Mapa (klikalna)

Francuska scena polityczna i stosunki z Polską na progu 2005 roku

Rozmowa z Markiem Rapackim, korespondentem "Gazety Wyborczej" w Paryżu w latach 1995-2001

Rozbudowane przywileje socjalne

- Dlaczego Francuzi tak bardzo bronią, tak we Francji, jak i w UE, praw socjalnych, np. prawa do 35-godzinnego dnia pracy, mimo iż gospodarka francuska pozostaje daleko w tyle za przodującymi w Europie gospodarkami, np. brytyjską, nie mówiąc o amerykańskiej.

- Dlatego, że francuski "świat pracy" wywalczył sobie ogromne przywileje, których broni ze wszystkich sił, łącznie z groźbą rewolty. Każda reforma natrafia na sprzeciw, a jeśli przechodzi, to z niesłychanym bólem, by przypomnieć najgłośniejszą dotąd reformę rządu Jean Pierre Raffarina, tj. reformę emerytur. We Francji jest olbrzymi sektor publiczny i ogromne pozostałości jakobińskiego centralizmu. Kiedy więc "funkcjonariusze" są niezadowoleni, to ich niezadowolenie kieruje się bezpośrednio przeciwko państwu. Tradycyjnie mieli wcześniejsze i wyższe emerytury niż ich koledzy z sektora prywatnego, a zatrudnienie zagwarantowane właściwie do końca życia. Kwestionowanie tych i innych przywilejów, wbrew frazeologii klasowej i lewicowej, napotyka daleko posunięty egoizm korporacyjny. Dał on o sobie znać w sposób szczególnie niebezpieczny dla kraju późną jesienią 1995 roku, kiedy rząd Alaina Juppé próbował zabrać się za reformę systemu ubezpieczeń. Cały kraj okazał się wówczas być solidarny z kolejarzami, którzy przewodzili protestom - w rezultacie sprawa reformy zdrowotnej, gdzie dopłaty państwa są ogromne, weszła w życie dopiero 1 stycznia.
Liberalny rząd premiera Raffarina, chcąc zagwarantować odpowiednie finansowanie dramatycznie zadłużonej publicznej służby zdrowia, musiał iść na ustępstwa wobec związków zawodowych. Próbuje też ograniczyć zasięg i skutki ograniczenia przez rządzącą do 2002 "pluralistyczną lewicę" ustawowego tygodnia pracy do 35 godzin. W wyniku tego dobrodziejstwa Francuzi stali się najkrócej pracującym w skali rocznej społeczeństwem UE. Co oczywiście musi się odbijać na konkurencyjności ich gospodarki. Obecny rząd, mimo że ma przytłaczającą większość w parlamencie, nie jest w stanie odwołać tego dobrodziejstwa, lecz robi bardzo dużo, żeby umożliwić odstępstwa od reguły 35 godzin opłacalne zarówno dla pracowników, jak dla pracodawców. Szczególnie istotne jest to dla drobnych przedsiębiorców, u których koszty znacznie wzrosły, gdy musieli tworzyć nowe etaty dla wykonania dotychczasowej pracy. Tak jednak czy inaczej - również za sprawą długich urlopów i częstych świąt - chociaż wydajność robotnika we Francji na godzinę pracy jest o 5 proc. większa niż w Stanach Zjednoczonych, to jednak w skali roku produkuje on aż o 13 procent mniej. Mówi o tym i o wielu innych słabościach francuskiej gospodarki raport przygotowany przez byłego szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Michela Camdessusa na zamówienie ministra gospodarki - teraz już eksministra - Nicolasa Sarkozy'ego.

- Jak duże są szanse, by konkluzje Raportu, proponującego przede wszystkim ograniczenie rozbudowanych przywilejów i redukcję wydatków publicznych, zostały wprowadzone w życie?

- Rząd Raffarina idzie w tym kierunku. Jednym z jego celów, kapitalnej wagi, jest decentralizacja. Z jednej strony chodzi w niej o to, by uwolnić państwo od odpowiedzialności za te liczne decyzje, które z powodzeniem mogą być podejmowane na niższych szczeblach - przez samorządy i administrację lokalną - a których podejmowanie przez centrum zwraca przeciw niemu pretensje rządzonych. Z drugiej - przez przeniesienie decyzji na poziom społeczności lokalnych decentralizacja może te decyzje perfekcjonizować, niuansować i angażować obywateli w ich podejmowanie. To są rzeczy klasyczne, ale we Francji decentralizacja idzie bardzo opornie, ponieważ jest sprzeczna z duchem tradycji nie tylko jakobińskiej, ale jeszcze starszej, bo sięgającej czasów scentralizowanej monarchii. Trudno jest ruszać takie skamieliny.

- Tezy raportu Camdessusa stały się niemal manifestem politycznym Sarkozy'ego, dziś szefa prezydenckiej partii UMP i nieoficjalnego pretendenta do schedy po Jacques'ie Chiracu. Czy utożsamianie się z takimi poglądami nie ograniczy jego szans wyborczych?

- Sarkozy musi i umie postępować bardzo elastycznie. Nawet przez ludzi lewicy jest postrzegany jako polityk inny niż inni, oryginalny, który wciąż czymś nowym zaskakuje, i który stwarza nadzieję na to, że po tej, nieznośnej dla wielu, obecnej prezydenturze, zacznie się dziać coś nowego. Wybitna dziennikarka i administratorka związana z dziennikiem "Le Monde" - sprzyjającym Partii Socjalistycznej - mówiła mi niedawno, że tego rodzaju nadziei nie stwarza żaden z potencjalnych kandydatów lewicy do prezydentury: ani generalny sekretarz PS François Hollande, który uzyskując aprobatę rzesz członkowskich dla Konstytucji europejskiej zatriumfował w grudniu nad swym głównym rywalem, Laurentem Fabiusem, ani kolejny pretendent Dominique Strauss-Kahn, świetny skądinąd minister gospodarki w końcu lat 90. Sarkozy, chociaż jest z pochodzenia Węgrem - a może właśnie to się przyczynia do jego oryginalności - ma spore poparcie społeczne, ale opór przeciw reformom jest tak duży, że nawet on, przy całym swoim uroku, może swoje młode, jak na polityka, i drapieżne zęby, na nim połamać. Raport Camdessusa mówi w moim pojęciu o sprawach oczywistych, on nie zawiera rewelacji; niemniej jest wygodnym narzędziem - niepodważalnym w swej miarodajności dowodem, na który można się powoływać, tłumacząc ludziom konieczność niepopularnych posunięć.

- Czy zdoła wytłumaczyć?

- Na dwa i pół roku przed wyborami prezydenckimi prognozowałbym remis, ale jednak z łagodnym wskazaniem na socjalistę. Przypominam oporną naturę francuskiego społeczeństwa. W tak trudnych i skomplikowanych czasach, przy ciągle wysokim bezrobociu itp., nie bardzo mi się chce wierzyć, by nie zadziałała alternance, tzn. by władzy nie przejął przeciwny obóz polityczny. Lewica dysponuje kandydatami, o których tu już mówiłem, i każdy z nich jest politykiem wysokiej klasy. Daj nam Panie Boże takich liderów. Problemem jednak jest to, że ten model świetności czy wybitności w sumie okazał się być dość jałowy. Strauss-Kahn, który był genialnym ministrem finansów, miał przede wszystkim szczęście, gdyż trafił na okres wysokiej koniunktury, która trwała przez pierwsze dwa czy dwa i pół roku jego kadencji. W rezultacie wskaźniki wzrostu szły do góry, a bezrobocie malało. Ale to za jego ministrowania wprowadzono ów 35-godzinny tydzień pracy, czyli dano społeczeństwu nowe przywileje. W sektorze publicznym powstało wtedy 350 tys. nowych miejsc pracy, które stworzono na siłę, wymyślając często zupełnie nowe, często absurdalne profesje - takie jak specjalista od przeprowadzania dzieci przez ruchliwe ulice. I jedno, i drugie rozwiązanie było i jest dla sektora publicznego ogromnym obciążeniem. Minister błyszczał, pokazywał klasę, ale mimo to nie był w stanie - choć pewnie by chciał - przenieść góry złych narowów swojego obozu politycznego, a we Francji właśnie góry trzeba przenosić...

- ...Sarkozy przeniesie?

- Może tak, a może nie. Jestem tu raczej sceptykiem. We Francji mówi się, że prawica u władzy jest potrzebna po to, by oszczędzić i porządkować, lewica natomiast przychodzi do władzy, by wydawać. Moim zdaniem można odpowiedzialnie przewidywać na dystans roku czy półtora, tj. na okres, jaki pozostał do najbliższej kampanii wyborczej. To, co rząd Raffarina zdoła jeszcze zrobić, to się w miarę trwały sposób odłoży i zostanie. Reszta pozostaje zagadką. Powtarzam jednak, że Strauss-Kahn, podobnie zresztą jak Fabius, jest w gospodarce bliski neoliberalizmowi. Gdyby jeden z nich wygrał, to na pewno starałby się respektować konieczności związane z wielkim rynkiem europejskim, z globalizacją, z wyższością sektora prywatnego nad publicznym, jeśli Francja ma sprostać wymaganiom konkurencji międzynarodowej. Ale jako socjaliści zawsze będą mieli pole manewru ograniczone obowiązkiem lojalności wobec własnych wyborców.

Francja po rozszerzeniu UE

- Z naszego, polskiego punktu widzenia postać Sarkozy'ego jest ciekawa nie tyle z racji jego stosunku do Raportu Camdessusa, ile z powodu poglądów dotyczących rozszerzonej Unii Europejskiej. Nie tak dawno powiedział przecież, iż w jej polityce pierwszoplanowe role powinny odgrywać nie tylko Niemcy i Francja, ale również inne kraje, takie jak Włochy, Hiszpania czy Polska. Czy według Pana, zakładając zwycięstwo tego ambitnego polityka w wyborach prezydenckich 2007 roku - jeżeli nawet nie wcześniej - Francja istotnie mogłaby przewartościować swoje priorytety, w tym także bardziej liczyć się z interesami krajów Europy Środkowej? Czy Francuzi byliby w stanie przywiązać większą wagę do partnerstwa z nami, natomiast zmoderować swoje dotychczasowe przekonanie, że wybitne korzyści w swojej polityce wschodniej mogą uzyskać tylko w stosunkach z Rosją?

- Motor francusko-niemiecki jest dla Chiraca, ale również i dla francuskiej klasy politycznej, sprawą, którą traktują instrumentalnie. Powiem krótko: nie ma złej drogi do swej niebogi. Francja z jej niemożnością pogodzenia się ze statusem średniego mocarstwa, przy oczywistym chciejstwie, by nadal być na czele i przewodzić światu, by być traktowaną na równi z takimi potęgami jak Rosja czy Chiny, składa na ołtarzu swojej megalomanii, co tu dużo mówić, oczywiste wartości. W tym swoim dążeniu Paryż próbuje wszystkiego, co się da i nie da - te Chirakowskie umizgi do Rosji i jej Putina, do Chin wykonujących co roku 10 tysięcy wyroków śmierci, te próby budowania z Niemcami i Rosją koalicji, która zrównoważyłaby potęgę Stanów Zjednoczonych - to wszystko nie natrafia, w dodatku, na opór ze strony społeczeństwa. W świecie intelektu francuskiego nie brak ludzi trzeźwych, pamiętających o niezbywalnych wartościach, ale w sondażach opinii publicznej prezydent jest najwyżej oceniany właśnie jako lider polityki zagranicznej.
Oczywiście, w takiej czy innej kwestii szczegółowej socjaliści będą mu się pryncypialnie sprzeciwiać, ale głównie po to, by akcentować swój wszechstronny krytycyzm wobec niego. W kategoriach makro nie widać zasadniczych różnic między polityką zagraniczną Chiraca a pozycjami umiarkowanej lewicy. Premier Jospin akcentował np. konieczność rozwijania Europy socjalnej, czego Chirac nie mówi, ale francuska tradycja państwa opiekuńczego jest na tyle silna, że nawet prawicowy prezydent w jakimś stopniu podziela tę opcję. W przeciwieństwie więc do tego, co się stało w Hiszpanii, gdzie po zwycięstwie Zapatero i jego postmodernistycznej ekipy nastąpił zwrot o blisko 180 stopni, nie tylko zresztą w polityce zagranicznej - francuska aktywność międzynarodowa ma trwałe podstawy, stanowi pewnego rodzaju constans i tak wewnętrznie solidarna wobec zagranicy Francja szuka w rozszerzonej Unii takich rozwiązań, które pozwoliłyby jej nadal rozdawać karty. Czy istnieje wariant, w którym chciałaby to robić z naszym udziałem? Wydaje mi się, że jej tradycje i problemy wewnętrzne nie będą raczej sprzyjać tworzeniu wspólnej linii w UE z krajami o nastawieniu liberalnym, do których w jakiejś mierze należy Polska.

- Unia Europejska otworzyła się na wschód, teren tradycyjnych wpływów niemieckich, podczas kiedy Francja konsekwentnie zainteresowana jest basenem Morza Śródziemnego, zwłaszcza byłymi koloniami francuskimi w północnej Afryce...

- Tak, to prawda, ale moim zdaniem korzyści ekonomiczne z tego, co Francja ma w Maghrebie, są bardzo skromne w porównaniu z korzyściami Niemiec we współpracy z naszym, sąsiadującym z nimi regionem: z tym co na wschód od nich i co zawsze było dla nich terenem szczególnych zainteresowań.

- Ale to Francja, a nie Niemcy, jest największym inwestorem zagranicznym w Polsce...

- Zgadza się, ale lwia część tych inwestycji przypadła na France Telecom, firmę państwową, co jest kolejnym dowodem na etatystyczny charakter jej polityki, która jest o tyle o ile współczynnikiem gry wolnorynkowej, ale też w znacznym stopniu polityką scentralizowanego państwa. Jeżeli chodzi o eksport na rynki krajów Europy Środkowo-Wschodniej, to Niemcy mają w nim udział ponad 16-procentowy, podczas kiedy Francuzi nie dosięgają nawet 6 procent. Natomiast co do krajów Maghrebu, to największy z nich, Algieria ma naftę, ale ma jej nie za wiele, a to czym Algieria i jej sąsiedzi dysponują w nadmiarze - nie licząc ciepłych plaż - to siła robocza, którą najchętniej wyeksportowaliby do Francji, przed czym ona się broni. Cała dawna francuska Afryka, a Maghreb w szczególności, cieszy się priorytetem we francuskiej polityce przede wszystkim ze względów prestiżowych. Jak bowiem Francja może dzisiaj dowodzić swoich tytułów do roli światowego mocarstwa? Przede wszystkim przez obecność w swoich byłych posiadłościach, które mówią po francusku, których elity są wychowane w kulturze francuskiej, itd. Do "swojej" czarnej Afryki Francja jednak dopłaca, ostatnio krwawi na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a z Maghrebu ma naprawdę bardzo niewiele pożytku.

Czyja wina?

- Mimo zmian w Polsce od czasów pierwszej "Solidarności" politycy francuscy rzadko dawali Polsce argumenty dla przyjęcia profrancuskiej orientacji. Prezydent Mitterrand proponował nam konfederację europejską, a nie perspektywę miejsca w ówczesnej EWG, Jacques Delors ujmował to inaczej, lansując tzw. kręgi koncentryczne, a premier Eduard Balladur jeszcze w 1995 roku przekonywał nas do walorów OBWE. Francja, krótko mówiąc, przez długi czas okazywała obojętność, by nie powiedzieć "désintéressement" wobec ambicji europejskich. Naszych i całego naszego regionu. Czy nie sądzi Pan, że w jakiejś mierze przegapiła historyczny moment wyzwalania się Europy Środkowej spod podporządkowania polityce rosyjskiej i że dopiero od niedawna i stopniowo przewartościowuje swoją postawę?

- Myślę, że ta ewolucja była trochę powolna, ale zaczęła się dość wcześnie, a w każdym razie nie brakowało pomyślnych dla nas symptomów. Pracę w Paryżu zaczynałem na przełomie 1995/96 roku i stopniowo przekonywałem się, że Francuzi ostrożnie i bez jakichś widowiskowych posunięć, ale pogodzili się z perspektywą znacznego rozszerzenia Unii Europejskiej na Wschód. I że docenili Polskę jako partnera ważnego i o tyle jeszcze istotnego, że sąsiadującego z Niemcami, a wobec tego będącego naturalną strefą wpływów niemieckich. Pojawił się motyw swoistej konkurencji o nasze względy, o to, by nie "odpuszczać" całkowicie Polski niemieckim przyjaciołom, ale uzyskać w stosunkach z nią możliwie największe korzyści gospodarcze i atuty w grze o przyszły kształt Europy. W tej m.in. grze miał być użyteczny Trójkąt Weimarski, który do tej pory nie dał wiele nam ani partnerom, ale może do czegoś jeszcze się przyda.
Co do stosunków dwustronnych, jestem zdania, że były wówczas, w drugiej połowie lat 90. lepsze, niż to się na ogół u nas uważało. Byłbym przeciwnikiem niedostrzegania pewnych francuskich gestów dobrej woli wobec nas w czasie kadencji ambasadora Stefana Mellera w Paryżu i także przedtem. Francuzi inicjowali takie sprawy jak bezpośrednia współpraca Ministerstw Sprawiedliwości czy Ministerstw Zdrowia mająca dopomóc Polakom w przygotowaniach do członkostwa w UE. Trudno też zapomnieć o wybitnym francuskim wysiłku, datującym się jeszcze od czasów Mitterranda, w sferze współpracy z polskim samorządem terytorialnym: już w pierwszym okresie po przełomie w Polsce Francuzi zaprosili 500 wójtów i burmistrzów polskich na szkolenie w arkanach zarządzania w warunkach demokratycznej samorządności. Przez wiele lat działała Fundacja France-Pologne finansowana z budżetu francuskiego. Było i nadal jest wiele inicjatyw i przedsięwzięć oddolnych - podejmowanych na szczeblu samorządów lokalnych i przez organizacje pozarządowe, nie mówiąc o organizacjach biznesu; rozwijają się współprace między regionami, kooperują miasta bliźniacze. Wszystko to nie miało prostego przełożenia na międzypaństwowe stosunki polityczne, ale jest wspierane przez oba rządy i tworzy dobry klimat dla tych stosunków.

- Francja przez długi czas przeciwstawiała się ustaleniu terminu przyjęcia nas do Unii...

- Uczestnicząc wtedy w różnych spotkaniach, uważałem, że oni naprawdę nie są w stanie tego zrobić, póki negocjacje są mało zaawansowane, póki jest tyle niewiadomych i niejasności. Francuzi nie chcieli mówić hop, zanim nie będziemy gotowi w takich sprawach jak dostosowanie prawa, ochrona granic, przestrzeganie norm w produkcji i norm ekologicznych. Uważam też, że przesadzaliśmy in minus w ocenie francuskiego stanowiska wobec Polski na konferencji międzyrządowej w Nicei. Mówienie zatem o tamtym okresie jako okresie zmarnowanych szans, to jest pewna przesada. Z obu stron były bowiem i przewinienia, i dobre rzeczy. O przełomie negatywnym możemy mówić dopiero po 11 września.

- Polska opinia publiczna szczególnie zapamiętała ów niezbyt wobec nas przyjazny, nazwijmy to tak, gest prezydenta Francji, który odbił się szerokim echem, nie tylko zresztą w Polsce.

- Trudno komentować arogancję Chiraca po raz n-ty, ta sprawa jest już zamknięta. Nie należy jednak zapominać o kontekście tzw. listu ośmiu i naszym zaangażowaniu w Iraku, tzn. o uwarunkowaniach francuskich oporów wobec nas. Powiedzenie o Polsce jako amerykańskim koniu trojańskim w Europie - użyte ostatnio przez niemądrego Hiszpana, jest przecież pochodzenia francuskiego i ma swoje źródło w przeczuleniach Paryża wobec Waszyngtonu i w mocarstwowych ambicjach Francji. Ale i nasza polityka może sobie mieć to i owo do wyrzucenia...

Polski słoń i francuska porcelana

- Pewnie tak, ale trudno odmówić Polsce prawa do starań, po upadku komunizmu i wielu latach transformacji ustrojowej, o określenie swojego miejsce w nowej Europie. Trudno bowiem oczekiwać od nas, byśmy pozostawali bezwolni i bierni wobec europejskiej "centrali", jakakolwiek ona by była, na wzór epoki komunistycznej. Nawet jeśli te działania są prowadzone po części na wyrost, a po części "tatonnant" (po omacku), to były one i są "rozpoznawaniem bojem" realnej sytuacji Rzeczypospolitej na kontynencie, które to kroki nie znajdują żadnego zrozumienia ze strony francuskiej.

- Naturalnie ma Pan rację, jeżeli ma Pan na myśli zwłaszcza całe zamieszanie wokół konstytucji europejskiej i naszego statusu w Unii, naszych w niej uprawnień, wpływu na kierunek jej rozwoju. Ale ja mam na myśli różne, powiedzmy, niezręczności, które z pewnością nie przyczyniły się do lepszego zrozumienia na osi Warszawa-Paryż. Żeby wspomnieć np. przetarg na zakup samolotu wielozadaniowego. W kwietniu 2000 r. zostałem zaproszony, razem z Ludwikiem Lewinem, na dwugodzinną rozmowę przez Serge'a Dassaulta, czyli producenta samolotu "Mirrage", który to samolot wraz z F-16 i "Grippenem" startował w przetargu. Ten jowialny pan, którego mama, a zarazem żona wielkiego konstruktora i przemysłowca Marcela Dassaulta, była zresztą prawie naszą rodaczką - córką wileńskiego krawca - nie liczył na to, że sprzeda nam swoje "Mirrage". On liczył na sprzedaż Falconów, tj. samolotów dla VIP-ów, czyli na kontrakt o kilkakrotnie mniejszej wartości, do czego także jednak nie doszło. Gdybyśmy zamiast "Mirrage'y" kupili "Grippeny", to Francuzów by to z pewnością nie ucieszyło, ale pogodziliby się z tym stosunkowo łatwo. Natomiast my, kupując amerykańskie F-16, jednoznacznie określiliśmy nasze preferencje polityczne. To ich najbardziej rozdrażniło.

- Gdzie zatem widziałby Pan w tej nowej, poszerzonej UE największe pole czy pola do dobrej współpracy polsko-francuskiej?

- Trzeba koniecznie zauważyć, że pojawiły się pierwsze po paru latach jaskółki poprawy w tych stosunkach. Po spotkaniu pana Kwaśniewskiego z panem Chirakiem, w Paryżu, na początku października, nieufnie przyjmowałem medialne wykrzykniki, że oto następują retrouvailles (czyli odnalezienie się) francusko-polskie. Ale już wizyta premiera Belki u premiera Raffarina, 22 listopada, przyniosła krzepiącą obietnicę, że Francja może przyspieszyć planowany dotąd termin otwarcia przed Polakami swojego rynku pracy. A poza tym zapowiedziano regularne, doroczne spotkania przywódców obu państw z ministerialnymi świtami - takie, jakie Francuzi odbywają dotąd tylko ze swoimi największymi partnerami w UE: Niemcami, Anglikami, Włochami, do których ostatnio dołączyli ekipę swego nowego entuzjasty Jose Luisa Rodrigueza Zapatero.
Jak to się będzie rozwijać? Trudno wróżyć z fusów. Na pewno jednak nasza obecna polityka wobec Francji jest nieco znerwicowana i dałoby się osiągnąć więcej. Bez kwestii mocnym punktem w tej polityce jest ambasador Tombiński w Paryżu, ale w naszych czasach możliwości ambasadora są w oczywisty sposób ograniczone. Podobnie ma się rzecz z kierownictwem Departamentu Europy w MSZ. Brakuje chyba szerszego zaplecza koncepcyjnego; wyobrażałbym sobie jakiś trust mózgów złożony z ludzi gruntownie obytych z Francją i jej szczególnościami - takich ludzi, jakich przed wojną było pod dostatkiem. Teraźniejsze "trudności kadrowe" na tym polu mają bez wątpienia związek z ogólnym, w skali przecież nie tylko polskiej, odpływem zainteresowania kulturą i cywilizacją francuską, pogłębionym w ostatnich latach przez rozczarowania do działalności jej politycznych reprezentantów. Możemy oczywiście mieć różne słuszne pretensje do Francuzów, zgoda, ale popracujmy nad tym, by prowadzić politykę wobec nich w sposób optymalny - tj. opartą na gruntownej znajomości problemów, wyczuciu ich specyfiki, wysiłku, by uchwycić irracjonalne nieraz opory, zrozumieć źródła nieufności czy wątpliwości. Psychologia polityki francuskiej to trudny przypadek i powinniśmy włożyć więcej wysiłku, by ją pojąć. Nasz nadwiślański słoń - ten od sprawy polskiej - nie bardzo potrafi się poruszać w starym sklepie francuskiej, sewrskiej porcelany.

- Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Ryszard Bobrowski


HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page


INTERNET CONSULTANT