Mapa (klikalna)

Polska - państwo bez strategii

Rozmowa z prof. Jadwigą Staniszkis, Instytut Nauk Politycznych PAN w Warszawie
Perspektywy rządu Marka Belki

Powołanie przez Sejm rządu M. Belki kończy długi okres zamieszania i niepewności w polskiej polityce. Mamy nowy - stary rząd SLD-UP, który nie ma stabilnej większości w pozbawionym społecznego poparcia Sejmie. Jak ten układ wpływać będzie na dalszy rozwój sytuacji politycznej w Polsce?

Obawiam się, że ten rząd będzie trwał do przyszłej jesieni. Socjaldemokracja RP nie znajdzie nagle większego poparcia i pozostanie w sytuacji, w jakiej w tej chwili jest. Październikowy termin ubiegania się przez rząd o powtórne wotum zaufania, co obiecano SDRP, został tak dobrany, by tak czy inaczej ten rząd był przy władzy, kiedy przedłużany będzie mandat D. Hübner w Komisji Europejskiej. Łączy się z tym z pewnością chęć stworzenia dla następnego pokolenia postkomunistów kanału "ssącego awansu", awansu niekoniecznie jednak dostępnego dla młodzieżówki śpiewającej międzynarodówkę na zebraniach tej partii.
Z rządu Belki płyną bardzo mieszane sygnały. Z jednej strony można dostrzec myśl strategiczną ministra skarbu - J. Sochy, w sprawie zmiany modelu prywatyzacji przez giełdę, tzn. dążenie do tego, by stworzyć szanse na ulokowanie oszczędności funduszy emerytalnych właśnie w giełdowe inwestycje. Bez tego nie będą miały jak wrócić do gospodarki. To jednak oznacza konieczność zmierzenia się z oligarchami, którzy żyją z pośrednictwa w strategicznych prywatyzacjach, oraz z politykami, którzy poprzez pójście na rękę temu czy innemu strategicznemu inwestorowi myślą, że uprawiają jakąś geopolitykę, choć w istocie przy okazji coś tam wygrywają osobiście. Z drugiej strony mamy zupełnie rozpaczliwą sytuację w służbie zdrowia. Kiedy w sytuacji kryzysu zaczęto oddolnie, lokalnie eksperymentować z pobieraniem od pacjentów odpłatności za pewne niezbędne usługi, co w rezultacie różnych przekształceń mogłoby w końcu doprowadzić do powstania jakiegoś nowego modelu, tak by maksymalnie wykorzystywać kwalifikacje personelu i dostępny, bardzo przecież drogi sprzęt, to minister zdrowia robi wszystko, by zatrzymać ten proces, co pokazuje brak jego zrozumienia dla skali i zakresu kryzysu w dziedzinie, za którą w rządzie odpowiada.
Są trzy wielkie zadania, które trzeba zrealizować. Po pierwsze trzeba dopasować administrację rządową do struktur niekończących się negocjacji z UE w ramach poszczególnych procedur polityk UE. Np. absolwenci Krajowej Szkoły Administracji, którzy dziś jako dyrektorzy różnych departamentów, prowadzą negocjacje z unijną administracją i stanowią "interface" naszego państwa, zwracają uwagę, że w poszczególnych dziedzinach pozostawieni są sami sobie. Nikt im nie określa warunków brzegowych, których się mają trzymać, nie mają żadnego zaplecza czy ośrodka strategicznego koordynującego ich działania. Nasze państwo wciąż jest zorganizowane na zasadzie resortowej. Nie jest przedłużeniem ciągów proceduralnych, co powinno mieć miejsce. To osamotnienie, jak sami twierdzą, przeraża ich - z jednej strony dysponują olbrzymią decyzyjną władzą, a z drugiej - narażeni są na nieustanne naciski administracji unijnej. Samotność naszych wyższych urzędników w zetknięciu z Unią wskazuje po raz kolejny na konieczność europeizacji naszej administracji, w sensie stworzenia struktury kompatybilnej ze strukturą urzędniczą Komisji Europejskiej. Inaczej ich sygnały nie będą miały gdzie trafić, a my nie będziemy mieli kanałów do ciągłego reprezentowania naszych interesów narodowych przez codzienne wpływanie na interpretacje procedur czy formowanie takiej wizji wspólnotowej polityki w danej dziedzinie, jaka nam odpowiada. Konieczna jest też likwidacja powiatów, nastawienia się na władzę zorganizowaną nie hierarchicznie, ale horyzontalnie, w tym - wspomniane wcześniej koordynowanie różnych płaszczyzn negocjacji, określanie zmieniających się warunków brzegowych, tak aby wyjść na swoje, tzn., aby relacja między utraconą autonomią w danej dziedzinie a uzyskaną w tej samej dziedzinie większą możliwością rozwiązywania realnych problemów była korzystna. By to osiągnąć, trzeba bardzo skomplikowanych przesunięć między poszczególnymi politykami, szybkich decyzji, elastyczności i pomysłowości instytucjonalnej.
Niestety, nikt tego nie robi, nie ma ośrodka strategicznego. Oczywiście rząd Belki nie jest zdolny do tego, ci ludzie myślą jedynie w kategoriach dnia wczorajszego, są bardzo słabi, widać to było przecież bardzo wyraźnie, kiedy premier Belka uginał się pod presją SDRP. Ten rząd nie przeprowadzi zatem ani głębokiej reformy państwa, ani reformy służby zdrowia, choć była okazja realizacji jakiegoś kontraktu w zakresie niewielkiej odpłatności za usługi medyczne i - w perspektywie - zmiana modelu przepływu pieniądza: bezpośrednio, jak na Zachodzie, ubezpieczyciel i placówka świadcząca usługę medyczną.
Wreszcie, po trzecie, jest kwestia tego pakietu reform, który kiedyś nazywało planem Hausnera. Przecież my już jesteśmy w trakcie procedury naprawczej finansów publicznych zalecanej przez Unię. Jeżeli nie dokona się niezbędnych cięć w tych wydatkach, staniemy naprawdę przed wielkim problemem. Możemy stracić część funduszy strukturalnych. Ekonomiści mówią też, że wzrost gospodarczy, którym się teraz szczycimy, to wzrost związany z jednorazowym impulsem wynikającym z naszego wejścia do Unii. Ten wzrost zaczyna wygasać, a już mamy podniesione stopy procentowe przez Radę Polityki Pieniężnej i już mamy inflację wynikającą z barier produkcyjnych. Ujawnia się też zależność importowa będąca pochodną tego, iż przy wzroście PKB przekraczającym 3,5 proc. musi rosnąć deficyt w handlu zagranicznym, gdyż znaczna jest zależność od importu kooperacyjnego itd.
Wszystkie te problemy ujawniają się z całą oczywistością, ale rząd nie ma na nie żadnej recepty. A zatem rząd premiera Belki oprócz jasnych punktów, jak minister rolnictwa Olejniczak czy minister skarbu Socha, o ile oczywiście wytrwa przy swojej koncepcji zmiany modelu prywatyzacji i będzie w stanie zetrzeć się z interesami tych zorganizowanych grup oligarchicznych, nie daje dużych podstaw do dobrych rokowań na przyszłość.

A mimo to Pani Profesor jest skłonna przypuszczać, że ten rząd przetrwa do jesieni przyszłego roku?

Tak, gdyż nie zawarto kontraktu, który był możliwy i zgodnie z którym rząd do końca bieżącego roku przygotowałby budżet i zszedłby ze sceny na zasadzie samorozwiązania Parlamentu. To było możliwe. Ale w momencie, kiedy SDRP osiągnęła zły wynik wyborczy w wyborach europejskich, przestano o tym mówić. W tym wszystkim dość dziwnie zachowywała się też Platforma Obywatelska. Wydaje się, jakby nie czuła się w pełni przygotowana do rządzenia krajem. Chwyta się pewnych tematów, podrzucanych z zewnątrz, co chwila nowych, jak obecnie sprawy ordynacji, proponując likwidację Senatu i wprowadzenie okręgów jednomandatowych.
Ja w zasadzie popierałam ordynację większościową i jednomandatowe okręgi wyborcze, ale w tej chwili mam mieszane uczucia. Ostatnio byłam na Białorusi, gdzie jest taka ordynacja, jeszcze od czasów komunistycznych. Wynikiem jej jest to, że tam w ogóle nie powstały partie polityczne. Widać zatem, jak dalece ta ordynacja uderza w partie polityczne, które u nas ciągle są przecież kanapowe. W systemie ordynacji większościowej, nawet jeśli ludzie mają jakąś tam lokalną legitymizację, przy osłabieniu partii mogą znaleźć się na łasce mediów, bo brak struktur partyjnych, które mogłyby agregować ich punkt widzenia. W naszych warunkach, przy takiej antypolityczności ludzi, przy powszechnie niechętnym stosunku do partii, przy znanej słabości tychże partii, a zarazem ich zakorzenieniu w mechanizmie wymiany kapitału politycznego na ekonomiczny i klientelistycznym charakterze, itp., z chwilą uporządkowania sprawy finansów, tj. po ograniczeniu atrakcyjności wymiany władzy na kapitał, te partie mogłyby po prostu zniknąć. Tak wielka depolityzacja, jaka jest na Białorusi, doprowadziła do tego, że mamy tam grupę ludzi, którzy nawet nie tworzą, jak jest w Rosji - partii władzy, gdzie administracja udaje podmiot społeczny i staje się podmiotem politycznym. Na Białorusi nie ma nic - jest tylko państwo i to jest jedyna zorganizowana siła, a politycy, nawet o opozycyjnych poglądach, żeby zaistnieć, muszą wieszać się na tym państwie, całkowicie się od niego uzależniając.
My nie jesteśmy, w sensie postaw społecznych, niechęci do polityki, słabości partii itd., wcale od tego tak daleko. Platforma Obywatelska, która rzuca hasła typu zmiana podatków, konstytucji, reformy finansów, wciąż nie wykłada swego programu na stół. Nie ma wizji europejskiej i wizji europeizacji państwa. Wydawało się, że wraz z przyjęciem Traktatu konstytucyjnego będzie okazja do przejścia do innego sposobu myślenia o reprezentowaniu interesu narodowego, tzn. nie reprezentować naród czy społeczeństwo przez inny podmiot, podmiot polityczny, ale reprezentować naród - społeczeństwo przez gry proceduralne, tak jak w tej chwili jest to możliwe i konieczne w Europie. Tymczasem PO ciągle trzyma się tego przepolityzowanego dyskursu.

Wybory prezydenckie

Jesień 2004 to początek długiego okresu wyborczego, którego finałem będą nie tylko wybory parlamentarne, ale i prezydenckie. Nie jest zresztą wykluczone, że odbędą się one w tym samym czasie. Jak dzisiaj postrzega Pani kwestie wyboru głowy państwa - na rok przed ustawowym terminem wyborów.


Są sugestie mówiące o tym, że premier Belka jest takim Putinem Kwaśniewskiego (Wł. Putin naprzód został mianowany premierem przez ówczesnego prezydenta Rosji Jelcyna, a następnie jego następcą - red.). Putin, cokolwiek by o nim powiedzieć, ma jednak wyraźną osobowość, poza tym do władzy wyniosły go bardzo poważne grupy interesów; myślę tu między innymi o środowiskach uczestniczących w procesie KGB-izacji armii, m.in. gen. Manilow, które od połowy lat 90. miały swoją koncepcję ratowania państwa, którą Putin zrealizował: tj. superokręgi, złamanie władzy gubernatorów itd. Nie sądzę byśmy w Polsce mieli do czynienia z podobną sytuacją. Ja raczej widzę, że Belka realizuje coś, co jest moim zdaniem niebezpieczną strategią, mianowicie amerykanizację gospodarki, tj. wpuszczanie w pewne bardzo wrażliwe dziedziny gospodarki inwestorów, czy to amerykańskich, czy to wskazanych przez Amerykanów spoza NATO - np. firm izraelskich lub rosyjskich. Amerykanie, postępując tak, traktują Polskę tak, jak traktowali Włochy w końcu lat 70., tj. w momencie wprowadzania unii walutowej, tzn. robią wszystko, by mieć w Unii swojego człowieka, który będzie w jakimś sensie ich koniem trojańskim (wtedy chodziło o to, by Włosi kontrolowali uznaną za antyamerykańską francusko-niemiecką współpracę walutową). W tej chwili miejsce Włochów zajęła Polska; już obecnie w takich dziedzinach jak np. łączność inwestorzy zagraniczni twierdzą, że Polska łamie ustalenia w zakresie stopnia niekompatybilności technologicznej w różnych dziedzinach.
To oczywiście wiąże się także z korupcją, każdy bowiem, kto podejmuje strategiczne decyzje, wciąga jakąś firmę, która zapłaci, ale także rodzi coś, co z angielskiego nazywa się security risk, a oznacza niemożność sprowadzenia do Polski najnowszych technologii, ponieważ w tych dziedzinach występuje między USA a UE bardzo poważne współzawodnictwo technologiczne, przy jednoczesnej, w wielu dziedzinach, współpracy. Jest w tym współzawodnictwie oczywista próba określenia minimum własnych technologii i liczby zaangażowanych w te prace firm. My to wszystko łamiemy, nie licząc się w ogóle ze skutkami takiego postępowania. Promotorem tych działań jest prezydent, a realizuje je, lub będzie realizował, oczywiście premier.


By zakończyć wątek wyborów prezydenckich, zapytam o szanse dla ewentualnej kandydatury lidera SDRP Marka Borowskiego?


Nie bardzo w nie wierzę. Widać, że nie jest on taki cool, jak mogłoby się wydawać. Bezsprzecznie jest politykiem inteligentnym, ale widać jak "czepia się władzy". Widać przecież jak dalece zepsuł to, co mógł robić rząd Belki. Myślę, że prezydent Kwaśniewski chciałby tutaj widzieć byłego ambasadora RP w Waszyngtonie Koźmińskiego, chciałby, ale z różnych względów boi się. Chciałby też Belkę, ale do tego czasu Belka zużyje się, ponadto jego kunktatorski sposób rządzenia, który się już rysuje, będzie łatwo krytykować. Przypuszczam raczej, iż kiedy nie zrealizują się nadzieje Kwaśniewskiego na jakąś zagraniczną karierę typu ONZ czy sport, wrócimy do kandydatury pani Kwaśniewskiej.

Irackie wyzwanie

Coraz częściej pojawiają się sygnały świadczące o pogarszających się stosunkach polsko-amerykańskich. Nasze wojska w Iraku oskarżane są przez stronę amerykańską albo o torturowanie więźniów irackich, albo o niszczenie zabytków tamtejszej kultury, lub, jak ostatnio - o dezinformacje dotyczące znalezionych głowic z bronią chemiczną. Jeśli dodamy do tego niewywiązywanie się koncernu Lockheed z warunków kontraktowego offsetu na zakup samolotu F-16, przegrany przetarg Bumaru na uzbrojenie irackiej armii, nie wspominając już o starym problemie wiz dla Polaków, było nie było już członków UE, wobec której nie stawia się już tych wymagań, to okazuje się, że dalecy jesteśmy od urzędowej sielanki. Jeśli natomiast administracja G. Busha przegra listopadowe wybory, to jej następczyni nie będzie miała wobec nas nawet tych wątłych zobowiązań towarzysko-moralnych. Czy warto było zatem, patrząc na stosunki z pewnej już perspektywy, narażać dla nich tak znaczne pogorszenie stosunków z kluczowymi państwami Unii Europejskiej - z Francją i Niemcami - i to w decydującym czasie negocjacji akcesyjnych i prac nad Traktatem Konstytucyjnym?

W Ameryce jest pluralistyczny system i pretensje pod naszym adresem kierowane są prawdopodobnie na różnych szczeblach władzy przez przeciwników Busha, a podział ten przebiega od góry do dołu i w Pentagonie, i w Departamencie Stanu. Trwa tam przecież bardzo ostra walka wewnętrzna, przy czym dotyczy ona nie tylko kwestii zaangażowania w Iraku czy bieżąco podejmowanych decyzji w polityce zagranicznej. Tam trwa walka o kierunek, w którym Stany Zjednoczone pójdą w przyszłości, tj. o model tego neoimperium czy nawet o wizję technologiczną neoimperium. Na co stawiać? - czy na imperium paliwowe, czy technologiczne? G-7, pamiętajmy, było przecież przeciwne zaangażowaniu się w Iraku, jako temu przedsięwzięciu, które zużywa kapitał na cele, które są już zbyt tradycyjne. Sądzę, że ci, którzy krytykują Polaków, to są ci, którzy u siebie w domu krytykują Busha, a Polacy z kolei starają się przesadnie podpierać Busha, być może także z uwagi na osobiste rachuby późniejszej gratyfikacji dla Kwaśniewskiego.
Od początku konfliktu moje poglądy w kwestii ataku na Irak były bliższe stanowiska europejskiego, tzn. uważałam, że nie wykorzystano wszelkich możliwości politycznych, że opinie najlepszych ekspertów amerykańskich, jak Powell, którzy ostrzegali, iż rachuby, iż Szyici poprą Amerykanów, grzeszą naiwnością, są zasadne, itd. Ponadto naruszenie całej tkanki międzynarodowych zasad funkcjonowania budziło mój niepokój. Z tych to racji uważałem, że lepiej byłoby, by Polska trzymała się takiego trybu wchodzenia w te konflikty, jakie stosowała Europa. Patrząc z punktu widzenia późniejszego rozwoju wydarzeń stanowisko to okazało się sensowniejsze.
Kiedy się czyta opublikowane już materiały z rozmów z Husajnem prowadzonych 10 lat temu, to widać, że właściwie można było tak samo załatwić z Husajnem problem Iraku jak Libii z Kadafim. Wszystko było już właściwie dogadane, m.in. budowa rurociągu z północy. W jakimś momencie jednak to pękło. Nie wiadomo, czy stanęła na przeszkodzie próba zamachu na Busha seniora, czy jakieś służby irackie nie chciały tej umowy, czy też Amerykanie z jakichś względów potrzebowali wojny. Tego nie wiemy. Kiedy poznaje się język tamtych rozmów, uderza, jak bardzo to wszystko było cyniczne, i to w czasie, kiedy używano broni chemicznej przeciwko Irańczykom i przeciwko Kurdom, w wyniku czego ginęły tysiące ludzi.
Cały ten konflikt jest wewnętrznie bardzo niszczący dla Ameryki, widać jak dalece ten kraj się zmienia, że będą jego dalekosiężne konsekwencje. Dla nas najbardziej drażniące jest to, że Polska weszła w ten problem nieświadoma tego wszystkiego, nie dostrzegając, jak duża jest różnica między Europą a Stanami Zjednoczonymi.

Czy można przewidywać jak długo jeszcze pozostaniemy w Iraku?


Konflikt stworzył podmioty, które nie istniały w czasach Husajna, w sensie polityzacji religii czy kultury i teraz jest niesłychanie trudno tego typu emocje zdemobilizować. Konflikt może się zatem jeszcze długo ciągnąć i będzie bardzo trudno określić moment zakończenia. Mimo przejęcia nominalnej władzy przez Irakijczyków mamy nasilenie, a nie wygasanie ataków. Kiedy zacznie się walka wyborcza, może nastąpić ich eskalacja. Trudno zatem nawet myśleć, że sytuacja tam poprawi się w ciągu kilku miesięcy.


Brak strategicznego myślenia

Premier Belka przyjął, jeszcze przed swoją sejmową inwestyturą, europejski Traktat Konstytucyjny odchodzący od postanowień Traktatu Nicejskiego, przy których mieliśmy obstawać, jak to głosiła opozycja, "aż do śmierci". Na podstawie różnych doniesień można wnioskować, że rząd polski, będący z jednej strony pod olbrzymią presją największych graczy, a z drugiej - pozbawiony jakiegokolwiek wsparcia mniejszych czy średnich państw, nie miał innego wyjścia niż przyjąć narzucane nam rozwiązania lub Traktatu nie podpisywać. Czy według Pani Profesor Polska popełniła błąd w długiej procedurze negocjacji z UE, a jeśli tak, to gdzie i jaki, czy też jako państwo średniej wielkości skazani byliśmy i jesteśmy na pewną samotność - nie mając siły, zdolności i możliwości grania w lidze państw największych, a zarazem nie stanowiąc żadnego punktu odniesienia czy ciążenia dla grupy państw mniejszych?


Bezpośrednio po przyjęciu tego rozwiązania ukazał się artykuł pana Sazańskiego1, tj. specjalisty teorii gier z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który pokazał, że inny kompromis, oczywiście też w ramach tego systemu, tzw. podwójnej większości, byłby dla nas zdecydowanie lepszy i byłby kompromisem, który by lokował wszystkie kraje mniej więcej w środku między sytuacją bardzo dobrą i sytuacją bardzo dobrą mierzoną w sposób, który określa, w jakiej ilości koalicji zwyciężających dany kraj musi uczestniczyć, aby ta koalicja zwyciężyła. Pokazuje on, że system 13 państw + 60 proc. populacji jest najbardziej korzystny dla Niemiec, podczas kiedy dla nas najbardziej korzystny byłby inny, tj. 14 państw + 65 proc. populacji, którego nie przyjęto. Przy takim rozwiązaniu nie byłaby to kwestia presji politycznej, ale korzystania lub nie z rad ekspertów. Najlepsi europejscy specjaliści od teorii gier napisali nawet list do Komisji Europejskiej, pokazując trzy sposoby oceniania sprawiedliwości danego rozwiązania i wskazując na system 14 + 65 jako na ten, który jest najbardziej sprawiedliwy, lecz nikt ich nie słuchał2. W rezultacie finalne przyjętego rozwiązania prawie we wszystkich zwycięskich koalicjach muszą być Niemcy. Tymczasem przejście do systemu 14 + 65 znacząco obniżyłoby ich pozycję.
Wniosek z tego taki, iż koncentrując się wyłącznie na targach w gronie polityków nie brano zupełnie pod uwagę argumentów zobiektywizowanych, które mogły pokazać wielowymiarowy charakter pozycji politycznej. W tym kompleksie spraw nie chodziło też o własną pozycję poszczególnych krajów, ale o to, by osłabiać tych, którzy mogliby cały układ zdominować. Nie było jednak takich dyskusji i nie korzystano z wniosków ekspertów, a po drugie nie szukano jakichś rekompensat w tym, co stanowi rzeczywisty mechanizm ciągłych negocjacji, czyli w sprawach proceduralnych, np. przez przyznanie w większej ilości polityk dłuższych okresów, czy też zaproponowanie warunków brzegowych, które by nam bardziej odpowiadały. Przecież dopiero w tych politykach, w ich interpretacji, zaczyna się różnicowanie poszczególnych krajów. Np. sprawa Eurostatu, która w tych dniach definitywnie się rozstrzygnie.
Tu widać nasz brak stosownego przygotowania do prowadzenia negocjacji z UE. Były one prowadzone w poszczególnych resortach bez strategicznego myślenia, a jednocześnie, co gorsze, w tych samych dziedzinach prowadzono równoległe negocjacje np. z OECD i z Unią Europejską i wprowadzano wykluczające się, sprzeczne rozwiązania. Tak było przez lata. W związku z tym powstała sytuacja czegoś bardzo niespójnego, a nie było ośrodka, który by to wszystko koordynował. UKIE był, ale ten urząd zajmował się robieniem jakichś bezsensownych, socjologicznych badań, a nie było ośrodka definiującego w tych trudnych warunkach negocjacyjnych, co jest naszym interesem narodowym i pilnującego we wszystkich wymiarach negocjacji istotnych dla nas warunków brzegowych. Tego nie było i dziś mamy efekt takiej polityki. Sytuacja ta doprowadziła do tego, iż uczepiono się radykalnych haseł - "Nicea albo śmierć"
Jan Maria Rokita nie ma umysłowości politycznej, jego umysłowość jest zbliżona do mojej umysłowości. Kiedy jest problem, ja staram się komplikować opis tego problemu po to, aby zbliżyć się - moim zdaniem - do jego istoty. Polityk natomiast powinien robić inaczej - polityk powinien umieć upraszczać, wybierać najważniejsze zmienne. Rokita natomiast, tak jak ja robię, komplikuje sprawę, a następnie radykalnie ją upraszcza hasłem typu "Nicea albo śmierć", po to żeby problem ponownie spolityzować. Tego typu umysły nie nadają się zbytnio do polityki, gdyż wpadają w pułapkę tego nadmiernego uproszczenia, które z kolei wynika z histerycznej potrzeby skomunikowania się ze społeczeństwem, którego de facto się nie rozumie. Polityk cechuje się także, oprócz umiejętności upraszczania, instynktem - on po prostu instynktem rozumie społeczne oczekiwania, który to instynkt niekoniecznie posiada intelektualista.


Dziękując Pani Profesor za rozmowę, zapytam o szanse przyjęcia Traktatu konstytucyjnego w referendum, które odbędzie się u nas w ciągu najbliższych dwóch lat.


Wszystko zależy od tego, jak przebiegną te dwa lata z punktu widzenia poszczególnych grup społecznych. Na razie widać, że np. w sprawie zamówień publicznych jakoś lądujemy. Inna grupa - rolnicy weszła, wszystko na to wskazuje, bardzo ładnie; tu udało się. Jestem tym zbudowana. Czyli widać, że jednak można coś u nas zrobić - to jest fantastyczne! I sądzę, że to ostatecznie w referendum zdecyduje. Bo odrzucenie Traktatu doprowadzi nas do marginalizacji w Unii. Nie sądzę zresztą, by ludzie tak dalece kierowali się argumentacją polityków. Decydować raczej będzie ich stosunek do Unii na poziomie ekonomicznym i społecznym.


Rozmawiał Ryszard Bobrowski


1 T. Sazański, Kompromis za jaką cenę, "Dziennik Polski", 22.06.2004.
2 Dokumenty, s. 40.


HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page


INTERNET CONSULTANT