Mapa (klikalna)

O polityce zagranicznej Polski lat 1989–2006

Ryszard Bobrowski
Fakty i mistyfikacje

Cały ten zgiełk

Od dawna już nie mieliśmy tylu artykułów i wypowiedzi prasowych poświęconych kwestiom bezpieczeństwa Polski i naszej polityce zagranicznej. Wypowiadają się na ten temat politycy, europosłowie, publicyści, obszerne materiały publikują dzienniki, przede wszystkim „Gazeta Wyborcza" i „Rzeczpospolita", także tygodniki — „Polityka", a w odrębnym oświadczeniu zabrało nawet głos, co jest przypadkiem bez precedensu, 8 byłych ministrów spraw zagranicznych Rzeczpospolitej, a więc osoby jak najbardziej kompetentne.

Tak ożywionej publicznej dyskusji na te tematy właściwie nie mieliśmy nigdy w postkomunistycznej Polsce, ponieważ, paradoksalnie, zarówno pożegnanie RP z dawnym obozem socjalistycznym, jak i wstąpienie w 1999 r. do NATO, czy 5 lat później do UE budziło znacznie mniejsze podziały wśród klasy politycznej i emocje. Tym, co wyzwoliło tę prawdziwą lawinę artykułów i wystąpień w mediach było przejęcie władzy w Polsce przez PiS, a zwłaszcza pierwsze miesiące prezydentury Lecha Kaczyńskiego i powstanie rządu koalicyjnego PiS-Samoobrona-LPR.

Cechą charakterystyczną tej debaty jest jej dwukolorowość: jest ona biało-czarno-biała, bez żadnych odcieni czy półtonów. Tzn. polska dyplomacja otrzymuje bardzo wysoką notę za politykę prowadzoną w latach 1989–2005 od polityków i sympatyków partii UW/PO i SLD, podczas kiedy wszystko to, co dzieje się później, malowane jest wyłącznie w czarnych barwach. Z kolei politycy i sympatycy PiS-u okres pierwszy pracy naszego MSZ uznają za, nazwijmy to tak, wielce niedoskonały, a pozytywnych zmian dopatrują się dopiero po ustąpieniu ministra S. Mellera i objęciem jego urzędu przez panią minister A. Fotygę. W całym tym zgiełku, przepychankach, by nie powiedzieć jazgocie słownym, pomijana jest sprawa najważniejsza, tj. poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o środki i metody realizacji polskiej racji stanu dziś i jutro, tzn. w szybko zmieniających się układach i odniesieniach polityki europejskiej, i nie tylko. By jednak móc odnieść się do tych kwestii niezbędne jest jednak choćby skrótowe odwołanie się do elementarnych faktów i wydarzeń omawianego okresu.

Tym, co uderza właściwie we wszystkich publikacjach, to zdumiewająca dowolność ferowania wyroków zabierających głos w sprawie naszego bezpieczeństwa i polityki zagranicznej i takie prezentowanie wydarzeń i faktów, by pasowały do z góry założonej tezy. Nie istnie obiektywna Historia, zapomniane zostały niewygodne dziś dla polityków wypowiedzi i decyzje, a wszystko to, z czego nie możemy być dziś, tj. post factum, dumni, co nie przynosi chwały i glorii, zostało raz na zawsze pogrzebane w orwelowskim grobie niepamięci — omnis moria.

Nic bardziej dalszego od prawdy. Godzi się bowiem przypomnieć, że istnieją archiwa i biblioteki, że jest wiele źródeł i różnych świadectw, które pozwalają precyzyjnie odpowiedzieć na pytanie o prawdziwy obraz polskiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa w okresie po przełomie solidarnościowym i jego trwałych konsekwencjach.

Ani koncepcji, ani ludzi

„Wydaje się — napisał A. Hall, minister w rządzie T. Mazowieckiego na łamach "GW" (Prezes Kaczyński, Wódz bez wizji, 18.07.06) — że obecne kierownictwo państwowe nie ma ani koncepcji politycznej dla Europy, ani ludzi, którzy byliby w stanie poprowadzić z rozmachem polską politykę zagraniczną."

Do tej ważnej kwestii przyjdzie nam wrócić, niemniej trzeba zapytać, czy nie jest charakterystyczne, iż wszystkie inicjatywy regionalne, które zaistniały w Europie w ostatnich 15 latach, i w których uczestniczymy jako kraj, nie są inicjatywami polskiej dyplomacji? Np. Inicjatywę Środkowoeuropejską (via oś Barcelona–Triest, Pentagonale, Sekstagonale) — wymyślili Włosi; Grupę Wyszehradzką — Węgrzy; CEFTĘ — Czesi; Trójkąt Weimarski — Niemcy; Trójkąt Polska–Ukraina–Rumunia — Rumuni; Zgromadzenie Parlamentarne Polska-Litwa — Litwini; a ostatnio nam proponowaną Wspólnotę Demokratycznego Wyboru — Ukraińcy.

Czyż nie powinny dawać do myślenia niepodważalne fakty pokazujące, iż ówcześni sternicy polskiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa narodowego nie tylko że w fundamentalny sposób mylili się co do miejsca Polski w Europie, ale i co do dalszego rozwoju wydarzeń na kontynencie po upadku komunizmu (np. przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu B. Geremek — wrzesień '89), proponujący odradzającej się Polsce „konfederację naddunajską, („Po prostu", nr 1, jesień 1989). A zatem, jak widać, jakże słuszny skądinąd zarzut „braku koncepcji politycznej dla Europy" dotyczy nie tylko „obecnego kierownictwa" RP, ale także jego poprzedników.

NATO na bis

Nic tak dobitnie nie pokazuje braku tej „politycznej koncepcji" polskich elit niż problem zapewnienia Polsce bezpieczeństwa w strukturach NATO. „NATO — dowodzi J. Żakowski (Czy w szaleństwie jest metoda, "GW" 17.07.06) — było naszym marzeniem… Kto wie jak sprawy by się potoczyły, gdyby Wałęsa nie upił Jelcyna." Otóż członkostwo Polski w NATO z pewnością było nie tyle marzeniem, ile politycznym wyzwaniem na początku lat 90. bardzo nielicznej zresztą grupy niezależnych polityków i ekspertów, do której jednak z pewnością nie należeli ówcześni decydenci, tj. ministrowie rządów solidarnościowych T. Mazowieckiego i J. K. Bieleckiego, a także Lech Wałęsa.

To nie kto inny jak minister spraw zagranicznych obu tych rządów K. Skubiszewski sugerował zreformowanie komunistycznej struktury Paktu Warszawskiego, a nie jego likwidację [Rewidujemy Układ Warszawski, ale nigdy z niego nie wystąpimy („Contra", 4/990)] — Zacząć trzeba budowę ogólnoeuropejskiego systemu bezpieczeństwa. Istotna jest tutaj KBWE. Ogólnoeuropejski system bezpieczeństwa zastąpi z czasem system sojuszy w Europie (debata sejmowa o polityce zagranicznej 24.06.1990). Wstąpienie do Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego nie wchodzi w rachubę (debata sejmowa o polityce zagranicznej, 14.02.1992). Wtórował mu wiceminister obrony narodowej J. Onyszkiewicz, namawiający do zaprzestania pukania do drzwi NATO: Polska nie zgłaszała i nie zgłasza chęci wstąpienia do Paktu Północnoatlantyckiego i jego struktur wojskowych. I wcale nie dlatego, że moglibyśmy spotkać się z odmową, lecz z obawy przed odtworzeniem w Europie układu dwubiegunowego („Polska Zbrojna", lipiec 1991). Ta niechęć władz RP do NATO znajdowała pełne poparcie postkomunistycznej opozycji, która szła jednak jeszcze dalej proponując …jego likwidację. A. Kwaśniewski: Uważam, że NATO jest tworem historycznym, podobnie jak Układ Warszawski i moim zadaniem powinien ulec daleko idącym przekształceniom lub w ogóle zniknąć („Polska Zbrojna", 23.08.1993

Przez cztery lata niepodległej Polski znajdowaliśmy się zatem w szarej strefie, na ziemi niczyjej, co niedawno przyznał zresztą sam min. K. Skubiszewki w rozmowie z „Rzeczpospolitą" 15–16.07.06 (Polska w Europie) mówiąc wprost: „na dobre sprawę tę [tj. członkostwa w NATO] zaczęliśmy stawiać od roku 1993". „My", dodajmy, oznacza tutaj władze RP, ale nie ówczesną prawicową opozycję, która od początku 1991 nie tylko że głosiła taki program, ale 14.10 tegoż roku założyła „Klub Atlantycki". Bardzo szybko, bo już w styczniu 1992 r. Klub został zaproszony przez NATO do złożenia wizyty w siedzibie głównej sojuszu Brukseli i Shape. W trakcie wizyty delegacji Klubu, której miałem zaszczyt przewodniczyć jako jego współinicjator i sekretarz (w jej skład wchodzili m. in późniejszy ambasador RP w Waszyngtonie Przemysław Gruziński czy ówczesny wiceprezes PC Ludwik Dorn), zostaliśmy przyjęci przez najwyższe władze polityczne i wojskowe Paktu z sekretarzem generalnym M. Woernerem i gen J. Galvinem, którym jednoznacznie przedstawiliśmy strategiczną koncepcję wejścia Polski do NATO, co nie tylko zostało przyjęte z życzliwością i zainteresowaniem, ale zaowocowało wysłaniem do Warszawy wysokiej rangi delegacji NATO kilka miesięcy później.

Niestety, nie mogło wówczas dojść do przełomu w polskiej polityce bezpieczeństwa, ponieważ, tak jak wcześniej P. Kołodziejczyk, minister obrony narodowej w rządzie premiera J. K. Bieleckiego, postulował …polską zbrojną neutralność („Rzeczpospolita", 29.03. 1991);), tak prezydent L. Wałęsa lansował koncepcje NATO-bis, której to propozycji nikt nie rozumiał z wyjątkiem chyba samego prezydenta. Te i inne dramatycznie niebezpieczne dla bezpieczeństwa Polski koncepcje (patrz np. — K. Skubiszewski: rozbudowa struktur KBWE, kwiecień ’92: L. Pastusiak: utworzenie tzw. Trójkąta Warszawskiego, wtłaczającego osamotnioną Polskę między Berlin i Moskwę — maj ’95) płynęły z różnych ośrodków ówczesnej władzy i oddalały nasze członkostwo w Sojuszu. Słynna zgoda B. Jelcyna na wejście Polski do NATO uzyskana od upitego przez L. Wałęsę prezydenta Rosji, o której wspomina Żakowski, nie miała żadnego politycznego czy praktycznego znaczenia, ponieważ niemalże następnego dnia Rosjanie oficjalnie temu zaprzeczyli i co ważniejsze do końca lat 90. konsekwentnie sprzeciwiali się obecności Polski w Sojuszu Północnoatlantyckim. Niemniej prezydent Wałęsa odegrał w tym procesie bardzo znaczną i pozytywną rolę, ale dopiero w latach późniejszych.

Dlatego też w kluczowej sprawie zapewnienia bezpieczeństwa Polski to nie, by być w zgodzie z prawdą — jak pisze Żakowski we wspomnianym artykule — politycy PiS „nie są w stanie wejść w buty poprzedników", ale odwrotnie politycy UW/PO, SLD przez lata niepodległej Polski nie byli w stanie jednoznacznie określić miejsca Polski w Europie i strukturach atlantyckich (Stowarzyszenie Euroatlantyckie, któremu przewodniczył J. Onyszkiewwicz zostało powołane przez polityków tej orientacji znacznie później, gdyż dopiero… w marcu 1994 r)

RWPG czy EFTA

Podobne kontrowersje, choć o znacznie mniejszym nasileniu, towarzyszyły określaniu naszej strategii dotyczącej usytuowania Polski w europejskich strukturach politycznych i gospodarczych. Polska utrzymywała wprawdzie zaczęte jeszcze w czasach komunistycznego premiera Rakowskiego kontakty z ówczesną EWG, ale koncepcja podjęcia starań o uzyskanie członkostwa w tej organizacji nie była bynajmniej ani jednoznaczna, ani oczywista. Z jednej strony pojawiały się głosy postulujące takie zreformowanie RWPG, tak by Rada w większym stopniu reprezentowała interesy krajów członkowskich, a nie tylko ZSRR (patrz publiczne wypowiedzi min. rządu T. Mazowieckiego J. Osiatyńskiego), z drugiej zaś nie brak było doradców sugerujących rozpoczęcie rozmów o członkostwie nie z EWG, ale z EFTĄ (np. znany bankowiec Wojciech Kostrzewa), jako jedyną dla nas, realną alternatywą dla członkostwa w RWPG. Niemniej Polska podjęła rozmowy z EWG, prowadzone m.in. przez J. Sariusza-Wolskiego, ale w pierwotnym zamierzeniu władz polskich prowadzić one miały jedynie do stowarzyszenia z EWG, a nie do uzyskania w nim pełnego członkostwa. Dopiero znacznie później, m. in. pod wpływem krytyki, strona polska zwróciła się do Brukseli o zawarcie w porozumieniu sformułowania o docelowym naszym członkostwie, na co tamta strona już nie przystała i skończyło się na jednostronnym zapisie oczekiwań strony polskiej w preambule tzw. Układu Europejskiego. Sama umowa stowarzyszeniowa, która weszła w życie 1 lutego 1994 r., została zresztą wynegocjowana na gorszych warunkach niż np. uczynili to Czesi czy Węgrzy. W rezultacie, mimo iż zawierała klauzule o tzw. asymetrii mające chronić nasze interesy gospodarcze przed silniejszym partnerem, w ciągu kilku lat jej obowiązywania doprowadziła do olbrzymiego polskiego deficytu handlowego z krajami UE sięgającego 10 mld USD. Taka jest jednoznaczna wymowa faktów.

Strategiczne, pełnoprawne członkostwo Polski w strukturach Zachodu nie było oczywiste nie tylko dla ministrów Rzeczypospolitej. Premier rządu RP T. Mazowiecki będąc w lutym ’90 r. na Zachodzie, tj. pół roku po przełomie solidarnościowym w Polsce i po „jesieni ludów", która zmiotła komunistyczne reżimy z Europy, nie przedstawił postulatu rozpoczęcia rozmów o członkostwie w EWG, ale jedynie ideę tzw. Rady Współpracy Europejskiej, a premier W. Pawlak jeszcze w lutym 1994 lansował w Brukseli ideę „Partnerstwa dla Rozwoju".

Czyż nie jest zatem wielce mówiące, że wszystkie (czytaj wszystkie) polskie propozycje sytuujące nas w szerszym, europejskim kontekście, o którym pisze Hall, obojętnie czy to składane oficjalnie w imieniu władz polskich w kancelariach europejskich, jak wspomniana idea „Rady Współpracy Europejskiej" premiera T. Mazowieckiego czy „Partnerstwo dla Rozwoju" premiera W. Pawlaka, czy nieoficjalnie, np. „NATO-bis" L. Wałęsy — zostały totalnie zignorowane, a w najlepszym razie zbyte jakże wymownym milczeniem przez ich adresatów!

„Doktryna przyjaciół"

„Nie chłodne rachuby, gospodarcza czy polityczna konieczność albo spontaniczne przekonanie — pisze dalej Żakowski — zdecydowało o przyjęciu Polski do NATO i UE, ale kilkudziesięciu wysoko postawionych przyjaciół głównie w Niemczech, Ameryce i we Francji. Ich więź z Polską i z polskim interesem oparta była częściowo na wspólnocie wartości i wizji świata, częściowo na wygasającej sympatii dla kraju, który pokojowo obalił komunizm." W tym miejscu godzi się przypomnieć, że tak jak polskie władze pierwszych lat postkomunizmu nie miały strategicznej wizji radykalnego przeprowadzenia Polski ze Wschodu na Zachód, tak ich zachodni koledzy bynajmniej nie czekali z szeroko rozłożonymi rękami na przyjęcie Polski natychmiast po upadku komunizmu. Proces uświadamiania sobie przez nich nieuchronności tego procesu był bardzo długi, a przekładanie tej świadomości na decyzje polityczne — jeszcze dłuższe.

Na tej drodze Polska otrzymywała różne wsparcie, lub odczuwała jego brak, z pewnością płynące także „z sympatii dla kraju", ale tym, co finalnie decydowało, to chłodne kalkulacje polityczne, militarne i ekonomiczne głównych decydentów Zachodu. W przypadku NATO początkowo był to program NACC (1991) i „Partnerstwo dla Pokoju" (1994) pierwotnie pomyślane jako substytuty pełnego członkostwa, w przypadku zaś UE, to Traktaty stowarzyszeniowe, a potem długie i trudne negocjacje poprzedzające podpisanie finalnych Traktatów członkowskich obwarowanych zresztą licznymi okresami przejściowymi, klauzulami bezpieczeństwa itp. W obu tych przypadkach Polska miała swoich „przyjaciół" nazywanych częściej „adwokatami", którzy chętnie publicznie deklarowali swoje poparcie dla Polski, wymieniali nawet konkretne daty akcesji (kanclerz Kohl, prezydent Chirac — Polska w Unii w roku 2000), co w niczym nie zmieniało faktu, że w ostatecznym rachunku politycy ci twardo bronili swych interesów narodowych (np. Niemcy — wprowadzając najdłuższe zakazy pracy dla Polaków) i odkładali ad acta deklarowane sympatie czy wzniosłe deklaracje.

„W Unii — dowodzi dalej Żakowski — Polska ma być takim nieznośnym bobasem robiącym wrzask z byle powodu i domagającym się w sprawach politycznych, a zwłaszcza symbolicznych, klauzuli najwyższego uprzywilejowania."

A czymże innym jak nie wymuszaniem przyznania „klauzuli najwyższego uprzywilejowania" było domaganie się, przez kierujące się otwarcie interesami narodowymi czołowe kraje Unii — Niemcy i Francję, które świadomie nie spełniały, przez 3 lata z rzędu, jednego z podstawowych kryteriów przynależności do strefy euro — tj. utrzymania deficytu poniżej 3 proc PKB., nienakładania na nie jakichkolwiek sankcji karnych. O postępowaniu zaś innych dużych krajów w Unii, jak np. Wielkiej Brytanii, zwłaszcza za rządów M. Thatcher, czy Hiszpanii i ich „wrzasku z byle powodu" można by z pewnością napisać wiele grubych książek…

Polska nie jest więc w takim postępowaniu żadnym wyjątkiem, a pohukiwanie, pouczanie — jak chce tego i robi to w stosunku do prezydenta RP D. Rosati — oraz przywoływanie jej do porządku, tj. do stosownego (czyt. biernego) zachowania się w rodzinie unijnej tylko z tego tytułu, że broni swoich racji, jest zasadniczym nieporozumieniem. Już Gombrowicz pisał, że żaden Anglik czy Francuz nie musi powoływać się na swoją europejskość, podczas kiedy Polak poczuwa sobie za obowiązek udowadnianie jej na każdym kroku. Dla Gombrowicza było takie postępowanie było dowodem zaściankowości i prowincjonalizmu…

Mityczny Trójkąt Weimarski

W tym też kontekście sytuuje się lipcowe „Oświadczenie" 8 byłych ministrów spraw zagranicznych RP w sprawie odwołania szczytu Trójkąta Weimarskiego. D. Rosati, sygnatariusz i inicjator Oświadczenia, powiedział „GW", że „nie ma nic przeciwko temu, aby ten list został potraktowany jako zwrócenie uwagi lub nawet pouczenie prezydenta Lecha Kaczyńskiego". Jego autorzy napisali m.in.: „Trójkąt Weimarski powstał 29 sierpnia 1991 roku z inicjatywy ministrów spraw zagranicznych Polski, Niemiec i Francji i miał na celu zacieśnienie współpracy Polski z krajami, które miały decydujący wpływ na rozwój sytuacji politycznej na kontynencie europejskim po II wojnie światowej. Trójkąt Weimarski był instrumentem umacniania międzynarodowej pozycji Polski i zapewnienia jej wpływu na politykę europejską".

Godzi się zatem przypomnieć, że inicjatorem weimarskiego spotkania był ówczesny minister spraw zagranicznych Niemiec H.-D. Genscher, który zaniepokojony rosnącą nieufnością Francji wobec aktywności Niemiec w Europie Środkowej po upadku żelaznej kurtyny, postanowił dać Paryżowi swoiste droit de regard w politykę Niemiec w tym względzie poprzez stworzenie jakiegoś dyskusyjnego forum. Stąd pomysł zaproszenia do Weimaru ministra z Francji, ale i z Polski, tj. kraju największego w tym regionie Europy, na nieformalne spotkanie i dyskusje oraz przegląd interesujących strony kwestii (patrz cytowana rozmowa z K. Skubiszewkim, „Rzeczpospolita"). A zatem w istocie Weimar w założeniu swoim miał nie tyle „umocnić międzynarodową pozycję Polski", ile przede wszystkim politykę Niemiec wobec Francji. Z czasem spotkania te zaczęły być rozbudowywane o udział innych ministrów, np. obrony narodowej, różnych ekspertów, aż w końcu i prezydentów, dając tym samym Polsce szanse odgrywania większej roli na scenie europejskiej, bardziej zresztą w płaszczyźnie publicystyczno-propagandowej, niż realnej.

Tak naprawdę szczyt Trójkąta raz tylko zmierzył się z problemami aktualnej wielkiej polityki, tj. we Wrocławiu, po tym, kiedy Polska zaangażowała się, w przeciwieństwie do Francji i Niemiec, w konflikt iracki, za co zostaliśmy publicznie zbesztani przez prezydenta Francji. Późniejszy wrocławski szczyt Chirac–Schröder–Kwaśniewski stał się zatem nie tylko okazją do wymiany pustych grzeczności prezydenta Francji w rodzaju mon cher Alexandre, ale i do sformułowania wspólnej polityki czy polityk Polski, Niemiec i Francji. Jak wiemy tak się nie stało, czego dowodem choćby nieinformowanie Polski o późniejszych rozmowach niemiecko-rosyjskich dotyczących planów budowy strategicznego gazociągu bałtyckiego mającego połączyć oba kraje.

Trudno nie zgodzić się z twierdzeniem Oświadczenia, że „współpraca ta nabiera szczególnego znaczenia w sytuacji, gdy Europa i Polska stoją przed nowymi wyzwaniami, a Polska jest szczególnie zainteresowana we współkształtowaniu polityki wschodniej Unii". Należy oczywiście żałować, że do wspomnianego spotkania nie doszło, podobnie jak i okoliczności, w jakich zostało ono odwołane, ale uznanie tego incydentu za „lekceważące wobec partnerów" jest wielką przesadą i nieporozumieniem. Jeżeli nawet uznać argument sygnatariuszy Oświadczenia, iż odwołanie spotkania nastąpiło „bez bardzo istotnej przyczyny", a nie jest to przecież bezdyskusyjne, to jak ocenić wcześniejszą wypowiedź prezydenta Francji, J. Chiraca, który publicznie zganił Polskę za to, że nie „siedziała cicho" i ośmieliła się prowadzić samodzielną politykę, czy jeszcze wcześniejsze postępowanie poprzedniego prezydenta Francji, F. Mitterranda, który wprowadził oficjalnie zaproszonego do Pałacu Elizejskiego i formalnie reprezentującego przecież najwyższe władze Polski gen. W. Jaruzelskiego, nie tak, jak w przypadku innych notabli, tj. od frontu pałacu, ale …kuchennym wejściem.

Kto z sygnatariuszy tego „Oświadczenia" nadał wówczas podobny „sygnał skierowany na zewnątrz", do społeczności międzynarodowej? A przecież trudno uznać takie i im podobne słowa i gesty za pełne szacunku i respektu dla Polski. Kandydująca na stanowisko kanclerza Niemiec A. Merkel zapewniała prywatnie i publicznie polskich polityków podczas swej wizyty w Warszawie, iż w przypadku objęcia władzy nie będzie już ważnych kanclerskich podróży do Moskwy z pominięciem Warszawy i istotnie słowa dotrzymała, ponieważ kluczowe z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego Polski spotkanie z prezydentem W. Putinem i z przedstawicielami firm energetycznych obu krajów — E.ON-u i Gazpromu — odbyło się nie w Moskwie, ale w …Tomsku (26–27 kwietnia br.). Czy i jak skutecznie, trzeba zapytać, polskie żywotne interesy były tam respektowane?.. Nie są to bynajmniej odosobnione przykłady — wiele przecież wskazuje na to, że polityka obecnego rządu Niemiec w interesującym nas tutaj zakresie różni się od polityki swego poprzednika nie tyle w treści, ile w formie, tzn. wszędzie tam gdzie rząd kanclerza Schrödera mówił wprost o interesach niemieckich, rząd kanclerz A. Merkel wysuwa na pierwszy plan interesy Unii Europejskiej, które zgodne są z racją stanu Niemiec i dlatego wymagają poparcia innych. A przecież nie jest to takie bezdyskusyjne i oczywiste. Także i w tym przypadku daremnie szukać sygnału sygnatariuszy oświadczenia „skierowanego na zewnątrz", do społeczności międzynarodowej.

Właściwie można przyjąć za pewnik, że sygnatariusze Oświadczenia mieli świadomość, iż odwołany szczyt weimarski, nawet gdyby się odbył, nie zmieniłby ani stanowiska kanclerz Merkel w sprawie bałtyckiej rury, ani poparcia jakiej jej udziela prezydent Chirac, podobnie jak nie podjęto by tam zasadniczych decyzji np. w sprawie eurotraktatu. Przy dobrej woli wszystkich stron byłaby to poważna rozmowa, wymiana poglądów, debata polityczna bez żadnego przełomu. A jeśli tak, to i straty z powodu jej odwołania, nie są tak katastrofalne jak się utrzymuje.

Jest dobrze

Rządząca dziś Polską koalicja naszą politykę zagraniczną ocenia oczywiście w innych kategoriach. Żadnego katastrofizmu poprzedników, żadnego narzekania, połajanek, dominuje przekonanie — jest dobrze. A. Bielan, eurodeputowany PiS: „Jeśli chodzi o polski rząd jest on bardzo aktywny na arenie europejskiej. Wszyscy pamiętamy doskonale ofensywę dyplomatyczną premiera Marcinkiewicza przed grudniowym szczytem UE, który kończył negocjacje nad budżetem Unii. Myślę, że zdecydowana większość obiektywnych obserwatorów uzna ten szczyt za duży sukces dyplomacji polskiej". I dalej: „Czy Polska ma wizję swojej obecności w instytucjach unijnych? Generalnie cała Unia jest w głębokim kryzysie" (Jaka Polska w jakiej Unii Europejskiej, „Rzeczpospolita" 17.07.2006). Wniosek z tego prosty — gdzie mogliśmy, tam odnieśliśmy sukces, tam gdzie go nie ma, jesteśmy usprawiedliwieni, bo cała Unia pogrążona jest w kryzysie. Trudno podzielić takie rozumowanie. Jest prawdą, że premier K. Marcinkiewicz odniósł, czego nikt się nie spodziewał, sukces w negocjacjach budżetowych UE na lata 2007–2013, ale też jest i prawdą, że sukces ten byłby niemożliwy bez pomocnej dłoni kanclerz Niemiec A. Merkel i wspaniałomyślnej decyzji o przekazaniu na rozwój regionów zaniedbanej wschodniej Polski 100 mln euro z puli „niemieckich" pieniędzy. Liczyliśmy na wsparcie Anglików, ale to nie oni, lecz Niemcy nas wsparli, a zatem zgodnie z prawdą trzeba by tu raczej mówić o wspólnym sukcesie

W UE w istocie mamy do czynienia z kryzysem wywołanym odrzuceniem eurotraktatu przez Francję i Holandię, dwa kraje założycielskie EWG, a zatem takie, których odmowy przyjęcia europejskiej konstytucji nie można ani marginalizować, ani przeczekać z nadzieją na pozytywną powtórkę (patrz casus powtórzonych negatywnych głosowań w Danii i Irlandii). Czas refleksji nad tą sytuacją, jaki teraz mamy, już niebawem, wraz z objęciem prezydencji przez Niemcy 1.01.07, się skończy, i nie ulega najmniejszej wątpliwości, że dla Niemców wyprowadzenie Unii z kryzysu traktatowego będzie absolutnym priorytetem. Polska nie może sobie pozwolić na błogie przespanie tego okresu, podobnie jak zgodnie przespali go polscy wysłannicy do Konwentu przygotowującego Traktat konstytucyjny. To „zgromadzenie eunuchów", jak je dosadnie określił brytyjski „The Economist", nie było jednak tak bezpłodne, skoro przygotowało dokument, który przyciął nam husarskie skrzydła, tj. ograniczył liczbę głosów Polski na forum Rady Unii Europejskiej, jaką przyznał nam Traktat Nicejski. Traktat konstytucyjny, martwy czy nie, ma swoje plusy, ma i minusy, ale — co jest dla nas najważniejsze „jego duch" — nie oddaje historycznej sprawiedliwości narodom Europy Środkowej i Wschodniej, tj. nie „nadwartościowuje" państw małych, jak to czynił Traktat Rzymski wzmacniając np. Luksemburg, ani nie „doposaża" biedniejszych (jak to było w przypadku kolejnych rozszerzeń, np. o Grecję czy Hiszpanię). W rezultacie rozszerzona UE daje dziś mniejsze polityczne możliwości, co jest paradoksem, wszystkim jego członkom do budowy przestrzeni bezpieczeństwa, tworzenia wzrostu gospodarczego i rozwoju cywilizacyjnego, niż czyniło to EWG 6 państw czy Unia Europejska „15".

Unia mniej hojna wobec najbiedniejszych, a wzmacniająca i tak już mocnych na forum Rady Unii Europejskiej umożliwia natomiast najsilniejszym wykorzystywanie ich pozycji dla obrony partykularnych interesów narodowych (np. Francji tworzenie w przemyśle tzw. championów narodowych, a Niemcom forsowanie budowy wraz z Rosją superkosztownej bałtyckiej rury). A zatem mamy dziś do czynienia z faktem „późnej akcesji", za co narody drugiej, historycznie poszkodowanej, wszak nie tylko przy udziale, ale i za zgodą Zachodu, połowy Europy muszą płacić skazaniem na pogłębienie ich peryferyjności, podporządkowaniem się silniejszym (patrz casus Litwy, której zablokowano wejście do strefy euro) i marginalizacją wobec decyzyjnego centrum. Unia, jeśli chce nadal realizować swą historyczną misję, musi nie tylko respektować, ale więcej — zabiegać o interesy wszystkich swoich członków, a nie tylko dbać o rozwiązania korzystne dla głównych decydentów. Oczekiwanie, iż Niemcy, w czasie swojej zbliżającej się prezydencji, sami przez się, doprowadzą do powstania koncepcji bardziej zrównoważonej Unii, byłoby myśleniem złudnym, natomiast nadzieja na to, iż Berlin uważnie pochyli się nad projektem innego podejścia do dalszego funkcjonowania i rozwoju UE, w którym to, co prawdziwie europejskie i wspólnotowe przeważy nad tym, co zachodnie czy tylko koncentrujące się wokół takiego czy innego „twardego jądra" (patrz dawny projekt z 1994 r. deputowanych CDU Schaublego i Lammersa czy niedawne propozycje premier Belgii Guy Vershofa), nie jest bezpodstawna. Ale z tym projektem, nową koncepcją myślenia o UE, i to nie tylko w przypadku rewizji Traktatu konstytucyjnego, winna wyjść strona polska nie czekając biernie na inicjatywy innych, zwłaszcza, kiedy ma ambicje, bo ma, uprawiania podmiotowej polityki na arenie europejskiej.

„Jeśli chcemy odgrywać rolę bardziej podmiotową — dowodzi w "Gazecie" (PiS ma pomysł na Europę, 2.08.06) inny europoseł PiS-u, K. Szymański — musimy być zdolni do konfrontacji." Zgoda, ale nie każdej konfrontacji, konfrontacji dla konfrontacji, lecz do konfrontacji intelektualnej, koncepcyjnej, inspirującej otwarcie przed Unią nowych perspektyw, chciałoby się powiedzieć konfrontacji kreślącej w konsekwencji nową wizję Europy, wizję, której dzisiaj Unii tak dramatycznie brakuje. Takie podejście nie tylko zdejmie z Polski opinię kraju jedynie wyciągającego ręce po unijne pieniądze (tak jakby inni członkowie chcieli tylko dokładać do unijnej kasy), ale pokaże konstruktywne podejście do podstawowych problemów unijnych, których przecież aż nadto. I udowodni, iż w Brukseli Polacy mogą nie tylko wpisywani być w już gotowe, unijne schematy i programy, co niestety było i nadal jest powszechną praktyką naszych głośnych i przywykłych do unijnego mentorstwa euroentuzjastów, ale sami potrafią być autorami twórczych i konstruktywnych projektów.

Oczywiście nie jest to proces ani łatwy, ani prosty, nie gwarantuje też, w przypadku wejścia na tę drogę, sukcesu. Gwarantuje jednak inne postrzeganie Polski, tj. już nie tej bezproblemowej, bo posłusznej Brukseli i bezwolnej, ani tej krzykliwej, tzn. domagającej się swego i forsującej narodowe racje. Umożliwi traktowanie Polski jako kraju trudnego partnerstwa, ale określającego i realizującego swe interesy we wzmacniającej się wspólnocie europejskiej. Chciałoby się powiedzieć pozwoli na docenienie wielkiej Polski.

Czy jest to w ogóle możliwe? Tak, pod warunkiem, że Polska nie będzie osamotniona, jak z reguły to bywa, w tej batalii. „Szukamy sprzymierzeńców — argumentuje europoseł PiS Bielan w debacie "Rzeczpospolitej". — Polska odchodzi od tradycyjnego sojuszu z Francją i z Niemcami ma rzecz sojuszów doraźnych. Tak postępuje zdecydowana większość krajów w Unii Europejskiej". Nie brzmi to jednak, sądząc po rezultatach tej taktyki, wiarygodnie. Sztandarowy projekt rządu Marcinkiewicza, Pakt energetyczny, jakże ważny dla Polski, poległ w Brukseli, nie tylko dlatego, że na samym wstępie utrudniliśmy sobie zadanie łącząc w jednym projekcie uczestnictwo w Pakcie NATO i UE (rezultat: gwarantowany sprzeciw Francji), ale także dlatego, że nie potrafiliśmy zbudować wokół tej inicjatywy wpływowej koalicji. Lubo Vesely, czeski politolog z Associacie Pro Mezynarodni Otazky, Praha: „przecież prowadzenie tego gazociągu po dnie Bałtyku też nie leży w czeskim interesie, ale nasi politycy nie mogą dowiadywać się o tym z gazet czy z telewizji" („Przegląd Środkowoeuropejski" nr 42, maj 2006). A zatem Czesi mogliby w kwestii energetycznej działać wspólnie z Polską…, mogliby, gdyby tylko w odpowiednim czasie i formie zostali o tym powiadomieni. Przypuszczalnie nie tylko oni…

Jakim krajem jesteśmy?

I tu dochodzimy do istotnej kwestii, tj. określenia naszej siły, pozycji i miejsca w dzisiejszej Europie. Jakim krajem jesteśmy? Czy Polska jest dużym krajem europejskim, mocarstwem regionalnym, liderem mniejszych państw, czy środkowo-wschodnią peryferią decyzyjnego Zachodu? Ktoś powie — żadnym z tych proponowanych wariantów i każdym z nich po trochu. Być może jest w tym nieco racji. Przede wszystkim jednak Rzeczpospolita Polska anno 2006 jest państwem na dorobku, tj. krajem, który daleki jest jeszcze od wyznaczenia swego miejsca i znaczenia na kontynencie. Tak, jak po historycznych wyborach czerwcowych 1989 r. elity polityczne i decyzyjne Polski przez co najmniej 4 lata wahały się i na dobrą sprawę nie wiedziały jak poradzić sobie ze spuścizną pojałtańską i głębokim cieniem Kremla, nim podjęły zdecydowane działania o zapewnienie miejsca Polski na Zachodzie, tj. w NATO i w UE, tak dzisiaj, ich następcy zmagają się z innym zasadniczym pytaniem — jaka Polska w jakiej Unii? Jest to nawet problem większy — jest jeszcze większy, ponieważ miejsce pewnej i stabilnej EWG i monolitycznego oraz dającego gwarancje pełnego bezpieczeństwa swym członkom NATO początku lat 90. zajęła Unia rozdarta między schodzącą z areny historii koncepcją „państwa opiekuńczego" a wymogami liberalnej gospodarki stojącej wobec wyzwań globalizmu, oraz ewoluujące NATO odchodzące od wymogu „twardego sojuszu polityczno-wojskowego" na rzecz systemu zbiorowego bezpieczeństwa wzmocnionego i uzupełnionego koncepcją zmiennych koalicji tzw. gotowych i chętnych.

Sytuacja ta jest dla nas także mniej korzystna, ponieważ sytuacja międzynarodowa nie umożliwi już nam, jak w sprzyjających Rzeczpospolitej latach 90., korygowania braku strategii dla Polski i błędów popełnianych przez naszych czołowych polityków. Rosja dzięki drogiej ropie i silnej prezydenturze W. Putina oraz Niemcy rządzone przez wielką koalicję ze sprawną panią kanclerz A. Merkel w niczym nie przypominają eksperymentującej z rachityczną demokracją Rosji czasów B. Jelcyna, czy Niemiec zmagających się z kosztami swego zjednoczenia kanclerza H. Kohla. Obydwa kraje wywierają i wywierać będą znaczny wpływ na politykę europejską i to one i ich polityka, a nie Polska z początkowego okresu inwazji irackiej, stanowić będą dla naszego deklarowanego strategicznego partnera — USA — zasadniczy punkt odniesienia na mapie Europy w nadchodzących latach.

Mamy zatem sytuację jak w klasycznej Grecji — panta rei, wszystko w ruchu. W tej dynamice, w tej dzisiejszej nieokreśloności europejskiej dzisiejsza Polska odnajdzie i umocni się tylko wówczas gdy prowadzić będzie odważną, mądrą i innowacyjną politykę zagraniczną. Wówczas, kiedy porzuci niedobrą praktykę swoich poprzedników, tj. udzielania bez mała automatycznej zgody na bierne wpisywanie nas w politykę i racje innych (casus zaangażowania Polski w Iraku) i kiedy polityka zagraniczna Rzeczpospolitej będzie wreszcie aktywna, a nie tylko reaktywna. Realizacja takiej polityki winna być naszym najważniejszym atutem, to powinna być polska mocna karta. Polska nie ma za sobą ani potęgi gospodarczej, jak Niemcy, ani tradycji bezwzględności w dążeniu do realizacji narodowych interesów, jak Rosja, nie może pozwolić sobie na spendid izolation, jak Anglia czy zadowalać się tym, o czym zdecydują wielcy, jak Malta czy Estonia. Nierealne jest też liczenie na liderowanie wpływowej grupie regionalnej, gdyż takiej nie ma i nie będzie, czego dowodem Historia, zarówno ta dawna, jak i najnowsza. Realne natomiast winno być podejmowanie prób rozwiązania, a nie uciekanie przed nimi, ważnych, aktualnych i trudnych problemów Unii Europejskiej, takich jak Traktat konstytucyjny, reforma Wspólnej Polityki Rolnej, kształtowanie wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, by wymienić tylko kilka z nich. I mozolne zdobywanie poparcia w łonie UE dla proponowanych rozwiązań. W ramach takiej polityki to nie kto inny jak premier Jarosław Kaczyński może doprowadzić do prawdziwego przełomu w stosunkach z Niemcami czy z Rosją, to koalicyjni ludowcy mogą przyczynić się do prawdziwego zreformowania Wspólnej Polityki Rolnej UE, i to Roman Giertych może sprawić, że kultura duchowa narodu dużego państwa członkowskiego nie będzie oceniana jako sprzeczna z wartościami Unii Europejskiej.

Jest to oczywiście tylko szansa, szansa znacznie mniejsza niż miały ją wcześniejsze rządy kierujące Rzeczpospolitą, ale jednak szansa. By ją wygrać sternicy nawy państwowej muszą porzucić zadufanie w sobie i dogmat o własnej nieomylności, czego nie uczynili ich poprzednicy, np. były min. K. Skubiszewski, gdy forsował plan oparcia polskiego bezpieczeństwa na mgławicowej KBWE, a nie na NATO, podobnie jak były przewodniczący sejmowej komisji obrony narodowej, B. Komorowski, kiedy przeciwny był aktywnemu zaangażowaniu się Polski w tworzenie europejskiej strategii bezpieczeństwa (wystarczy nam NATO), czy wreszcie jak były prezydent A. Kwaśniewski, który, jak sam to dziś przyznaje, został wprowadzony w błąd przez C. Powella przed wysłaniem naszych wojsk do Iraku. Nieomylny jest, jak wiadomo, tylko papież, ale przecież dopiero od niedawna i tylko w kwestiach wiary rzymskokatolickiej, ale już nie w sprawach dotyczących polityki watykańskiego państwa. Jeśli ta szansa zostanie wygrana, Polska będzie ważnym, ciekawym i wpływowym krajem w Unii Europejskiej, w świecie zresztą także. Jeśli zaś przegrana, to nadal jedynym polskim ministrem spraw zagranicznych, który zapisał się na kartach powojennej dyplomacji kontynentu jako autor ważnego europejskiego projektu, pozostanie komunistyczny minister Adam Rapacki ze swym planem strefy bezatomowej dla Europy Środkowej, planem sformułowanym… pół wieku temu.

Ryszard Bobrowski


HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page


INTERNET CONSULTANT