w której jest szeroka gama instrumentów pochodnych. Jedynym pod tym względem konkurentem w regionie jest Budapeszt, gdzie zakres oferty produktowej jest analogiczny do naszego. Ta oferta produktowa jest typowa dla nowoczesnej, normalnej Giełdy, z wyjątkiem może jednego instrumentu, którego nie mamy, i który jest trudno wprowadzić na małą giełdę, tj. Exchange Traded Fund (ETF). W tej ofercie produktowej jest przebój zarówno regionalny jak i europejski, tj. kontrakty terminowe na WIG-20. Instrumenty pochodne są produktami skomplikowanymi i wymagają znacznie większego doświadczenia niż inwestowanie w akcje. W zeszłym roku osiągnęliśmy, jeśli chodzi o skalę rynku w tym względzie, szóstą pozycję w Europie. To jest niesamowite. Najciekawsze jest jednak nie to, ale fakt, że ten rynek stworzyli głównie inwestorzy indywidualni. Gdy opowiadam różnym ludziom z Zachodu, że my mamy taką sytuację, jeśli chodzi o ten rynek, oni po prostu nie wierzą. Świadczy to o tym, że polski inwestor indywidualny jest otwarty na ryzyko, bo to są oczywiście ryzykowne instrumenty, jest bardzo wyedukowany i jest aktywny. To jest pewna unikalność nawet w skali europejskiej - silna baza indywidualnych inwestorów.
Następny atut, o którym warto powiedzieć, to nowoczesny system informatyczny obrotu, który ma nie tylko tę zaletę, że jest nowoczesny i przystawalny do takich samych systemów występujących na giełdach zachodnich, co jest bardzo ważne z punktu widzenia integracji europejskiej, ale ma te same funkcjonalności i te same standardy co i inne systemy. System ten kupiliśmy od giełdy paryskiej, która w tej chwili tworzy jedyną paneuropejska giełdę - Euronext. Inne giełdy środkowoeuropejskie nie mają takich systemów - wydajnych, rozwojowych, które są w stanie obsłużyć dużo większe obroty niż obecnie.

- Co jakiś czas zmieniają się lokomotywy Giełdy - tak, jeśli chodzi o branże, jak i poszczególne spółki. Co dzisiaj ciągnie Giełdę do góry - branża budowlana, spożywcza, internetowa, tekstylna? Jaką rolę w tym procesie odgrywają duże spółki - jak Agora? PKN Orlen? KGHM?

- Duże spółki z definicji odgrywają bardzo ważną rolę. Jednak, to, co widać od początku zeszłego roku, to bardzo duże ożywienie na rynku spółek średnich i małych, w które inwestorzy obecni na rynku zaczęli śmielej inwestować. Wydaje mi się, że to jest pewne novum. Indeksy średnich spółek są w tym roku wyraźnie lepsze niż w latach poprzednich. Jest to bardzo optymistyczne, więcej - przekłada się to na rynek pierwotny. Krótko mówiąc, te mniejsze przedsiębiorstwa zaczynają szukać kapitałów na giełdzie, a to jest przecież podstawowa funkcja giełdy.

W stronę finansowego centrum regionu

- Poszukując kapitału inwestycyjnego można wejść na giełdę, ale też można ją opuścić. Jak dzisiaj układają się proporcje między tymi, którzy wybierają się na warszawski parkiet i mają już emisyjne prospekty, a tymi, którzy planują go opuścić?

- Poprzednio mieliśmy bilans ujemny, ale od połowy ubiegłego roku te proporcje układają się bardzo dobrze. Przez trzy minione lata był regres w tej dziedzinie na wszystkich rynkach europejskich, nie tylko na naszym, ale teraz to się radykalnie zmieniło - w tym roku liczę na kilkanaście debiutów. Nie wliczam tu ew. dużych debiutów, jak np. PKO BP, bo one w dużej mierze wynikają z decyzji politycznych. W ubiegłym roku mieliśmy udany debiut Banku Austria Creditanstalt (BACA), który bardzo chciał być u nas notowany, z czego jesteśmy bardzo zadowoleni. Giełda wiedeńska jest porównywalna z naszą, choć w tej chwili ma nieco większe obroty i większą kapitalizację, w dużym stopniu zresztą dzięki obecności na niej BACA. Wiedeń w 1997 roku uruchomił derywaty na skonstruowane w tym celu indeksy z krajów Europy Środkowo-Wschodniej, np. nasz PTX (Polish Trading Index). Uruchomienie kontraktów terminowych na polski indeks było przygrywką do handlowania już nie derywatami, ale spółkami z tego indeksu. Taki był zamiar. Ponieważ my dość szybko uruchomiliśmy nasz własny rynek kontraktów terminowych, to w Wiedniu zaczął on się kurczyć, a u nas rosnąć. W rezultacie pokonaliśmy kilkakrotnie Wiedeń w tych obrotach. A zatem okazało się, że jesteśmy w stanie zbudować coś, co skutecznie może konkurować z zachodnimi rynkami.

- Czyżby to miało znaczyć, że jesteśmy w stanie rywalizować z giełdą wiedeńską?

- Ależ tak, oczywiście, że jest taka szansa. Pierwsze plany rządu austriackiego zmierzające do stworzenia centrum finansowego w naszym regionie pojawiły się w 1991 roku. Jest to piękną idea, Wiedeń jest pięknym miastem, można zatem zapytać pourqoi pas? Tyle tylko że im to nie wychodzi

- dlaczego?

- Jest to dobre pytanie. Wydaje mi się, że giełda wiedeńska jest za małą giełdą, by stworzyć takie centrum środkowoeuropejskie. Jeśli dobrze pamiętam, relacja kapitalizacji tej giełdy do austriackiego PKB wynosi ok. 40 proc., może 50. U nas jest to 20 proc. Gdybyśmy, pospekulujmy, osiągnęli w tej relacji poziom Wiednia, to bylibyśmy de facto dużo więksi od Wiednia. A zatem mamy znacznie większy potencjał rozwojowy, który przemawia na naszą korzyść. Miejmy nadzieję, że z czasem nam się uda takie centrum środkowoeuropejskie stworzyć.

- Ostatnio Giełda miała do czynienia z nieuczciwą praktyką maklerską, która jednemu inwestorowi zagranicznemu w krótkim czasie dała olbrzymi zarobek, a wielu innych naraziła na wielkie straty. Czy ta sprawa znalazła już swój finał i jak władze Giełdy zamierzają zabezpieczyć się przed powtórzeniem się takiej sytuacji?

- Taki przypadek zdarzył się u nas po raz pierwszy. To jest sprawa całego rynku. Jest domniemanie ze strony KPWiG popełnienia przestępstwa. Czy faktycznie tak jest, to ustali sąd. Problemy, które mieliśmy na rynku, mogą wynikać z dwóch powodów: działań przestępczych, nazwijmy je w skrócie - manipulacyjnych i błędów maklerów. Jeśli chodzi o tę drugą możliwość, to my mamy na Giełdzie taką praktykę i zabezpieczenia, które są analogiczne do tych, jakie są na innych giełdach. Głównie są to ograniczenia wahań kursów (tzw. widełki), dzięki którym cena nie może się zmienić bardziej na Giełdzie niż przewidują to "widełki". Po tym incydencie, o którym Pan wspomniał, zawęziliśmy ich rozpiętość, jak również wprowadziliśmy maksymalną wielkość zlecenia na kontraktach terminowych.
To zostało zrobione przez Giełdę. Natomiast jest jeszcze problem całego systemu, przemysłu związanego z rynkiem kapitałowym. Wprowadzając system informatyczny Giełdy Warset w 2000 roku, przyjęliśmy system zdecentralizowany, a zatem bardziej elastyczny, dostępny i otwarty, w którym władza i uprawnienia są delegowane do biur maklerskich, do użytkowników stacji roboczych. Przedtem mieliśmy konfigurację opartą na architekturze baza-terminal, która została zastąpiona właśnie tym nowoczesnym systemem. Jest on bardziej nowoczesny, ale i dla użytkowników bardziej wymagający. Co to znaczy? Zabezpieczenia mające zmniejszyć prawdopodobieństwo wystąpienia błędu, który zaburza sesje, są przesunięte z centrum do biur maklerskich. Tam jest cały szereg zabezpieczeń różnego rodzaju, które biura powinny stosować. Biura maklerskie, stacje robocze, komputery tam zastosowane itp. są na tyle inteligentne, że mogą dostosować się do rodzaju klientów, do rodzajów strategii inwestycyjnych itd. Ponadto użytkownicy, którzy mają większą swobodę i większe możliwości, mogą dzięki temu wybierać np. giełdy zagraniczne. A zatem mogą łatwiej adaptować się do otoczenia szerszego, czytaj - europejskiego. Na tym nam niespecjalnie zależy, ale musi być taka możliwość.
A zatem my mamy w naszym instrumentarium zabezpieczeń "widełki", które działają w ten sposób, że kiedy przychodzi duże zlecenie destabilizujące, to jest odrzucane przez system. Ponadto biura maklerskie mogą wprowadzać, dzięki temu że system jest zdecentralizowany, swoje zabezpieczenia, dzięki którym np. pewnych zleceń nie mogą wprowadzić do systemu bez zgody osoby nadzorującej. Tu dochodzimy do sytuacji manipulacyjnej. Jeśli zaś destabilizacja rynku wynika z zamiarów przestępczych, to tutaj możliwości kontrolne Giełdy są zupełnie ograniczone. Przede wszystkim dlatego, że my nie mamy dostępu do tzw. end usera, czyli do klienta biura maklerskiego, który np. taką decyzję niezgodną z prawem może podjąć. Jeśli zaś chodzi o zalecenia Unii Europejskiej, to w tych zaleceniach, mam tu na myśli dyrektywę "Market abuse", wyraźny akcent kładzie się, w kontekście możliwości manipulacji, na biura maklerskie i ich relacje z klientami.

- Od dłuższego już czasu mówi się o prywatyzacji GPW. Czy w tej sprawie zapadły już jakieś wiążące decyzje, a jeśli tak, to jak przebiegać będzie sam proces prywatyzacji.

- Żadne decyzje jeszcze nie zapadły, chociaż mamy nadzieję, że w tym roku zostaną podjęte. W marcu Rada i Zarząd Giełdy wystąpiły do właściciela z propozycją rozpoczęcia procesu prywatyzacji Giełdy i wyboru doradcy prywatyzacyjnego. Uważamy bowiem, że ten proces trzeba jak najszybciej rozpocząć.

- Czy to jest już perspektywa tego roku?

- Moim zdaniem będzie dobrze, jeśli w wyniku tych prac zostanie wybrana metoda prywatyzacji.

- Czy Zarząd Giełdy ma tu swoją koncepcję, którą chciałby lansować?

- Tak, ale za wcześnie o niej mówić.

Alians strategiczny

- Polska znajduje się u progu wejścia do Unii Europejskiej. Giełda warszawska jest jedną z wielu w tym rejonie Europy, a głównym jej konkurentem jest tutaj, jeśli dobrze wiem, giełda budapeszteńska, a następnie, o czym już mówiliśmy, wiedeńska. Epoka globalizacji, w której żyjemy, jest epoką koniecznych fuzji i połączeń. Małe podmioty albo znikają z rynku, albo są na nim marginalizowane. Jaka jest polityka władz Giełdy w tej materii, w którą stronę zmierzamy?

- Zmierzamy w stronę aliansu strategicznego. Jest rzeczą uznaną, że przyspieszona ewolucja rynku europejskiego, która ma miejsce od połowy lat 90., de facto jest rewolucją. W wielkim skrócie mówiąc, rewolucja na rynkach kapitałowych Europy, która wyprzedza poziom regulacyjny UE, polega na tym, że następuje proces konsolidacji, który dokonuje się zarówno w płaszczyźnie wertykalnej, jak i horyzontalnej. Jeśli chodzi o układ wertykalny, to w drugiej połowie lat 90. dokonało się połączenie oddzielnych biznesów, takich jak rynki kasowe czy terminowe. Nastąpiła elektronizacja rynków terminowych, które zawsze były giełdami parkietowymi, następnie połączenie rynków terminowych i kasowych, i po trzecie - choć nie jest to powszechne - integracja obrotu z rozliczeniami w jedne, zintegrowane mechanizmy; typowym przykładem jest tu Deutsche Boerse czy Euronext. Integracja pozioma to integracja geograficzna. Polega ona na tym, że tworzą się wyraźnie trzy ośrodki integrujące się przestrzennie. Jeden z nich to Euronext, który grupuje cztery giełdy, drugi to Deutsche Boerse, który grupuje m.in. Wiedeń, ale i Irlandię, trzeci to oczywiście Londyn, który na tyle jest dumny, iż ciągle liczy na to, że będzie głównym ośrodkiem obrotów. Ale jest i czwarty, który jest najmniejszy z nich, a który jest pasjonującym terenem, jeśli chodzi o aktywność i sposoby integracyjne, tj. Norex, ośrodek skandynawski organizowany w sposób bardzo agresywny przez Sztokholm, obejmujący także Kopenhagę, Oslo, Reykjawik, Helsinki, które same wcześniej wykupiły Tallin i Rygę. Jeśli spojrzymy na rynek europejski z punktu widzenia udziału poszczególnych rynków - w obrotach, czy kapitalizacji, to właściwie następuje dekoncentracja. Dlaczego? Bo zmniejsza się dominacja Londynu. Londyn miał o wiele większą, potężniejszą pozycję, mówię o giełdzie londyńskiej, na początku lat 90. niż ma obecnie. Jego udział w obrotach europejskich spadł o jakieś kilkanaście punktów procentowych. Londyn zatem jest w permanentnej defensywie.

- Czy nam najbliżej jest do Euronextu?

- To się dopiero okaże. My nie wykluczamy żadnej opcji. Jeśli będziemy mieli aprobatę i decyzję naszego właściciela dotyczącą procesu prywatyzacji, wtedy zwrócimy się z oficjalnym wystąpieniem - zapytaniem ofertowym do tych trzech ośrodków - tj. do Londynu, Frankfurtu i Euronextu - z pytaniem, czy byłyby zainteresowane aliansem z nami. Uważamy, że jakaś bliska współpraca powstanie, ale nie dla samego aliansu, żeby było modnie, lecz po to, by służyła rynkowi kapitałowemu w Polsce. W tych procesach integracyjnych ktoś, kto stoi z boku, traci. Tym bardziej traci i marginalizuje się, że w zasadzie my handlujemy na giełdzie żywymi podmiotami. To nie są martwe przedmioty, towary, ale żywe spółki, które same podejmują decyzje i tam idą, gdzie jest tańszy kapitał. Tak samo postępują inwestorzy. Przy malejącej barierze informacyjnej, technologicznej i komunikacyjnej takie decyzje są łatwiejsze.

- Czy - według władz Giełdy - w interesie Giełdy leży to, by Polska weszła wcześniej czy też później do unii monetarnej? Kiedy powinniśmy wejść do systemu ERM2 i jak długo w nim być?

- Wtedy, kiedy spełnimy konieczne parametry. Nie jest to łatwa odpowiedź. Wydaje mi się, że powinniśmy tam wejść raczej wcześniej niż później. Powinniśmy patrzeć na to głównie z punktu widzenia ponoszonego ryzyka. Z punktu widzenia wahań kursowych przyjęcie euro jest dużo pewniejsze. Ale żeby do strefy euro wejść, trzeba mieć oczywiście walutę o stosownej jakości.

- W kraju trwa debata na temat sanacji finansów publicznych, główne siły polityczne i podmioty gospodarcze wypowiadają się na temat tzw. planu Hausnera. Jakie jest stanowisko Pana prezesa w tej kwestii? Jak losy tego planu mogą wpłynąć na działalność i wyniki Giełdy?

- Plan Hausnera jest ważnym krokiem do przodu. Uzdrowienie naszych finansów jest bardzo potrzebne i w tym sensie trzeba popierać działania zmierzające w tym kierunku. Jest to jedyna całościowa propozycja, choć wielu ludzi mówi, że niewystarczająca.

- Od niedawna mamy nową Radę Polityki Pieniężnej, którą kieruje ten sam przewodniczący, prezes NBP. Jej pierwsze decyzje zdają się wskazywać, że będzie ona prowadziła bardziej restrykcyjną politykę niż jej poprzedniczka. Jeśli w najbliższych miesiącach te przypuszczenia się potwierdzą, jaki to będzie miało wpływ na kondycję Giełdy?

- Im większa stabilizacja w gospodarce i jej przewidywalność, tym lepiej dla giełdy. Giełda jest żywym rynkiem. Przewidywalność i stałe reguły gry - to są najważniejsze rzeczy w otoczeniu giełdy. To dotyczy wszystkiego, łącznie z systemem politycznym.

- Jak wiemy, Polska po raz kolejny przegrała z sąsiadami walkę o ulokowanie u nas większej, zagranicznej "green field" inwestycji. Po Peugocie i Toyocie tym razem koreański producent samochodów "Hundai" odrzucił polską ofertę? Jak to zaważy na GPW?

- Nie sądzę, że przełoży się to na prace Giełdy. Raczej nie widzę tu związków. To, co jest jednym z najważniejszych elementów dla Giełdy, to to, by spółki, które są na Giełdzie, przynosiły zyski. A także, by przybywały nowe, poszukujące kapitału. Natomiast nie sądzę, by jedna czy druga nieudana operacja inwestycyjna miała tutaj jakiś wpływ.

- Podsumowując - jaki będzie rok 2004 dla Giełdy, pierwszy rok Polski w EU?

- Któż to może wiedzieć…? Powiem tak - jestem i będę optymistą. Wprowadzenie w ubiegłym roku podatku dla inwestorów indywidualnych od zysków kapitałowych osiąganych na Giełdzie mogło bardzo negatywnie odbić się na jej pracy. W zeszłym roku były tutaj olbrzymie obawy, mając na uwadze to, co miało miejsce po wprowadzeniu takiego podatku na Węgrzech i w Izraelu. Tam były efekty bardzo negatywne. W Polsce ten scenariusz na szczęście się nie zrealizował. Jest odwrotnie - nadal trwa ożywienie. Patrząc na taki rozwój wydarzeń, zwiększam swój optymizm.
Ale jest jeszcze jeden optymistyczny czynnik. Wyraźnie ożywiło się Ministerstwo Finansów, jeśli chodzi o rynek kapitałowy, co my na Giełdzie odbieramy bardzo dobrze. Powstała tam strategia rozwoju rynku kapitałowego "Agenda Warsaw City 2010", przedstawiająca szerszą wizję rozwoju tego rynku, jakiej do tej pory brakowało, a której Giełda jest jednym z elementów. Ten dokument jest bardzo ważny, my uczestniczyliśmy w jego powstawaniu, prace nad nim posuwają się zgodnie z harmonogramem. Traktujemy to jako optymistyczny sygnał pochodzący od państwa - rola rynku kapitałowego jest tutaj postrzegana właściwie, tzn. nie jako źródło egzotycznych spekulacji, tylko jako miejsce do finansowania wzrostu gospodarczego kraju. A to jest przecież jedno z naszych zadań.

- Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Ryszard Bobrowski
HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page


INTERNET CONSULTANT