Mapa (klikalna)

Wielki offset czy wielkie oszustwo?

Tomasz Hypki

Jak donosi prasa są poważne kłopoty z wdrażaniem programów związanych z zakupami nowoczesnego sprzętu dla naszej armii, tj. samolotu wielozadaniowego, transportera opancerzonego i pocisku przeciwpancernego, tj. z tzw. offsetem. Największe kłopoty są ze startem największego z nich, wartego ponad 6 mld USD kontraktu na zakup 48 samolotów wielozadaniowych F-16 amerykańskiego producenta Lockheed Martin Aeronautic. Jak podała 30 marca "Rzeczpospolita", rządowy Komitet Offsetowy krytycznie ocenił start i tempo realizacji amerykańskiego offsetu. Z prośbą o komentarz w tej sprawie zwróciliśmy się do Tomasza Hypkiego, eksperta ds. lotnictwa oraz wydawcy pism "Skrzydlata Polska" i "Raport".

Offsetowe obiecanki cacanki

Od dawna utrzymywałem, iż wybór oferty amerykańskiej na zakup samolotu wielozadaniowego F-16 nie był najlepszym wyborem, tak pod względem perspektywicznym, technicznym, jak i ekonomicznym. Jeśli natomiast chodzi o sam offset, to od początku było wiadomo, że będą z nim same problemy. Jeżeli przyjąć prawdziwą, a nie wymyśloną, jak to zostało w Polsce zrobione, definicję offsetu, to trudno nazwać to, co otrzymaliśmy od strony amerykańskiej, offsetem. Offset, tzn. jego warunki, winny być dyktowane przez kupującego, a więc stronę polską; wydając pieniądze polskich podatników, powinniśmy stawiać takie wymagania i narzucać takie rozwiązania, które są nam do czegoś istotnego potrzebne. Tymczasem my zajęliśmy stanowisko, że to strona amerykańska, czyli offsetodawca, składa różne oferty, co sprowadza rzecz całą do absurdu. W rezultacie jest tak, że Polska zamiast mieć z offsetu korzyści musi się bronić przed dołożeniem do tej transakcji. Tzn. zamiast napływu do Polski nowoczesnych technologii lub uzyskania dostępu do rynków do tej pory dla nas zamkniętych lub bardzo trudnych, musimy sami płacić za produkty, które nawet jeśli są potrzebne, to powinny znaleźć się w Polsce na zupełnie innych zasadach, np. w wyniku przetargów.
Np. system łączności specjalnej TETRA próbowano i nadal próbuje się wcisnąć Polsce nie dość że bez przetargu, ale i bez udziału polskich przedsiębiorstw - im dłużej bowiem trwają w tej sprawie negocjacje, to ich udział, który mógłby przynieść wymierne efekty gospodarcze, maleje prawie do zera. To, co się w tej sprawie dzieje, trudno nazwać inaczej jak oszustwem. Po pierwsze jest to próba ominięcia przetargu koniecznego w wypadku zakupów finansowanych z pieniędzy publicznych, po drugie ten kontrakt - jako offset bezpośredni - powinien być realizowany wyłącznie przez przedsiębiorstwa należące do przedsiębiorstw o specjalnym znaczeniu dla gospodarki (takich jak zbrojeniówka, energetyka, kopalnie itd.), a tymczasem udział Radmoru, jedynego przedsiębiorstwa, które spełnia te kryteria, ciągle spada i spada i aktualnie nie przekracza, wg mojej wiedzy, poziomu kilku milionów dolarów (z początkowo deklarowanych i zapisanych 700 mln), a więc jest na poziomie 1 proc. całego hucznie promowanego przedsięwzięcia. Gdyby to rozwiązanie miałoby być finalizowane, to oznaczałoby, że amerykański partner Radmoru - Motorola otworzyłby u nas po prostu montownię, która zaliczona byłoby do offsetu. A gdzie w takim przypadku - pytam - pozyskana przez nas nowa technologia, stymulowanie rozwoju gospodarczego itd.?
Podobnie jest z programem bardzo szeroko kiedyś propagowanym elektrowni wiatrowych, które miał produkować Radwar. Skończyło się na tym, że Radwar dostał kilkadziesiąt kilogramów dokumentacji, mimo że umowa miała dotyczyć, i owszem - przekazania technologii, ale również - co ważniejsze - także dostępu do rynków. Te elektrownie ze względu na swój rozmiar i charakterystyki nie pasują do wymagań europejskich. Nawet gdyby pasowały, to i tak trzeba by było znaleźć na nie klientów. Tymczasem tego nie zapewnia strona amerykańska, choć do tego zobowiązuje ją umowa. Ma tym zająć się polski producent. A skoro tak, to prostszą drogą dla Radwaru byłoby po prostu kupienie odpowiednio uwarunkowanej licencji. Jak to można inaczej nazwać, jak nie oszustwem?
Bardzo podobna sytuacja jest w gdańskim Lotosie, który miał otrzymać licencję na produkcję niskosiarkowych paliw. Podobno rozmowy te ciągle trwają, ale trzeba zauważyć, że po pierwsze licencję na taki produkt można po prostu kupić na rynku i to w warunkach przetargowych, a nie bez przetargu, co w tym przypadku ma miejsce, a po drugie - skoro Lotos ma być prywatyzowany, to rodzi się pytanie o sens tego typu modernizacji, która niekoniecznie musi być zgodna z technologiami przedsiębiorcy, który brać będzie udział w tej prywatyzacji. A zatem łamiąc polskie prawo i być może korumpując polskich urzędników, przedsiębiorstwo amerykańskie ma zyskać bardzo dochodowy kontrakt.
W przypadku PZL Mielec w ramach offsetu mieliśmy otrzymać pomoc przy uzyskaniu certyfikatu i sprzedaży produkowanych przez Mielec samolotów. Certyfikowanie jest procedurą właściwie automatyczną. Jeśli tylko samolot spełnia określone parametry, to na dobrą sprawę nie można go nie certyfikować. Mielecki Skytruck ma europejskie certyfikaty, które są zgodne z amerykańskimi, a to oznacza, że powinien być automatycznie certyfikowany w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem Amerykanie, blokując dostęp do rynku, utrudniają certyfikację. A zatem polską korzyścią jest tutaj tylko to, że Amerykanie nie będą robić owych przeszkód. Do umowy offsetowej wpisano, że całe to przedsięwzięcie jest warte 50 mln dolarów, co trudno inaczej nazwać jak zwykłą hucpą. Gdyby zapytać o to fachowców, to zgodnie odpowiedzą, że jest to koszt rzędu, powiedzmy, 100 tysięcy dolarów. Generalnie licząc, tyle jest warta certyfikacja, a przypuszczalnie jeszcze mniej, bo to są przecież koszty dwóch czy trzech wizyt specjalistów, jeden lot certyfikowanym samolotem, koszty hotelu, diet itp. I to są już wszystkie koszty, a próbuje się wpisać 50 mln dolarów.
I tu dochodzimy do kolejnej hucpy, która się rozgrywa się na naszych oczach, tj. do prowadzonej właśnie przez Amerykanów brutalnej walki lobbingowej o to, by zwolnić offset z ceł i podatków, co - jeśli przeprowadzone - będzie oznaczało tylko tyle, że stracimy jakąkolwiek kontrolę nad realną wartością tych przedsięwzięć. Jeżeli offsetodawca powie np., że śrubka, którą przywiózł w teczce, jest warta 50 mln dolarów, a jego partner w Polsce z tym się zgodzi, to oboje wpiszą do umowy tę sumę, a Amerykanie zaliczą sobie do offsetu 50 mln dolarów, a być może przy okazji pomnożą je przez jakieś jeszcze współczynniki, podczas gdy w rzeczywistości ta śrubka może kosztować np. 20 centów. I nie będzie wówczas żadnej siły, która udowodni, że tak nie jest. Nawet jeśli rzecz całą sprowadzam teraz do absurdu, to mechanizm jest tutaj zupełnie jasny. Jeżeli nasza strona się na to zgodzi, to będziemy mieli do czynienia z prawdziwym dramatem. Tylko konieczność zapłacenia ceł i podatków może zmusić strony umowy do utrzymania wartości transakcji na realnym poziomie.
Jeśli chodzi o WSK Rzeszów, gdzie miano uruchomić produkcję silników lotniczych, to już wiemy, że żadnej produkcji tam nie będzie. Jeżeli tam w ogóle cokolwiek będzie, to tylko montaż, gdzie skręcać się będzie kilkoma śrubami moduły przywiezione ze Stanów Zjednoczonych. Te silniki zostaną przewiezione do warszawskiej hamowni WZL-4, gdzie zostaną przebadane. Całość transakcji z montażem i badaniami jest warta może kilkaset tysięcy dolarów, powiedzmy kilka milionów, w zależności od tego, jak duży będzie zakres tych prób, bo to one będą głównie decydować o kosztach. I to jest wszystko. Natomiast na pewno Polska nie będzie uczestniczyć w produkcji, mało tego - prawdopodobnie w przyszłości Polska nawet nie będzie serwisować tych silników, bo jest ich, zdaniem Amerykanów, za mało, by przekazywać tutaj technologię, wyposażać polski zakład w odpowiednie urządzenia itd. W ogóle WSK-Rzeszów znajduje się poza naszą kontrolą, ponieważ po prywatyzacji wchodzi on w skład holdingu United Technology, czyli rozliczenia finansowe są wewnętrzną sprawą tego holdingu. A zatem przy odpowiedniej inżynierii finansowej Amerykanie mogą nie tylko tak zmniejszać zyski, by u nas nie płacić żadnych podatków, ale i wykazywać obroty niezbędne do rozliczenia offsetu…
Z kolei Wojskowe Zakłady Lotnicze z Bydgoszczy miały w ramach offsetu remontować samoloty dyspozycyjne i awionetki Air King. To jest zresztą bardzo podobny przypadek jak w Mielcu, gdzie za sprawy certyfikacji i sprzedaży Skytrucków odpowiada przedsiębiorstwo dwuczy trzyosobowe, czyli jakiś tam sklepik z samolotami, który mówi nam - dobrze, może jak się da, to coś się sprzeda. W tym przypadku za remonty samolotów też miało odpowiadać niewielkie przedsiębiorstwo, które z powodu braku zapotrzebowania rynku albo już zbankrutowało, albo za chwilę to zrobi. W każdym razie ani żadnych zamówień, ani żadnych technologii do Bydgoszczy nie przekazało.
Niewiele dobrego można też powiedzieć o najnowszych technologiach, w rozwoju których Amerykanie, w ramach offsetu, mieli nas wesprzeć. W sprawie tzw. niebieskiego lasera jakieś negocjacje nadal trwają, ale Amerykanie tutaj, podobnie jak zresztą i w wielu innych przypadkach, kwestionują polskie możliwości w tym względzie - tj. zdolności polskich fachowców i jakość polskich wyrobów, gdy tymczasem niebieskie lasery już zaczynają być komercjalizowane choćby przez japońskie przedsiębiorstwa, które zaczynają je sprzedawać w wyrobach dostępnych w powszechnym handlu. Myślę, że w bardzo krótkim czasie urządzenia wykorzystujące niebieski laser (np. płyty o znacznie większej pamięci niż dotychczasowe płyty CD i DVD) będą sprzedawane i Polska zostanie w tyle. W sumie myślę więc, że ta "pomoc" amerykańska bardziej tutaj zamieszała niż realnie nam pomogła, bo nie słychać, żeby w tej sprawie następował jakikolwiek postęp.
Jedynie w przypadku łódzkiego akceleratora nowoczesnych technologii coś się dzieje, ale i tutaj nie wyszliśmy poza obszar rozmów i rozbudzania nadziei, że może coś z tego będzie. W sumie jest to jednak ciekawy pomysł - jeżeli chodzi o systemy nowoczesnego zarządzania, o know-how w tym zakresie, o szukanie kontaktów międzynarodowych, o pozyskiwanie źródeł finansowania itd. - tego niewątpliwie warto się uczyć. Skala tego przedsięwzięcia jest, póki co, bardzo mała i niewiele wskazuje na to, by miała być większa, niemniej jest to interesujący projekt i warto nad nim pracować.
Jak dotychczas tylko jeden projekt z całego pakietu offsetowego został zrealizowany, tj. uruchomienie produkcji samochodu Opla Astra 2 w Gliwicach. Tyle że został on sztucznie dołączony do offsetu, bo Astra 2 i tak miała być tam produkowana, zastępując dotychczasową Astrę 1. Niemcy uruchomili przecież produkcję Astry 3. Gdybyśmy to my uzyskali udział w produkcji Astry 3, to rzeczywiście byłoby coś istotnego. Astra 2 sprzedawana będzie natomiast głównie na polskim rynku.

Zmarnowana czeska lekcja

Jeśli chodzi o nauki płynące z polskiego offsetu, to warto odwołać się do czeskiego przykładu. Tego wszystkiego mogliśmy się już wcześniej nauczyć, analizując podobną rozgrywkę, jaką Amerykanie przeprowadzili z Czechami. Amerykanie weszli tam do produkcji samolotu L-159, na co Czesi udzielili im gwarancji kredytowej o wartości miliarda dolarów. Miało to pomóc Amerykanom - po pierwsze - w opracowaniu samolotu, który by spełniał wszystkie wymagania współczesnego rynku, po drugie - w znalezieniu klientów. Z chwilą, kiedy Amerykanie wykorzystali te pieniądze i zrobili jeden z droższych samolotów świata, a przecież samoloty z naszego regionu - czeskie, polskie, ukraińskie, itd. - były zawsze tanie i tym skutecznie konkurowaliśmy, postanowili że… wycofują się z tego projektu. Samolot ten kosztuje kilkanaście milionów dolarów, tj. tyle co Hawk, czyli bezsprzecznie najlepszy i bezkonkurencyjny samolot w tej klasie. Amerykanie wyprodukowali kilkadziesiąt maszyn. Część z nich - zgodnie z umową - odebrali Czesi. Reszty jednak nie chcą, bo mieli je kupić klienci zagraniczni. W związku z tym zakład został z długami na poziomie pół miliarda euro. W sumie Czesi zainwestowali w cały projekt co najmniej półtora miliarda dolarów i mają produkt, z którym nie bardzo wiadomo, co zrobić, i wytwórnię, podobną do polskich PZL w Mielcu, w kompletnej rozsypce. Z pewnością częściowo wykorzystają nabyte samoloty w swoim lotnictwie wojskowym, aczkolwiek nie spełniają one wielu ich wymagań (np. kiedy strzela się z działek pokładowych, gasną silniki). Tym samym Czesi zostali zostawieni samym sobie. Aero Vodochody, dobrze wcześniej zarządzane i nieźle funkcjonujące, które wyprodukowało tysiące samolotów szkolno-treningowych dla państw byłego Układu Warszawskiego, dziś praktycznie rzecz biorąc jest bankrutem.
Wracając do naszego offsetu, chciałbym podnieść jeszcze inną sprawę, moim zdaniem kardynalną. Cały proces przetargowy został przeprowadzony według prawa amerykańskiego, mimo że ewidentnie w polskich ustawach jest zastrzeżone, że wszystkie regulacje muszą być zgodne z prawem polskim i sformułowane w polskim języku. Jest tam np. punkt mówiący o karach w przypadku niewykonania offsetu w wysokości 100 procent wartości offsetu, lecz polscy negocjatorzy zgodzili się na to, by te ewentualne odszkodowania wyniosły nie więcej niż… 3 do 4 proc. wartości kontraktu. Ci sami ludzie, informując o tym opinię publiczną, regularnie kłamią, mówiąc, że wszystko jest zgodne z sejmową ustawą, która to ustawa wymaga, powtórzę, żeby te ew. odszkodowania były równe 100 procentom niewykonanego offsetu. Cała gra polega tutaj na sztuczce prawnej - zgodnie z nią zdefiniowano, że wykonany offset to nie jest ten, który jest faktycznie zrealizowany, np. w postaci dokonanego transferu technologii - nie; wystarczy, że zaczęły się rozmowy na ten temat i to już jest traktowane jako wykonany offset. To, że jest on wykonany nieprawidłowo i faktycznie sprowadził się do tego, że dwóch panów spotkało się przy stoliku, wypiło kawę i porozmawiali o offsecie, nie ma znaczenia. Nie jest ważne, że nic z tego nie mamy, ale ważne to, że już od tego nie płaci się kar w wysokości 100 procent, tylko 20-30 razy mniej.
To są rzeczy niebywałe. Traktuje się Rzeczpospolitą jak jakąś republikę bananową lub dziki kraj w Afryce. Nasi politycy i nasi negocjatorzy, sądzę, że niebezinteresownie, zgodzili się, co mówię z pełną odpowiedzialnością, i nadal zgadzają się na to wszystko. Mało tego - jeżeli jakiemuś urzędnikowi czy szefowi przedsiębiorstwa przyjdzie do głowy pomysł, by przeciwstawić się tym praktykom, i powie, że są tu jakieś oszustwa, to jest po prostu wymieniany. Proszę zwrócić uwagę na informacje medialne mówiące o rotacji ludzi zajmujących się tymi sprawami. Osobiście znam nazwiska ludzi, którzy zostali po prostu wyrzuceni - tak przecież było w przypadku WSK Rzeszów czy w PZL Mielec, gdzie wyrzucono prezesa tylko dlatego, że się nie zgadzał na warunki amerykańskie przy podpisywaniu umowy offsetowej, by wymienić tylko powszechnie znane przykłady. Powtarzam - to są rzeczy niebywałe, traktuje się nas jako państwo nawet nie trzeciego, ale jakiegoś czwartego świata.
Jak z tego wyjść? Uważam, że należałoby albo bardzo drastycznie renegocjować całą umowę offsetową, albo, jeśli Amerykanie nie będą tym zainteresowani, po prostu ją zerwać. Mało tego. Kontrakt, dzięki któremu polskie wojsko miało uzyskać nowoczesny sprzęt, zaczyna budzić coraz większe wątpliwości, gdyż okazuje się, że koszty z nim związane będą na pewno dużo większe niż te, które mieliśmy ponosić - po prostu koszty szkolenia pilotów są ogromne, a Amerykanie nie za bardzo zgadzają się na szukanie rozwiązań, które by te koszty obniżyły. Oni chcą to robić według własnych standardów, najlepiej w Stanach Zjednoczonych, a tam koszt szkolenia jednego pilota wynosi kilka milionów dolarów. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że na samolot F-16 musi być przeszkolonych 2-3 pilotów i pomnożymy to przez liczbę samolotów, to nagle okaże się, że mamy dodatkowo do zapłacenia setki, jeśli nie miliardy dolarów, i to tylko na szkolenie. A gdzie koszty treningów, które muszą przecież podtrzymywać te umiejętności, a które trzeba będzie wykonywać nie na F-16, bo to jest bardzo drogie, tylko na innych maszynach, których… nie mamy. Amerykanie oczywiście zakup takich samolotów mogą nam zaproponować. Kto jednak za nie zapłaci? Całość zakrawa na kpinę, ale to nie jest żart, tylko nasza ponura rzeczywistość.
Zamiast więc zrobić na offsecie doskonały interes, zamiast dać gospodarce tak bardzo potrzebny impuls, my nie tylko, że tego nie zrobiliśmy, ale coraz bardziej brniemy w dodatkowe, ogromne koszty związane z amerykańskim offsetem. Kredyt na zakup F-16 dostaliśmy np. dużo wyżej oprocentowany niż proponowali nam go Brytyjczycy ze Szwedami wraz ze swoimi Gripenami i tak zresztą tańszymi od F-16 o kilkanaście procent. Amerykanie, którzy przed wyborem samolotu robili oko do opinii publicznej, szeroko informując w mediach o tym, że udzielą nam kredytów o zerowym oprocentowaniu, w rzeczywistości oprocentowali go w wysokości 6-7 procent, czyli wyżej niż procent kredytu np. na zakup mieszkania w dolarach amerykańskich, jaki każdy z nas dostałby w banku.
Niezależnie od tego wszystkiego, zostaliśmy wystawieni, jako państwo, na potworny lobbing, zakulisowe manipulacje, co powoduje, że niszczone są nawet te szczątkowe struktury, które jakoś tam funkcjonują w państwie, a które usiłują zapanować nad bałaganem, rozpowszechnionym w naszej gospodarce, czy szerzej - w zarządzaniu państwem. Otóż te resztki są niszczone, skoro tylko próbują zapanować nad sytuacją wynikającą z tego samolotowego kontraktu. Takie są fakty.

Pojazd opancerzony "Patria"

Jest to bez wątpienia najlepszy nasz offsetowy zakup. "Patria" po prostu spełnia pewien podstawowy wymóg, który normalnie w świecie stawiany jest offsetowi. Indie czy Chiny, które kupują mnóstwo samolotów czy okrętów w Rosji, zawsze zdecydowanie żądają transferu technologii. Mało tego - żądają nawet przeniesienia produkcji i uruchomienia jej w swoich fabrykach. I to uzyskują. I to jest rzeczywiście offset. Z takiego rozwiązania wynika to, że - po pierwsze - już w czasie produkcji kupowanego wyrobu ma się nad nią kontrolę i zyski z tego, co się produkuje, a później - po drugie - w fazie eksploatacji ma się niezależność i możliwość modernizacji produktu, a tym samym szanse na niewydawanie kolejnych pieniędzy za granicą. My w przypadku F-16 będziemy do końca jego eksploatacji wydawać ogromne, niekontrolowane w żaden sposób pieniądze za granicą. Z niektórymi sprawami można się będzie zwrócić do Belgów, do Duńczyków, którzy coś tam przy F-16 robią, ale generalnie to amerykańskie przedsiębiorstwa będą zarabiać kwoty wielokrotnie większe od tych, które teraz płacimy, ponieważ eksploatacja samolotu w całym jego "życiu" osiąga poziom nakładów dwu-, a nawet trzykrotnie przekraczający koszt zakupu.
Przeniesienie zatem produkcji transportera do Polski, co ma miejsce w przypadku AMV "Patrii", nawet jeśli nie jest to całość, gdyż nie ma tam np. silnika zespołu napędowego, to jest olbrzymie osiągnięcie. Oznacza to po pierwsze - możliwość produkcji nawet na eksport (Finowie nie stawiają w tym względzie ograniczeń), po drugie - możliwość wykorzystania własnych specjalistów, własnych producentów części zamiennych, możliwość kolejnych modernizacji itd. AMV to niewątpliwie najnowocześniejszy produkt, jaki nam oferowano; jest on wprawdzie ciągle w fazie rozwojowej, pewne problemy oczywiście występują, ale myślę, że część z nich to raczej efekt walki lobbingowej toczonej między tymi, którzy wygrali i przegrali, niż fakty. Inny oferent zaproponował cenę dwukrotnie wyższą niż Finowie, a także wyrób, który był co najwyżej porównywalny z fińskim.
Jeżeli już mamy kupować, to kupujmy wyroby najnowocześniejsze. Modelowym rozwiązaniem takiego podejścia byłoby wejście w programy badawczo-rozwojowe. Nie kupujmy gotowych wyrobów, tylko wchodźmy w programy, które mają przyszłość. Polska od lat nie weszła w ogóle w żaden program badawczo-rozwojowy. Jest przecież zaplecze, są przedsiębiorstwa, wbrew pozorom jest u nas sporo technologii, którą inni chcieliby pozyskać. Mówimy np. o kupnie starych, ponadtrzydziestoletnich samolotów transportowych Hercules, które - znowu licząc cały "czas życia" - będą nas kosztować olbrzymie pieniądze, a nie dyskutujemy w ogóle o wejściu do programu badawczo-rozwojowego samolotu A-400 F, tj. dużo doskonalszego, dużo nowocześniejszego, o większym udźwigu, bijącego na głowę Herculesa. Mimo że to wejście miało nas kosztować na początku tylko kilkanaście milionów dolarów, tj. śmieszną sumę z punktu widzenia zysków, jakie polskie przedsiębiorstwa mogłyby w przyszłości osiągnąć. Zapomnieliśmy również, że moglibyśmy również kupować licencje.
Pocisk przeciwpancerny "Spike"
Na produkcję tego pocisku Polska po prostu mogła kupić licencję. Jeżeli mamy wyprodukować go w ilości kilku tysięcy, to na pewno by się to opłaciło. Nie kupować iluś tam sztuk i do nich żądać offsetu w dziwnej postaci - będą to przecież jakieś hotele budowane w Warszawie, które i tak byłyby budowane, bo taka inwestycja się budującym spłaci. Jeżeli w ramach tego offsetu uzyskaliśmy jedynie dostęp do niektórych technologii, i to do tych mniej istotnych, np. do silników, marszowych czy startowych, a nie mamy dostępu do kluczowych systemów dotyczących naprowadzania pocisku na cel, to właściwie można powiedzieć, że prawie nic nie zyskaliśmy. W każdym razie w stosunku do innych możliwości.
Kupienie licencji w branży zbrojeniowej jest oczywiście dość trudne, wszyscy chronią ten obszar, i dlatego właśnie wykorzystuje się offset. Ale wówczas mówi się partnerom: kupimy to i tamto, ale potrzebujemy tego i tamtego. A jeśli nie chcecie przeprowadzić tej transakcji, to jest inny klient, inny ewentualny offsetodawca, który nam sprzeda podobny produkt, albo i lepszy, a jednocześnie dokona transferu technologii, która jest nam potrzebna.
Warto w tym miejscu zauważyć różnice w polityce wymiany nowoczesnych technologii w USA i innych państwach. W przypadku Stanów Zjednoczonych mamy do czynienia z transferem tylko w jednym kierunku - transferem do Ameryki, i nie ma innej możliwości. Jest to nawet ustawowo zabezpieczone - Amerykanom nie wolno transferować za granicę wytworzonej u nich technologii. Muszą mieć specjalną zgodę Kongresu, która udzielana jest bardzo rzadko. Natomiast w programach europejskich, cokolwiek by o nich powiedzieć, np. to, że są realizowane na mniejszą skalę, transfer technologii jest jednak możliwy, a niekiedy te technologie są bardzo nowoczesne i bardzo ciekawe. Stany Zjednoczone zostały np. w tyle w produkcji śmigłowców, a de facto również w myśliwcach. W Europie jest przecież Eurofigther, jest Gripen, tzn. myśliwce nowej generacji, dużo nowocześniejsze od tych, które mają Amerykanie. Amerykanie nie mają systemów dowodzenia takich, jakie ma np. Szwecja czy niektóre państwa europejskie. Oni dopiero wzorują się na tych systemach dowodzenia i je do siebie transferują.
Kończąc trzeba zauważyć, iż w Trzeciej Rzeczypospolitej zostały zrobione w tego typu transakcjach tylko dwa dobre interesy. Co ciekawe, obydwa zostały zrobione z Francją - dotyczyły zakupu nowej generacji mobilnych radiostacji i systemu identyfikacji "swój-obcy". Kupiliśmy je z pełną technologią, z pełnym oprogramowaniem, z prawem do modernizacji, i od kilkunastu lat Radwar i Radmor wyroby te rozwijają. Oczywiście teraz należy pomyśleć, co z tym dalej, minęło w końcu kilkanaście lat, ale tak naprawdę to był nasz jedyny sukces.
Tymczasem obecne programy offsetowe, o których mówią politycy i media, to głównie propaganda, i to propaganda, która Polsce bardzo szkodzi. Ona mami nas opowiadaniami, że mamy jakieś zyski, jakieś korzyści, a w istocie jest wręcz przeciwnie - tracimy, gdyż blokuje się rozwój własnych przedsiębiorstw czy dostęp do innych bardziej interesujących europejskich układów i kontraktów. Np. Francuzi wraz ze swym Mirage zapraszali nas, w ramach offsetu do swych programów badawczo-rozwojowych. Będziemy - taka była ich oferta - wspólnie robić pociski rakietowe, okręty, nowe samoloty, budować bezpilotowce itd. Tymczasem propozycja ta nie została nawet rozpatrzona. Zostawiam to bez komentarza.

HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page


INTERNET CONSULTANT