Mapa (klikalna)

Inne wnioski z wygranej w Brukseli

dr Ryszard Bobrowski

"Rzeczpospolita" z 21 grudnia zamieściła artykuł Zdzisława Najdera zawierający konkluzje i sugestie dotyczące polskiej polityki zagranicznej po szczycie EU w Brukseli. Obok słusznych uwag dotyczącym np. roli polityki W. Brytanii w procesie integracji europejskiej Z. Najder formułuje jednak wnioski, które mogą budzić wątpliwości, lub które wręcz trzeba uznać za błędne. Ograniczam się tylko do spraw najważniejszych.

Yes, yes, yes

"Ta wojna [w Iraku - R. B.] - pisze autor - oparta była na fałszywym rozpoznaniu wywiadowczym […] Sam Blair chciałby o tej całej sprawie zapomnieć. Jest to raczej sprawa wstydliwa. Zwłaszcza, dodajmy, dla Polaków."

Polska nie była ani inspiratorem, ani inicjatorem wojny w Iraku, jednak udział w samej wojnie, jak i późniejsze sprawowanie dowództwa nad jedną ze stref stabilizacyjnych nie jest powodem do wstydu czy do bicia się w piersi. Nasza odpowiedzialność za udział w tych wydarzeniach jest oczywiście inna niż odpowiedzialność USA, czy nawet Wielkiej Brytanii. W konsekwencji Polska per saldo nie traci, ale odwrotnie, zyskuje na konflikcie irackim, zyskując przede wszystkim w płaszczyźnie doświadczeń o charakterze militarno-logistycznych, ale również poprzez wzmocnienie pozycji naszego kraju na arenie międzynarodowej, także w UE. To wzmocnienie jest na pewno większe, niż inne, które ewentualnie miałoby miejsce w przypadku realizacji znanej sugestii prezydenta Francji kierowanej pod naszym adresem, tj. "siedzenia cicho". Polska nie ma zbyt wielu okazji by zdobywać tak bardzo jej dziś potrzebną "nadwagę polityczną" na arenie międzynarodowej, a wojna w Iraku taką możliwość przed nami otworzyła i dobrze się stało, że polskie władze ją wykorzystały. Można powiedzieć, z zachowaniem wszelkich odrębności i proporcji, że w kwestii interwencji irackiej mieliśmy do czynienia z sytuacją podobną do tej, jaka zaistniała w 1914 roku - tzn. to nie nasi politycy doprowadzili wówczas do wydarzeń, które wywołały I wojnę światową i to nie ich rachuby oparte były na błędnych kalkulacjach czy fałszywym rozpoznaniu rzeczywistości, ale to Polska wyszła z tej wojny zwycięsko odzyskując podmiotowość w polityce europejskiej.

"Trzeba sobie nareszcie powiedzieć - przekonuje dalej Z. Najder - że strach przed rzekomą utratą w ramach Unii naszej tożsamości narodowej jest urojeniem; struktury unijne pomagają tę tożsamość zachować (już dziś dostajemy setki milionów euro rocznie na naszą kulturę)."

Tożsamość narodowa to nie tylko kwestia zachowania kultury czy rodzimej tradycji. To także, a właściwie przede wszystkim, sprawa zdolności rządzących do rozumienia i obrony narodowych interesów, których zagrożenie może prowadzić do podważenia podstawowych interesów państwa i narodu, lub wręcz do zakwestionowania istotnej części jego suwerennego bytu. A skoro tak, to "struktury unijne" w żaden sposób nie przyczyniły się do rozwiania czy choćby zmniejszenia w pełni uzasadnionych obaw, nie tylko zresztą polskich, wynikających np. z rozpoczętej już budowy gazociągu bałtyckiego łączącego Rosję z Niemcami, a poprzez "Gaz de France", także z Francją, a zatem z dwoma kluczowymi członkami UE. Zarówno Niemcy jak i Francja pozostały głuche na głośno wyrażane obawy Polski i innych krajów nadbałtyckich, przecież członków tej samej Unii, o ich podstawowe bezpieczeństwo energetyczne i ekologiczne. Nawet gorzej - kanclerz Schröder zbył je krótkim oświadczeniem mówiącym o prawie Niemiec do realizacji własnych interesów narodowych, prawie, dodajmy, realizowanym w tym przypadku, kosztem innych. Dopiero wstrzymanie przez Rosjan dostaw gazu Ukrainie, a przez to zmniejszenie dostaw tego surowca do krajów Unii, a nie polskie czy litewskie obawy, uświadomiło politykom zachodnim wagę kwestii energetycznej i potrzebę częściowej choćby korekty dotychczasowej polityki.

"Polska powinna śmiało - kontynuuje autor - starać się o wznowienie procesu instytucjonalnego porządkowania i wzmacnia Unii. Traktat konstytucyjny ratyfikowała dotychczas większość państw (14) posiadających większość (54 proc) ludności. Odrzuciły 2 z 13 procentami… Ale ważniejsze jest to, że są w traktacie zapisy, zwłaszcza dotyczące wspólnych wartości oraz wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, których wdrożenie - w jakiejś postaci - leży w naszym pilnym interesie"

Odrzucony przez dwa spośród sześciu, tj. 1/3 krajów założycielskich EWG, Traktat konstytucyjny UE pozostawia podstawowe decyzje w zakresie realizacji wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa decyzji Radzie Europejskiej, w której realny podział wpływów i władzy ma petryfikować zasadę dominacji starego centrum, z Francją i Niemcami, nad nowymi peryferiami Unii, tj. także nad Polską. Utrwalenie tego systemu nie leżało, nie leży i nie będzie leżało ani, co oczywiste, w interesie Polski, ale i całej Unii. EWG i jego system sprawowania władzy, gdzie o wszystkim de facto decydował tandem francusko-niemiecki, jest już tylko kartą historii, podobnie jak do historii przeszła niechlubna, pojałtańska rzeczywistość krajów Europy Środkowo-Wschodniej, zwasalizowanych i podległych centrali w Moskwie. UE 25, 27 lub więcej państw wymaga innego traktowania partnerów tej wspólnoty niż było to w EWG sześciu krajów założycielskich.

Niemcy, mimo iż zaakceptowały Traktat, gdzie - jak pisze Z. Najder - są "zapisy, zwłaszcza dotyczące wspólnych wartości oraz wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa" w praktyce postępują jednak dokładnie odwrotnie, o czym świadczy nie tylko podpisane, poza strukturami UE, porozumienie z Rosją o gazociągu bałtyckim, ale przede wszystkim ich długotrwałe zabiegi o uzyskanie stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, obok innych europejskich członków tego gremium, tj. Francji i Wielkiej Brytanii, nie zaś dążenie do utworzenia wspólnej reprezentacji UE na tym forum, co byłoby logiczną i przyszłościową realizacją tejże wspólnej polityki UE. Jeśli wspólna polityka zagraniczna polegać ma na tym, że obowiązywać będzie tylko najmniejszych, lub co gorsza, na tym, iż największe kraje Unii, np. Francja, mają uzyskać, dzięki postanowieniom Traktatu konstytucyjnego, możliwość osiągania tego, czego nie mogą zdobyć dziś, z racji swej słabości, w pojedynkę, to Traktat nie tylko nie przyczynia się do rozwoju Unii, ale cofa ją do epoki "koncertu mocarstw" Kongresu Wiedeńskiego, który utrwalił na całe stulecie dominacje jednych narodów nad innymi.

Jeśli natomiast dodatkowym argumentem na rzecz przyjęcia przez nas Traktatu konstytucyjnego ma być fakt, iż, jak pisze autor artykułu w "Rzeczpospolitej", stwarza on "możliwość tworzenia w ramach Unii grup pogłębionej współpracy regionalnej", to godzi się przypomnieć, że od dawna zainteresowani mają takie możliwość, czy to w ramach np. "Trójkąta Weimarskiego", czy "Grupy Wyszehradzkiej" i to bynajmniej nie Polska pełni tam funkcję pasywnego uczestnika kwestionującego sens istnienia tych organizacji..

"Myślę, wcale nie cynicznie - konkluduje autor - że Kijów i Mińsk są dla nas warte traktatu konstytucyjnego… Chodzi o to by Polska - dotychczas trzymająca się na marginesie unijnych poczynań albo im jawnie niechętna - opowiedziała się jednoznacznie, słowem i czynem, za zacieśnieniem integracji"

Nie ma i nigdy nie było żadnego automatycznego iunctium między ratyfikacją przez RP Traktatu konstytucyjnego w jego obecnej formie a zmianą przez polityków Francji, Niemiec czy Włoch i ich poparcia dla Putinowskiej polityki, która wszelkimi sposobami zmierza do zdławienia narodowych praw i ambicji społeczeństw Ukrainy i Białorusi czy dążeń niepodległościowych w Czeczenii. Tak zdecydowane dążenie przewodniczącego Konwentu przygotowującego Traktat konstytucyjny - Giscarda d'Esteing - do zmiany korzystnego dla nas systemu liczenia głosów w Radzie Europejskiej, zapisanego w Traktacie nicejskim świadczyć może raczej o czymś odwrotnym - o chęci zmniejszania szans Polski na kształtowanie tak ważnej dla nas polityki wschodniej UE w obawie o to, by ta polityka nie była narażona w przyszłości na otwarcie głoszony sprzeciw wobec polityki Rosji, tj. na krytykę Moskwy.

Zdzisław Najder ma absolutnie rację zachęcając nowe władze Polski do pracy nad zacieśnianiem integracji europejskiej, ale z wygranej przez premiera batalii budżetowej w Brukseli wyciąga zupełnie fałszywe wnioski - droga do tego celu prowadzi nie przez ratyfikację zmniejszającego na tym forum siłę głosu Polski i pełnego licznych niekonsekwencji Traktatu konstytucyjnego, ale przez jego rewizję, tzn. taką zmianę, która położy kres dominacji silniejszych nad słabszymi i utrwali mechanizm wyrównywania nierówności cywilizacyjnych w Europie spowodowany m. in. narzuceniem Europie Środkowo-Wschodniej, z udziałem Zachodu, porozumień jałtańskich. Tylko na tej drodze, tj. niwelowania podziałów, a nie ich petryfikacji, rozwoju solidarności i budowania wspólnej przestrzeni wzajemnego bezpieczeństwa oraz zaufania między narodami Unia Europejska ma szanse nadal być przyszłościowym projektem i atrakcyjnym wyzwaniem, nie tylko dla gabinetowych polityków i biurokratów z centrali w Brukseli, ale także, a właściwie przede wszystkim, dla zwykłych obywateli Europy.

Pochwała bierności

Największe niebezpieczeństwo zawarte w tekście Najdera, sugerującego przecież przyjęcie przez nasz kraj odrzuconego już przez społeczeństwa Francji i Holandii Traktatu konstytucyjnego, leży jednak gdzie indziej. Tekst autora wzywa bowiem do petryfikacji pożałowania godnej postawy polskich elit politycznych i intelektualnych, tj. do bierności, chowania głowy w piasek i dalszego milczenia w sprawach dotyczących funkcjonowania najważniejszych instytucji UE i jej podstawowych polityk.

Niżej podpisany w przeszłości wielokrotnie zwracał się z pytaniem do naszych polityków, w tym także do negocjatorów z UE, dlaczego Polska nie artykułuje swego stanowiska w istotnych kwestiach dotyczących polityki Wspólnot Europejskich. Bez względu na adresatów, którzy się w ciągu lat zmieniali, odpowiedź była w zasadzie taka sama - zajmowanie jasnego stanowiska w sprawach unijnych nie leży w naszym interesie. Polska negocjująca warunki swego stowarzyszenia, a potem finalnej akcesji do UE, nie ma żadnego powodu, by opowiadać się po stronie koncepcji forsowanych przez jakiegokolwiek jej członka, a zarazem stronę sporu w tej organizacji. Powinniśmy żyć dobrze ze wszystkimi, bo od poparcia przez nich naszej kandydatury zależy szczęśliwy koniec tych negocjacji. I uparcie milczeliśmy.

W konsekwencji takiej postawy np. negocjacje o Traktacie Stowarzyszeniowym z EWG zaczęliśmy bez jednoznacznego określenia, iż naszym podstawowym celem jest pełne członkostwo, a nie tylko stowarzyszenie się z nią, czego później nie dało się już zmienić i skończyło się tylko na takiej jednostronnej polskiej deklaracji; dalej - nasi reprezentanci w Konwencie przygotowującym Traktat konstytucyjny zostali całkowicie zaskoczeni przez finalną redakcję tego tekstu, mimo iż od początku mogli wpływać na kształt jego instytucjonalnych regulacji; wreszcie, cał- kiem ostatnio, przeszliśmy do porządku dziennego nad zgodą Komisji Europejskiej na przejęcie na naszym rynku Banku BPH przez Bank PKO S.A., tj. na wykreowanie największego w Polsce banku, ale z centralą (a zatem i ze strategicznymi decyzjami) poza granicami Polski. We wszystkich tych przypadkach, a są to tylko przykłady, nie musiało się tak stać, gdyby strona polska prowadziła aktywną, a nie pasywną politykę na scenie europejskiej.

Naleganie przez Zdzisława Najdera na ratyfikowanie przez Polskę przygotowanego de facto przez innych Traktatu konstytucyjnego w praktyce oznacza zgodę na kontynuowanie i utrwalanie tej bierności (o nas, bez nas), na co nie można się zgodzić. Euroentuzjazm nie może oznaczać europasywności. Dzisiaj Polska jest w komfortowej sytuacji, gdyż to nie ona odrzuciła Traktat, i to i nie na nią spadło odium euroentuzjastycznej krytyki. Jednakże ta klęska, jak chcą jedni, lub łaska niebios, jak mówią inni, nie powinna oznaczać u nas trwania w tej dotychczasowej euroimpotencji. Równie złudne jest bowiem liczenie na to, iż "jakoś" uda się wskrzesić dwukrotnie odrzucony traktat Giscardowski, jak i nadzieja na to, że korzystny dla nas system liczenia głosów w Radzie Europejskiej przyjęty w Nicei obowiązywać będzie w UE na zawsze. Aż prosi się przypomnienie znanego powiedzenia cara Aleksandra do Polaków: "żadnych złudzeń panowie". Takie są fakty. Nie musi to oznaczać narodowej katastrofy.

Dopiero bowiem teraz tak naprawdę otwiera się przed Polską realna szansa artykułowania swoich interesów, lansowania swojej koncepcji rozwoju UE i wpływania na kształt unijnej polityki. W Nicei Polska "wygrała", ale nasza wygrana była tak naprawdę pochodną przegranej Francji w jej desperackiej walce o utrzymanie parytetu równości z Niemcami. Niemcy od początku debaty dążyli do zmiany postanowień z Nicei, ponieważ realnie biorąc, to oni (a nie na równi z Francją) są najsilniejszym krajem Unii. Sankcjonuje to Traktat konstytucyjny, gdzie my przegraliśmy, a Niemcy triumfowały dając jednak w zamian Francji możliwość wygrywania swych interesów poprzez budowanie tzw. koalicji stanowiących możliwych do zawierania między największymi członkami. Polska i Hiszpania, kraje średniej wielkości, już tej możliwości nie mają; otrzymały jedynie na pociechę czasową możliwość blokowania niekorzystnych dla nas decyzji. Obydwa rozwiązania przekreślają natomiast to, co jest, a w każdym razie powinno dziś być w Unii najważniejsze - tj. nie uprawianie polityk umożliwiających zaspokajanie ambicji wielkich, ale kreowanie prawdziwie wspólnych unijnych polityk jednoczącej się Europy.

I tylko taka, tj. kreatywna, a nie reaktywna polityka, otwiera szanse dla Polski, a zatem otwiera możliwość do pracy nad instytucjonalnymi rozwiązaniami, które pozwolą Unii je realizować. By jednak na takie pomysły i koncepcje móc się zdobyć, niezbędne jest porzucenie przez polskie elity intelektualne i przez naszych polityków postawy łatwego euroentuzjazmu i takiegoż samego eurosceptycyzmu, czyli euroimpotencji.

Nie może zabraknąć Polski

Jest oczywiste, że Unia wróci, musi wrócić, do odrzuconego przez Francję i Holandię Traktatu konstytucyjnego. Stanie się tak nie dlatego, że Traktatu domagać będą się państwa, które go już przyjęły (jak Hiszpania czy Włochy), ani nie dlatego, że przyjęcie już 28 członka (najprawdopodobniej Chorwacji) wymagać będzie dokonania zmian w systemie funkcjonowania władz Unii. Unia wróci do Traktatu, ponieważ dążyć do tego będzie Francja w pełni świadoma faktu, iż bez rozwiązania kwestii odrzuconej przez siebie eurokonstytucji nie odzyska równorzędnej z Niemcami pozycji w Unii. Utrzymanie zaś parytetu równości z Niemcami kiedyś w EWG, a dziś w UE było, jest i będzie jej niezmiennym priorytetem, bez względu na to, jaka formacja prezydencka czy rządowa jest we Francji u władzy. Odrzucając Traktat, Francja pozbawiła się tej równości, dlatego Francja będzie też tą siłą, której głos odegra bardzo ważną rolę w toczącej się już debacie o przyszłości Traktatu i w ogóle o Unii. Tak było w 1954 r., kiedy po odrzuceniu przez parlament Francji projektu Europejskiej Wspólnoty Obronnej, powstała, pod przewodnictwem francuskiego ambasadora przy Wspólnotach Europejskich Christiana Foucheta, grupa robocza w celu przedstawienia propozycji dalszego pogłębienia integracji europejskiej oraz odnowy instytucji kierowniczych Wspólnot. Tak też było, gdy Francuzi uświadomili sobie, iż jedynym sposobem powstrzymania spadającej wartości ich waluty wobec niemieckiej marki jest wprowadzenie europejskiego pieniądza euro, i tak zapewne będzie teraz, po negatywnym wyniku referendum traktatowego we Francji.

W debacie tej nie może zabraknąć głosu Polski. Francja, która utraciła dominującą rolę w Unii, szukać będzie oczywiście rozwiązań i sojuszników, przy których pomocy zdoła przeprowadzić te zmiany w Brukseli. I od naszego głosu w tej dyskusji zależeć będzie, czy Paryż uzna nas za swego sprzymierzeńca, czy też antagonistę w kreowaniu nowego traktatu i nowego kształtu Unii. Najgorszym rozwiązaniem byłoby przyjęcie tego, co postuluje Z. Najder, tj. istniejącego już traktatu - ani Francja, ani Holandia nie poddadzą go pod powtórne głosowanie nawet z kosmetycznymi zmianami, a Niemcy, jego główny beneficjant, nie zdołają ich do tego zmusić. Na utrzymanie ŕ la long Traktatu Nicejskiego nie zgodzą się natomiast Niemcy, ponieważ od początku traktowały jego zapisy jako rozwiązanie przejściowe, a nie finalne. Dlatego też jedynym realnym rozwiązaniem jest podjęcie pracy nad nowym Traktatem konstytucyjnym, nowym nie znaczy zupełnie nowym, nowym znaczy opartym na innych, z polskiego i europejskiego punktu widzenia, niż poprzedni przesłankach.

Jak wiadomo, Polska najmocniej kontestowała dwie kwestie - brak odwołania do wartości chrześcijańskich w preambule tego dokumentu i zmianę korzystnego dla nas systemu liczenia głosów w Radzie Europejskiej na tzw. podwójną większość. Są to bardzo ważne sprawy. Ale to, czego w tym traktacie najbardziej brakuje, to wizji przyszłej Europy. To znaczy nie koncepcji rozszerzonej dotychczasowej Unii, ani nie mechanizmów usprawniających prowadzenie poszczególnych, sektorowych polityk, ale tzw. grand desing kreślącego przyszłość Europy po zjednoczeniu kontynentu.

Ustanowienie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, powołanie EWG, Traktat o UE z Maastricht czy wprowadzenie wspólnego pieniądza euro, to były śmiałe decyzje sięgające daleko w przyszłość, wyznaczające zachodnioeuropejskiej społeczności nowe horyzonty. Traktat konstytucyjny tego kryterium już nie speł- nia. Bez wątpienia porządkuje on sprawy prawne i administracyjne w UE, ale przez swój biurokratyczny język i ogrom regulacji prawnych nie rozpala już niczyjej wyobraźni. Gorzej - pozostawia całkowicie wobec niego obojętnym tzw. przeciętnego obywatela, a specjalistę czyni nieufnym i podejrzliwym.

Przede wszystkim jednak Traktat nie oddaje historycznej sprawiedliwości narodom Europy Środkowej i Wschodniej, tj. nie "nadwartościowuje" państw małych w imię budowania zrównoważonej wspólnoty (jak to czynił Traktat rzymski, stwarzając szanse np. Luksemburgowi), ani nie "doposaża" biedniejszych (jak było w przypadku kolejnych rozszerzeń, np. o Grecję czy Hiszpanię). Traktat, mówiąc krótko, nie czyni przyszłej Unii ani bardziej solidarną, ani bardziej sprawiedliwą, ani też bardziej zjednoczoną. Umożliwia natomiast najsilniejszym granie na forum Rady Europejskiej ich narodowymi interesami (np. Francuzom tworzenie w przemyśle tzw. championów narodowych - parlament Francji już zatwierdził projekt ustawy o publicznych ofertach kupna, która ma dać ich firmom dodatkowe środki obrony przed wrogimi przejęciami przez firmy niefrancuskie) pod hasłami… obrony interesów wspólnotowych, a z drugiej strony napiętnowanie słabszych (np. Polski, za próbę obrony swego sektora bankowego przed miażdżącą dominacją kapitału zagranicznego) dokładnie…. pod takimi samymi hasłami.

Tak jak w Niemczech przez długie lata powojenne spotykaliśmy z pozytywnym fenomenem tzw. późnego urodzenia, co pracowało na korzyść młodszej generacji, która nie musiała już ponosić odpowiedzialności za zbrodnie hitlerowskie, tak w dzisiejszej Unii mamy do czynienia, odwrotnie, z negatywnym faktem "późnej akcesji", za co narody drugiej, historycznie poszkodowanej, przecież przy udziale Zachodu, połowy Europy, muszą płacić skazaniem na pogłębienie ich pereferyjności, podporządkowaniem się silniejszym, marginalizacją wobec decyzyjnego centrum.

A zatem to nie tylko preambuła i system liczenia głosów w Radzie Unii powinien być "polem bitewnym" dla przeprowadzenia przyszłych zmian traktatowych, ale generalnie idee i wartości, w imię których wybuchały liczne europejskie rewolucje - i ta francuska z 1789 roku, i Wiosny Ludów z 1848, i powstanie węgierskie w 1956, i Praska Wiosna z 1968 r. czy polska "Solidarność" 1980 r., także pokojowa rewolucja Jesieni Ludów z 1989 pociągająca za sobą zjednoczenie Niemiec, oraz pomarańczowa na Ukrainie z 2004 roku. To jest prawdziwe dziedzictwo, tj. dziedzictwo nie tylko zachodnie, ale ogólnoeuropejskie, o którego uwzględnienie można i trzeba się upominać, pochylając się nad nowym Traktatem konstytucyjnym UE, który powinien być traktatem rzeczywiście europejskim, a nie tylko rozszerzonym zachodnim, i to z niego powinny wypływać wszelkie dalsze konsekwencje.

Jednak w ramach tej europejskiej debaty ważyć powinny nie tylko wartości, ale i nieuniknione wyzwania przyszłości o zasadniczym znaczeniu dla dalszego funkcjonowania Unii, takie jak relacje między członkami mniej lub bardziej zainteresowanymi w pogłębianiu i/lub rozszerzaniu procesu integracji, rozwój rynku usług, tworzenie się wewnątrz Unii wielkich grup przemysłowych, kapitałowych, itp., także miejsce i rola Unii w procesie globalizacji gospodarki z kontrowersyjnym procesem przenoszeniem produkcji w tańsze rejony, rozbudowane przywileje socjalne wielu społeczeństw Unii itp.

W tej debacie głos wszystkich winien być nie tylko jednakowo słyszalny i równouprawniony, ale i demokratycznie procedowany, czego przecież nie można powiedzieć o finalnym dokumencie Konwentu przygotowującego Traktat pod przewodnictwem byłego francuskiego prezydenta Giscarda d'Estaing.

Godzi się w tym miejscu przypomnieć, że obawa o to, by ta nowa, prawdziwie zjednoczona Europa, tj. dzisiejsza UE nie była tylko rozszerzoną wersją "starej EWG" zdominowanej przez duet francusko-niemiecki nie jest bynajmniej ani obawą, ani dzisiejszą, ani polską. Wspomniany już plan Foucheta w jego drugiej wersji, z 1962 roku, tj. rozszerzający kompetencje nowych instytucji "napawał - jak to ujął Fabrice Fries w Les grand debats européens - małe kraje obawą przed kondominium francusko-niemieckim. Aby wyeliminować to podejrzenie, trzeba było dać im gwarancje co do uczestnictwa Wielkiej Brytanii (równowaga - podkreślenie R. B.) lub co do utrzymania ponadnarodowej władzy instytucjonalnej".

Niestety, ani euroentuzjasta Z. Najder i jemu podobni, ani eurosceptycy, też liczni, nie próbują nawet odejść tego od biało-czarnego schematu "Traktat konstytucyjny - przyjąć. Traktat nicejski - desperacko bronić", i nie zamierzają przenieść ciężaru batalii na pola, gdzie my, Polacy mamy oczywiste atuty (np. naturalny pęd do wolności, odwagę działania, kreacyjność myślenia), tj. tam gdzie, zdobywając się na własne inicjatywy polityczne i odważne działanie, moglibyśmy wykorzystać cechy, które pozwoliły nam w przeszłości nie tylko przetrwać zabory czy hitleryzm, ale i pokonać komunizm. Nie czynimy tego jednak, godząc się biernie na dalsze wpisywanie nas w politykę przeszłości, tj. politykę, którą zanegowały nie tylko społeczeństwa Francji i Holandii (euroentuzjazm), ale i polscy chłopi (eurosceptycyzm).


HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page


INTERNET CONSULTANT