Mapa (klikalna)

Obronić polski przemysł zbrojeniowy

Rozmowa z dr. inż. Romanem Dufrene, Dyrektorem Przemysłowego Instytutu Telekomunikacji w Warszawie.

Nie tylko radary

- Przemysłowy Instytut Telekomunikacyjny, którym Pan kieruje, istnieje od 1934 roku. Czy mógłby Pan Dyrektor przedstawić podstawowe kierunki pracy Instytutu?

- Skoro mówimy o tej dawnej epoce, to warto przypomnieć, że pierwszym dyrektorem Instytutu, który nim kierował do 1951/52 roku, był prof. Janusz Groszkowski. Przed II wojną światową rozpoczęto też pierwsze prace nad telewizją, pierwsze programy były nadawane w 1938 roku, w 1940 roku miały ruszyć normalne programy, niestety wybuch wojny przekreślił te plany. Pierwszy film, nadawany do kilkunastu odbiorników telewizyjnych, był wyemitowany w 1930 roku - była to realizacja pt. Barbara Radziwiłłówna, z Jadwigą Smosarską w roli głównej, anteny umieszczone były na największym budynku w Warszawie, na ówczesnym placu Wareckim. Po wojnie wróciliśmy do telewizji - pierwsze kamery nosiły znak firmowy PIT-u, a pierwsze programy były nadawane z PIT-u przy ul. Ratuszowej.
W 1935 r. w Państwowym Instytucie Telekomunikacyjnym powstał pierwszy wydział wojskowy. Pod koniec lat czterdziestych w Polsce zaczęto interesować się radarami. Podobno w 1949 roku powstał pierwszy prototyp polskiego radaru zrobiony z części poamerykańskich i poniemieckich, a na początku lat 50. na bazie części Instytutu i części Politechniki Gdańskiej powstała grupa, która zabrała się za rozwój radiolokacji. Pierwszy prototyp radaru został opracowany w 1953 roku i od tamtej pory zajmujemy się radarami i systemami radarowymi, tzn. rozwiązaniami, które pozwalają połączyć informacje napływające z wielu radarów w jedną całość. Kolejnym etapem były systemy dowodzenia i kierowania pozwalające nie tylko na kontrolę sytuacji powietrznej, ale także wspomaganie dowodzenia środkami bojowymi.
Radary, które opracowujemy są zarówno aktywne, jak i pasywne, tj. niepromieniujące, wykorzystujące promieniowanie elektromagnetyczne pochodzące z innych źródeł. Te także, przy pracy w systemie, pozwalają określić położenie źródła, które emituje sygnał, łącznie z podaniem wysokości, na jakiej się znajduje.

- Kto jest odbiorcą tych radarów?

- Instytut pracuje prawie wyłącznie w dziedzinie obronności, dla wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Głównym naszym partnerem są siły powietrzne, ale realizujemy prace także dla marynarki wojennej i wojsk lądowych. Jeżeli chodzi o siły powietrzne, to jesteśmy odpowiedzialni za system obrony powietrznej DUNAJ. Ostatnio instalujemy na wieżach w systemie backone, trzy radary dalekiego zasięgu, tj. w granicach ok. 400 km. Kilka transportowanych radarów o podobnych własnościach pracuje w systemie obrony powietrznej, dostarczając informacji także naszym sojusznikom w NATO.
Jeśli chodzi o system obrony powietrznej to mamy w tej materii doświadczenie sięgające 40 lat. Dzisiaj postęp wiąże się oczywiście z rozwojem elektroniki i techniki komputerowej; tu mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją. W związku z tak szybkim rozwojem zmieniły się też znacznie możliwości całej sfery, nie tylko wykrywania i śledzenia, ale i obróbki sygnałów, kojarzenia ich według skomplikowanych algorytmów tak, by zorientować się czy np. sygnały przychodzące z dwóch radarów pochodzą od tego samego obiektu, itp. Oddzielnym problemem jest ich identyfikacja metodą "swój-obcy". My wprawdzie tych urządzeń nie opracowujemy, ale w systemie muszą być rozpoznawalne w ten czy inny sposób. Chodzi o to, aby wszystkie informacje zebrać w jedną całość dla maksymalnego ich wykorzystania.
W tzw. sieciocentrycznej strategii walki, głównym elementem jest przewaga informacyjna - kto wie więcej, ten ma większe szanse na wygraną. W tego rodzaju systemach różnego typu źródła informacji są jednym z elementów struktury sieciowej, obok stanowisk dowodzenia i środków walki. Wszystko to trzeba zobrazować w jednym obrazie - w sytuacji taktycznej rozgrywanej na ziemi, w powietrzu, w kosmosie, pod wodą - tzn. we wszystkich środowiskach, które mogą wziąć udział w działaniach. Do tego celu wykorzystuje się oczywiście najnowocześniejszą technikę - lasery, kamery termowizyjne, itp.

- Rozwój radarów i systemów zautomatyzowanych to ważne, ale nie jedyne dziedziny działalności Instytutu. W przeszłości Instytut współpracował przy produkcji radarów do kontroli cywilnego ruchu lotniczego. Radary typu AVIA instalowane były na krajowych lotniskach cywilnych i wojskowych, a także eksportowane. Jak to wygląda dzisiaj?

- To już jest raczej historia. Oczywiście Instytut, poprzez kolejne programy modernizacji, utrzymuje w eksploatacji wiele radarów na lotniskach wojskowych, z których część jest wykorzystywana zarówno dla obsługi ruchu lotniczego wojskowego, jak i cywilnego. Muszę powiedzieć, że AVIA to jest niezwykle udany radar, który nadal, po wszystkich modernizacjach, bardzo dobrze spełnia swoją funkcję.
Dziś jednak pracujemy wyłącznie na potrzeby obronności. Opracowujemy i produkujemy, jak już powiedziałem, radary dalekiego zasięgu, robimy także radary bardziej mobilne o zasięgu nieco mniejszym dla sił powietrznych, kończymy opracowanie radaru artyleryjskiego dla wojsk lądowych, tj. radaru, który ma wykrywać, skąd został wystrzelony pocisk i gdzie ma trafić. Dla marynarki wojennej produkujemy radar, który jest zainstalowany na morskim samolocie patrolowym, który to radar bardzo dobrze się sprawdza. Oprócz tego robimy tzw. trudno wykrywalne radary dla marynarki wojennej, które cieszą się dużym zainteresowaniem. Są to specjalne rodzaje modulacji sygnałów pozwalające, przy bardzo małej średniej mocy, wykrywać obiekty bardzo dalekie. Jeśli zaś chodzi o posterunki nabrzeżne tego typu, to mobilny, trudno wykrywalny posterunek jest bardzo istotnym elementem wykrywania wszelkich prób np. nielegalnego przekraczania granicy.

Współpraca z zagranicą

- PIT ma długie doświadczenie we współpracy z krajowymi i zagranicznymi firmami zainteresowanymi produkcją radarów, takimi jak Boeing, Lockheed-Martin, Northrop-Grumman, by wymienić tylko kilku z nich. Jak ta współpraca układa się po przystąpieniu Polski do NATO i dopuszczeniu firm polskich do przetargów na dostawy sprzętu organizowanych przez NATO?.

- Ze względu na to, czym się zajmujemy, ze względu na szybki rozwój tej branży, staramy się współpracować i brać udział w różnych spotkaniach natowskich. W ramach Reasearch Technology Organization (RTO) trwa praca w licznych grupach roboczych zajmujących się rozwojem różnych dziedzin, w tym radiolokacją, i bierzemy w tym udział. Są to prace raczej przyszłościowe, wytyczające przyszłe kierunki, ale jako Instytut musimy myśleć o następnych generacjach urządzeń.
Natomiast Alliance Ground System jest w tej chwili największym programem natowskim, który ma wykrywać obiekty na ziemi. Polska bierze udział w finansowaniu tego programu, w wyniku czego przemysł polski ma zapewniony udział w jego przygotowaniu. PIT jest tutaj wiodącą firmą w skali przemysłu krajowego. Powstała polska grupa przemysłowa z RADWAR S.A i innymi firmami, które mają szanse na uzyskanie zamówień na potrzeby tego programu. Mam nadzieję, że w bieżącym roku zostaną przydzielone konkretne zadania polskim partnerom.
Następnym takim programem międzynarodowym, w którym staramy się brać udział jest natowski program obrony przeciwrakietowej. Już kilka lat temu podpisaliśmy umowę z Boeingiem na współpracę w zakresie obrony przed rakietami balistycznymi. Chodzi tu o wykorzystanie naszej wiedzy dotyczącej systemów dowodzenia i systemu obrony powietrznej, w tym także elementów kierowania obroną rakietową. Te nasze doświadczenia przyczyniły się do tego, że zaproszono nas do bardzo mocnego teamu: Alliance Shield, w którym biorą udział wiodące firmy światowe i który przygotowuje się do przetargu na program dotyczący obrony przeciwrakietowej dla NATO. Odnoszę wrażenie, że bardziej cenieni jesteśmy za granicą, niż u siebie w kraju, ale być może nie jest to aż takie dziwne jak na polskie stosunki.
Startowaliśmy w konsorcjum z włoską firmą Selex w przetargu na ochronę granicy morskiej w Polsce. Wygraliśmy wprawdzie przetarg, ale na skutek pewnych błędów formalnych, nie z naszej zresztą strony, przetarg został nie tyle unieważniony, ile skierowany do rozstrzygnięcia sądowego. Sprawa jest skomplikowana, gdyż z jednej strony przetarg został rozstrzygnięty, umowa - podpisana, i terminy biegną, a z drugiej, w każdej chwili może być unieważniony i nie wiadomo co dalej.

- W okresie międzywojennym polska myśl naukowo-techniczna w niektórych dziedzinach nie ustępowała wynikom znanych ośrodków badawczym w świecie. Jak rozwiązania polskie, czy te wypracowane przez PIT mają się do rozwiązań światowych?

- Jeśli chodzi o nasze doświadczenia, o naszą wiedzę, to jest ona bardzo wysoka. Jeśli zaś chodzi o nasze możliwości, to nie są one wykorzystywane do końca, ze względu na ograniczenia nakładów na badania i rozwój. Mimo że nie jesteśmy drodzy, bo np. opracowanie systemu obrony powietrznej na potrzeby NATO przez firmę RTS kosztuje około 600 mln dolarów. Koszt opracowywanego przez PIT podobnego systemu dla Polski, miejscami trochę lepszego, miejscami trochę gorszego, wyniósł wraz z wdrożeniem 200 mln złotych. Na polskie warunki to bardzo dużo, ze względu na skalę środków przeznaczanych na badania i rozwój techniczny w Polsce. Są one nieporównywalne, szokująco niskie, a niekiedy wręcz, jak to swego czasu powiedział Pan minister Kleiber, wręcz haniebne. Takie podejście oddala nas szybko od czołówki światowej.
PIT jest jedną z niewielu firm, która jakoś poradziła sobie z tym. Mamy własne środki na nowe projekty, mamy program rozwoju techniki i technologii w naszej dziedzinie. Nie czujemy się nadmiernie oddaleni się od czołówki światowej, ale żałujemy, że tej naszej wiedzy i doświadczenia nie wykorzystuje się znacznie lepiej. Tak naprawdę to nie widać jakiejś strategii w stosunku do przemysłu, także jeśli chodzi o wyposażenie wojska. A może postępuje się tak celowo, aby nie rozwijać programów, które nie przyniosą natychmiastowych efektów, ale dopiero po 5 czy 7 latach, bo tyle trwa ich cykl. Łatwiej jest coś kupić i mieć natychmiastowy efekt. Trzeba jednak powiedzieć, że w przypadku zakupu uzbrojenia wydaje się pieniądze podatnika. Zgodnie ze standardami NATO w okresie eksploatacji sprzętu, który trwa 20 i więcej lat, wydaje się dwa razy więcej niż w momencie jego zakupu. I te koszty, w przypadku zakupu dokonanego na zewnątrz, są oczywiście transferowane za granicę. A kiedy wydamy je na zakupy w kraju, to część z nich wraca do budżetu w postaci podatków, zwiększa zatrudnienie, itd. Moim zdaniem to nieprzywiązywanie wagi do badań i rozwoju jest z wielką szkodą dla polskiej gospodarki i kończy się tym, że młodzi i zdolni inżynierowie wyjeżdżają na Zachód i przysparzają dochodu narodowego tam, a nie w Polsce. Nasz Instytut jest jednym z niewielu ośrodków, gdzie inżynier pracuje jako inżynier, a nie sprzedawca wyrobów innych producentów.

- Pytałem też o szanse polskich firm w przetargach organizowanych przez NATO?

- Mamy tu już kilkuletnie doświadczenia, ale nie powiedziałbym, by były to pozytywne doświadczenia. Oczywiście, są tacy, którym się udało, ale musimy mieć świadomość tego, iż przetarg w NATO wymaga pewnego lobbowania. Na etapie tworzenia wymagań przetargowych, określania warunków, parametrów, itd., następuje w jakiś sposób pierwsza selekcja. Startowaliśmy w pewnym przetargu na dostawę radarów, a potem się okazało, że paru nie najistotniejszych w gruncie rzeczy parametrów nie jesteśmy w stanie spełnić. I nawet mamy zapis w protokole przewodniczącego komisji przetargowej stwierdzający, że niestety, polska strona nie lobbowała właściwie, aby jej produkt mógł spełnić wymogi przetargu.
Mówi się wiele o wolnym rynku, ale każdy rząd pilnuje swego interesu, a właściwie interesu własnych podatników, wyborców. Nikt nikomu niczego nie podaruje, bo to jest biznes, a w biznesie liczą się pieniądze. Wynikiem prac badawczo-rozwojowych jest towar, towar być może najcenniejszy, bo wygrywa się konkurencje na bazie nowych opracowań. Jeżeli mamy wejść w jakiś program międzynarodowy, to przyjeżdżają tu przedstawiciele firm i patrzą, czym my dysponujemy, czy poziom, który reprezentujemy, jest wystarczający, byśmy brali udział we wspólnej działalności. Oczywiście ta współpraca jest kusząca dla nas, współpracujemy z Boeingiem, z firmami włoskimi, francuskimi, ale jeżeli nie będziemy mieli możliwości, by dany produkt wspólnie z nimi realizować, to nikt nam nie udostępni ani narzędzi, ani technologii.
Jeśli chodzi o Europę to rzeczywiście przemysł zbrojeniowy skupia się, ale poszczególne rządy dbają o to, by ich interesy narodowe były zabezpieczone. Czym się to wyraża? Tym, że finansują z budżetu rodzime prace badawcze. Np. Francuzi wydają z budżetu rocznie ok. 1 mld 200 mln euro na badania i rozwój w dziedzinie obronności. I tym spsoobem mają nowoczesne, konkurencyjne produkty dla siebie i na eksport. Tymczasem nasz MON przewiduje na prace badawcze w tym roku 60 mln zł, a w przyszłym planuje - zdaje się - aż 45 mln. A podobno mamy doganiać rozwinięte kraje europejskie…

Europejski rynek uzbrojenia

- Od dwóch lat Polska jest członkiem UE. Europejska Agencja Obronności (EDA) podjęła decyzje o wprowadzeniu od 1 lipca 2006 r. kodeksu dotyczącego zamówień w sektorze zaopatrzenia obronnego w zakresie zamówień wartych ponad 1 milion €. Jednocześnie ma być opracowany Kodeks Najlepszych Praktyk w obrębie łańcucha dostaw w celu zagwarantowania równości szans, zwłaszcza małym i średnim firmom. Program zakłada dobrowolne uczestnictwo niezależnych państw członkowskich. Jest to wynikiem starań Komisji Europejskiej, mających na celu wspomaganie procesu integracji europejskiego rynku uzbrojenia, jako kluczowego warunku wzmocnienia europejskiej bazy technologicznej. I tu powstaje problem - kto straci, a kto zyska na integracji europejskiego rynku uzbrojenia?

- Nie ulega wątpliwości, że ten rynek z czasem powstanie. Będzie to normalny rynek działający w warunkach konkurencji pytanie tylko kiedy - za trzy lata, czy za pięć? Po prostu będziemy musieli się z tym pogodzić, choćby w wyniku dyrektywy Unii Europejskiej, która to nakaże krajom członkowskim. Nie jest to, powiedzmy to sobie otwarcie, zbyt korzystne dla polskiego przemysłu zbrojeniowego, który jest do tego nieprzygotowany. Mówię to nie dlatego, że jestem przeciwko Unii czy rynkowi, ale dlatego, że nie odpowiedzieliśmy sobie na pytanie, czy chcemy mieć w Polsce przemysł zbrojeniowy, czy nie. Możemy przystąpić do tego programu unijnego, możemy nie przystąpić. Nie w tym rzecz. Pytanie czy będziemy mieli produkty, które będzie chciało wojsko polskie kupować. Możemy wprawdzie sprzedawać modernizowany, poradziecki sprzęt do różnych krajów, ale to też się kiedyś skończy. Jeżeli my nie zrozumiemy, że rynek europejski jest nieuchronny, to polski przemysł wypadnie z polskiego rynku. A jeżeli wypadnie z polskiego rynku to w ogóle wypadnie z rynku i przestanie być potrzebny.
To jest decyzja polityczno-społeczna. Czy potrzebujemy przemysłu obronnego, czy może nie? Niech ktoś się zastanowi i podejmie jasną decyzję. Tymczasem dzisiaj raczej się tylko udaje, że nie ma problemu, czyli że on sam się rozwiąże. Skoro wspomniany już rząd francuski dba o podatnika francuskiego, o poziom bezrobocia we własnym kraju, to rząd polski powinien dbać o naszego podatnika i odpowiedzieć na pytanie, czy kupujemy wszystko za granicą dla polskiej armii, czy tylko pewne produkty i jakie. Robi się różne restrukturyzacje tego przemysłu, tworzy się różne grupy, teraz jest mowa, że będzie tylko jedna grupa, itd. To może nie jest złe, tyle tylko, że ja nie znam żadnych analiz, żadnych biznesplanów, które do takich wniosków prowadzą, mimo że jako członek zarządu polskich pracodawców biorę udział w różnych spotkaniach poświęconych restrukturyzacji.
Dominuje takie podejście - ponieważ wszyscy się łączą w duże organizmy gospodarcze, to i nas trzeba połączyć. Tylko pytam - ile to będzie kosztować, czy w tej sytuacji będą pieniądze i jakie, na badania i rozwój, na modernizacje, na inwestycje, itd. Większość z tych zakładów jest w kiepskiej kondycji. Jeżeli nie podejmie się decyzji o przeznaczeniu dużych środków na badania i rozwój, na technologie, jeżeli nasi wojskowi nie zrozumieją, że warto kupować jednak w kraju, to nasz przemysł obronny musi zniknąć. Jak nie za rok czy dwa, to za trzy. Zostanie po prostu wyparty z polskiego rynku gdyż polskich wojskowych nikt nie zmusi do kupowania uzbrojenia w Polsce, jeżeli mają dostęp do znacznie lepszego na rynkach zagranicznych.
Kiedy w Unii Europejskiej nie ma wspólnej armii, nie ma jednego dla wszystkich budżetu, to każdy kraj jest odpowiedzialny za obronę swojego terytorium, za koszty ponoszone przez swoich podatników i chyba powinien dbać o swoją suwerenność…

- …jest to konstytucyjny obowiązek władzy…

- …nie jest tak, że tylko wojsko jest odpowiedzialne za obronność. Jest przecież system obronny państwa, a przemysł obronny jest częścią tego systemu. Pytanie - czy ma on istnieć, i czy ma istnieć w tym kształcie i w tym zakresie. Jest oczywiste, że dzisiaj nie jesteśmy w stanie sami wszystkiego opracować ani produkować. Musimy podjąć decyzje, musimy wybierać, niestety, tego się nie robi.

- W praktyce przystąpienie do programu oznaczać będzie całkowite otwarcie rynku polskiego na uzbrojenie produkowane w krajach UE. Czy polski przemysł wytrzyma tę konkurencję?

- Mówimy głośno, że są potrzebne pieniądze na badania i rozwój. One są potrzebne teraz, a nie np. w latach 2010-2014, bo wtedy ani ośrodków badawczych, ani zakładów już nie będzie. Według mojej oceny trzeba by wybrać kilka dziedzin, w których mamy jakieś szanse i skoncentrować na nich środki zapewniając im w miarę systematyczne finansowanie rozwoju w perspektywie kilku lat.

- Jeśli dobrze Pana rozumiem potrzebna jest przede wszystkim decyzja polityczna?

- Niestety, u nas bardzo często nie ma merytorycznych decyzji, są tylko połowiczne, albo w ogóle nie ma żadnej decyzji, a to może z czasem doprowadzić do tego, że sytuacja rozwiąże się sama… Różne zakłady różnie sobie radzą. Np. Świdnik, według mnie, bardzo dobrze daje sobie radę, przyjmuje nowych ludzi. Dzieje się tak dzięki współpracy międzynarodowej, uzyskaniu pozycji wiarygodnego kooperanta. Taka rola też jest do przewidzenia i akceptacji. Polski przemysł zbrojeniowy na pewno nie będzie produkować wszystkiego i nie wszędzie nasze zakłady będą końcowymi producentami. Także PIT pewne rzeczy może sam robić, a w innych przypadkach współpracować z firmami zagranicznymi. To jest na świecie normalne. Są pewne specjalizacje - raz się konkuruje, raz się współpracuje. Tak naprawdę w świecie każdy walczy o pieniądze, a mniej o honor.

Rola państwa

- Jaką przyszłość widzi Pan Dyrektor przed PIT-em. Jakiej polityki władz trzeba sobie życzyć, by w pełni wykorzystać ten olbrzymi potencjał badawczy Pana firmy?

- Jest to bardzo duży temat, wielokrotnie pisałem o tym w przeszłości. Nie jest tak, iż skoro tylko dostaniemy pieniądze, to już będzie bardzo dobrze. Jest jeszcze wiele innych spraw, nad którymi trzeba się pochylić. Branża, którą się zajmujemy przeżywa duży rozwój. Mamy bardzo dużo źródeł informacji, sposobów gromadzenia i przetwarzania tych informacji i wykorzystywania do dowodzenia na polu walki. Nie wydaje mi się, by nasi wojskowi kierowali się chęcią dysponowania sprzętem krajowej produkcji, narodowym. Jeżeli mają kupić coś polskiego, to z góry wiadomo, że powiedzą, iż to nie może być dobre. Jeżeli będzie np. amerykańskie, a to co innego. Jeżeli nawet ten sprzęt się popsuje, to będzie to normalne, tylko polski produkt nie ma prawa się popsuć. Jest to problem świadomości.
Jest też problem kadr Instytutu. Jeżeli nie będzie nowych zamówień, to nie uda się utrzymać tego potencjału, jaki dzisiaj posiadamy. Nie da się ich utrzymać bez wieloletnich zamówień, bez jasno nakreślonej perspektywy. Młodzi, uzdolnieni ludzie przejdą do prywatnych firm informatycznych. Wiedza o oprogramowaniu jest przecież przydatna nie tylko w tej branży. Rola państwa jest tutaj bardzo duża i państwo powinno o tym myśleć, tzn. powinno się zastanowić czy chce tej wysoko wykwalifikowanej kadry, czy nie. Po co tym ludziom opowiadać - bardzo was chcemy, ale nie ma tu dla was perspektyw.
Nie będę ukrywał, że obawiam się o przyszłość Instytutu. Coraz mniejsze nakłady na prace badawcze, niechęć do ich zamawiania, oraz traktowanie tych prac jako najłatwiejszej formy oszczędzania prowadzi do braku stabilnego finansowania Instytutu i wydłuża w czasie prace badawcze. To nie rokuje dobrze na przyszłość. Prezentowane jest często stanowisko w formie, "jak będziecie dobrzy, podejmiecie ryzyko, to my może coś od was kupimy, startujcie w przetargach, a jak je wygracie, to będziecie istnieli." W tej branży przegranie jednego ważnego przetargu może oznaczać zakończenie działalności. Rządy na ogół dbają o interes własnych podatników wspierając działalność badawczą na potrzeby obronności i zapewniając minimalne poczucie bezpieczeństwa. Z mojego punktu widzenia Instytut powinien być państwowym instytutem badawczym, mającym wytyczone wieloletnie programy badawcze z zapewnionym finansowaniem, oczywiście przy pełnej kontroli rezultatów jego pracy i egzekwowaniem wyników. I oczywiście przy istnieniu zapotrzebowania na tego typu działalność. Tworzenie zespołów badawczych to są lata pracy, stworzenie tego typu firmy to są olbrzymie nakłady i lata dochodzenia do wyników. Instytut musi mieć nowoczesne zaplecze badawcze, warsztatowe i technologiczne. Moim zadaniem jest utrzymanie firmy i razem z kierownictwem PIT staramy się to robić i chyba robimy to dobrze. Jesteśmy, w skali światowej, jedną z niewielu firm pracujących w obszarze obronności, która na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat nie zmniejszyła zdecydowanie zatrudnienia. To chyba dobrze świadczy o umiejętności dostosowania się do gospodarki rynkowej.

- Prezydent Lech Kaczyński obejmując swój urząd, zapewnił wojsko, iż w trakcie jego kadencji zostaną zwiększone nakłady na obronność i modernizację armii, należy więc mieć nadzieję, że i dla PIT nadejdą lepsze czasy.

- Słyszałem tę wypowiedź i do dziś liczę, że tak będzie, a zatem bądźmy optymistami.

- Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał Ryszard Bobrowski


HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page


INTERNET CONSULTANT