Mapa (klikalna)

Polskie wojsko w Afganistanie

Radosław Sikorski

4.12.2006 Fundacja im. S. Batorego w Warszawie zorganizowała debatę pt. "Polskie wojny... Irak, Afganistan" z udziałem min obrony RP Radosława Sikorskiego, byłego ministra obrony Janusza Szmajdzińskiego, byłego ministra spraw zagranicznych Adama Rotfelda, posła Jana Marii Rokity i innych polityków i ekspertów. Poniżej zamieszczamy obszerne fragmenty wystąpienia min. R. Sikorskiego. Tekst nieautoryzowany, śródtytuły pochodzą od redakcji.

Nie dla misji polskiego wojska w Afganistanie

Mówienie w Warszawie, stolicy kraju, który stracił 6 milionów obywateli w ostatniej wojnie, o Iraku i Afganistanie jako polskich wojnach jest nie tylko grubą przesadą, ale wręcz zakrawa na bluźnierstwo. Pomijam już to, że ofiary są znacznie mniejsze i nieporównywalne do ofiar prawdziwych wojen, jakie miewaliśmy w naszej historii. Po drugie - pamiętajmy, co nasi żołnierze tam robią - oni są atakowani, ale walczą w bardzo małym zakresie; przede wszystkim jednak konwojują, rozminowują teren, szkolą Irakijczyków.

Chciałbym też rozróżnić polityczny aspekt zaangażowania w Iraku i w Afganistanie w polskim, wewnątrzpolitycznym sensie. Gdy poprzedni rząd wysyłał naszych żołnierzy do Iraku, to mimo tego, że ten krok już wtedy był niepopularny, ta strona, którą ja dziś reprezentuję bardzo mocno tę decyzję rządu wsparła. Było to częścią realizacji zgody narodowej w tak ważnych kwestiach jak obronność i nasze wojskowe misje zagraniczne. Dzisiaj tego nie ma. Odpowiadając w Sejmie na dosyć agresywne pytania poselskie czuję się osamotniony, ponieważ nie ma jedności nie tylko między rządem a opozycją, ale nawet w niektórych regionach koalicji rządowej. Ale my to przyjmujemy. Przyjmujemy także i to, że społeczeństwo do tej misji jeszcze nie jest przekonane, że 80 proc. tej misji nie popiera.

Z pewnością w dyskusji na ten temat padną argumenty o tym, że rząd wysyła żołnierzy do Afganistanu wbrew opinii społeczeństwa, że sposób zakomunikowania tej decyzji był nieprawidłowy, że jesteśmy nadgorliwi, że planujemy wysłanie do Afganistanu zbyt dużej ilości wojsk, podczas gdy znacznie większe, silniejsze państwa wcale nie kwapią się do udziału w tej operacji, że inne kraje trzymają swoje wojska w bezpiecznych regionach, a my z nadgorliwości pchamy się na pierwszą linię, itp. Padną też głosy mówiące o tym, że operacja w Afganistanie psuje Sojusz, tzn. że przez to rozwija się on w kierunku ekspedycyjnym, daleko od Europy, gdzie nie mamy narodowych interesów, że zamiast wysyłać wojsko do Afganistanu powinniśmy wysyłać je do Libanu, gdzie Stany Zjednoczone też chcą byśmy byli zaangażowani, co przyniosłoby większe strategiczne korzyści. Argumentować się również będzie, że misja jest bardzo kosztowna, a przecież są inne potrzeby nie tylko w całej gospodarce narodowej, ale w samych siłach zbrojnych. I wreszcie przeciwnicy tej misji powiedzą, że w Afganistanie jeszcze nikt nie zwyciężył, że podzielimy los ZSRR, że staniemy się okupantem i podzielimy los zarówno Brytyjczyków, jak i Sowietów.

Fakty i mity

Nie zgadzam się z tymi argumentami, ale zaznaczam, że wszystko to, co przedstawiam, to moje osobiste poglądy. Jeśli o nadgorliwość chodzi to po prostu nieprawdą jest, że będziemy mieli więcej wojska, niż inne zaangażowane w Afganistanie kraje. W tej chwili Kanada, kraj od nas mniej ludny, ma 1785 żołnierzy, Holandia, znacznie od nas mniejsza, ma 2046 żołnierzy, Niemcy, kraj ludniejszy - 2793 żołnierzy, a my aktualnie mamy 190. Tzn. że w Polsce na 1 żołnierza w Afganistanie przypada 1 545 406 mieszkańców i to jest najniższy stosunek ludności do sił zaangażowanych w Afganistanie w całym Sojuszu Północnoatlantyckim. Luksemburg ma jednego żołnierza na 49 tys., Islandia - na 17 tys., Słowenia - na 32 tys mieszkańców, itd. itd. Nawet po zamierzanym wzmocnieniu, które planujemy do 1200 żołnierzy, na jednego żołnierza przypadać będzie 32 tys. mieszkańców.

Zaangażowanie naszych wojsk w Afganistanie, i w ogóle w operacje, nadal będzie na bardzo skromnym poziomie; ono będzie niższe niż było za poprzedniego rządu, gdy dochodziło do 4500 i znacznie poniżej tego, czego oczekuje od nas Sojusz - mamy 148 tys. żołnierzy, a Sojusz wymaga, aby 8 proc. sił zbrojnych było zaangażowanych, lub gotowych do bezpośredniego zaangażowania, czyli powinniśmy wysłać dywizję 12 tysięcy. Tymczasem mamy poniżej 3 tys. za granicą, tzn. jedną czwartą tego, co jest przez Sojusz wymagane.

Nie jest też prawdą, że misja, której podejmujemy się w Afganistanie będzie bardziej dla nas niebezpieczna niż dla innych krajów. Brytyjczycy, Holendrzy, Kanadyjczycy rzeczywiście walczą na pierwszej linii frontu, a my będziemy mieli swoją strefę odpowiedzialności we wschodnim regionie Afganistanu, ale będziemy przychodzili naszym sojusznikom z pomocą. Chcemy się zachowywać tak, jak chcielibyśmy, aby inni zachowywali się wobec nas. Prawdą jest, że nastąpiła zmiana w sposobie dowodzenia misją AISAP. Ona nie nastąpiła z jakiejś chęci dyskryminowania Polski, tylko dlatego, że dowództwo Sojuszu uznało, że to będzie skuteczniejsza, bardziej płynna formuła przekazywania sobie obowiązków. Większość oficerów ze Szczecina pojedzie do Afganistanu i do dowództwa NATO i ISAF-u, natomiast to, że Polak nie będzie dowodził, wynika z decyzji o przekazaniu NATO całości sił, a więc także sił amerykańskich w Afganistanie. Bałamutne jest też twierdzenie, że mogliśmy wysłać tylko dowództwo, tylko generałów, bez żołnierzy, którzy muszą służyć na pierwszej linii frontu. Teraz argument mówiący o tym, że Afganistan psuje Sojusz, że NATO rozwija się w kierunku ekspedycyjnym. Po pierwsze obecny rząd nie ma w tej kwestii nic do decydowania, bo decyzja o zaangażowaniu się w Afganistanie była podjęta z udziałem Polski przez poprzedni rząd. Dzisiaj jesteśmy tam, gdzie jesteśmy, ale wydaje się, że byłoby zupełnie niezrozumiałe, gdyby Sojusz nie zadziałał w sytuacji, w której nasz największy sojusznik został ugodzony i stracił największą liczbę swych obywateli, tj. ponad 3 tys. niewinnych ludzi, w największym ataku z zagranicy na swoje terytorium w 200-letniej historii. Oczywiście jest paradoksem, że NATO było tworzone po to, by umożliwić Stanom Zjednoczonym obronę Europy, a okazało się, że podejmujemy działania, ponieważ to Stany Zjednoczone zostały zaatakowane. Ale takie jest prawo niekonsekwencji. Po to mamy siły zbrojne, aby reagować właśnie w takich przypadkach, których najmniej się spodziewamy. A zatem pomimo tego, że formalnie operacja NATO w Afganistanie nie jest operacją prowadzoną z 5 art. Traktatu Waszyngtońskiego, to Sojusz mówił o art. 5 i tak jest to postrzegane. Myślę, że gdyby Sojusz nie zaangażował się w tę w operację, gdyby nie pokazał Stanom Zjednoczonym, że stoimy razem z nimi w momencie kiedy oni zostali zaatakowani, to nie moglibyśmy się dziwić gdyby Kongres amerykański stracił zainteresowanie dla Sojuszu i dla pomocy Europie w podtrzymaniu jej bezpieczeństwa.

Z kolei argument o tym, że powinniśmy wysłać wojska do Libanu zamiast do Afganistanu abstrahuje od realiów, gdyż zadeklarowaliśmy podwojenie naszego kontyngentu w Libanie, tylko jest tu problem - mamy 300 żołnierzy, a dowództwo operacyjne ONZ-towsko-unijne w Libanie nawet 200 z nich nie chce przyjąć. Trudno jest przecież siłą zmuszać żołnierzy do wyjazdu. Zadeklarowaliśmy kompanię manewrową, potrzebni są nasi w logistyce, a zatem mimo całych zaawansowanych geopolitycznych argumentów naprawdę nie mogę wysłać żołnierzy tam, gdzie są oni niechciani.

Koszt - 300 mln złotych jest oczywiście sporym kosztem, ale dzięki decyzjom prezydenta i premiera budżet MON na rok 2007 jest niezły, ponieważ wynosi 20,5 mld zł. Suma 300 mln zł może się zwiększyć, ponieważ na bezpieczeństwie żołnierzy nie będziemy oszczędzać, ale też może się zmniejszyć, ponieważ dzięki sojuszniczej decyzji Stanów Zjednoczonych przerzut naszych żołnierzy, tam i z powrotem, również sprzętu i darów dla armii afgańskiej, odbędzie się na koszt armii USA.

Wreszcie twierdzenie, że stajemy się okupantami tak, jak był nim Związek Radziecki. Ja bywam w Afganistanie od 20 lat. Byłem np. w Heracie, gdzie wokół budynku szkoły zostały rozstawione namioty, w których na zmiany uczyły się dzieci i gdzie można było robić coś tak prostego jak uczyć w szkole. To naprawdę coś innego od tego, czego doświadczał Afganistan za okupacji sowieckiej. Znajmy miarę spraw. W latach 80. w Afganistanie zginęło prawie 1,5 mln Afgańczyków. Co oznacza, że ginęło tam miesięcznie dziesiątki tysięcy ludzi. W l. 90., w czasie wojny domowej, ginęły tam setki ludzi miesięcznie. Dzisiaj giną dziesiątki. W Afganistanie więcej ludzi ginie w wypadkach samochodowych niż w politycznej motywowanej przemocy. To naprawdę nie jest tak, że powtarzamy to, co robił tam Związek Radziecki. Jesteśmy tam na prośbę demokratycznie wybranego rządu afgańskiego, w którym np. po raz pierwszy zasiadają kobiety, i jesteśmy tam dlatego, bo Afgańczycy sobie tego życzą.

Dlaczego tam jedziemy?

Jakie widzę argumenty za naszą obecnością w Afganistanie? Po pierwsze uważam, że jest coś takiego jak wdzięczność historyczna. Gdyby nie Afgańczycy, gdyby nie to, że armia radziecka w 1980 r. już była zaangażowana w Afganistanie, to kto wie, w jaki sposób zduszona byłaby rewolucja "Solidarności" lat 1980/81. My tego nie wiedzieliśmy, ale radzieckie politbiuro doskonale wiedziało, że ma już jeden front otwarty, i że otwieranie drugiego frontu w Europie może nie jest najlepszym pomysłem. To w latach 80. wojna Afganistanie kosztowała ZSRR ponad 100 mld dolarów; być może to właśnie tych pieniędzy zabrakło przywództwu radzieckiemu na taki sposób wyjścia z komunizmu, z jakim mieliśmy do czynienia w Chinach, tj. bez utraty władzy przez partie komunistyczną, być może bez rozpadu Układu Warszawskiego z wiadomymi konsekwencjami dla naszego kraju. Mamy sojusznicze zobowiązania. W Polsce w tej chwili mamy do czynienia z pewnym izolacjonistycznym klimatem, tak jakby Polska była wyspą, lub wręcz oddzielną planetą. Każdy, kto zna naszą historię wie, że niejednokrotnie o naszych losach decydowano poza granicami Polski. A to oznacza, że Polska jest częścią systemu międzynarodowego i musi się w ten system wpisywać, a zatem nasze żywotne interesy rozgrywają się nie tylko na terytorium naszego kraju. Uczestniczyliśmy w podejmowaniu tej decyzji, jesteśmy za nią współodpowiedzialni, nasz udział będzie proporcjonalny do naszych możliwości. Jak to stwierdził szczyt Sojuszu w Rydze, misja afgańska to jest najważniejsza misja Sojuszu w jego historii. Od tej misji zależy wiarygodność Sojuszu. Jeżeli chcemy w NATO odgrywać jakąś rolę musimy w niej wziąć udział. To buduje pozycję naszego kraju. W Rydze nasz prezydent zabierał głos jako szósty mówca debaty, mimo że kraje, które mają większe armie i większe budżety obronne, jak choćby Turcja, mówiły po nim. A więc jesteśmy postrzegani jako szósty kraj w NATO; to już jest naprawdę nieźle. Ale ta pozycja jest budowana nie przez siedzenie w domu, nie przez chodzenie na parady, czy udział w krajowych ćwiczeniach, ale także przez wysyłanie żołnierzy na niebezpieczne misje.

NATO realizuje w Polsce pakiet inwestycyjny o wartości 2 mld zł. Tylko w 2006 r. zainwestowano 460 mln zł. A zatem, zapytam, co? - NATO inwestuje w nasze porty, nasze lotniska, nasze radary po to, by móc przyjść nam z pomocą w razie potrzeby wzmocnienia naszego kraju, a my będziemy się wymigiwali od tej najważniejszej misji Sojuszu. Jeżeli chcemy, ażeby w Polsce powstała baza systemu AGS, tj. najnowocześniejszego systemu zwiadu naziemnego w historii Sojuszu, jeżeli chcemy, ażeby powstało w Polsce coś, o czym będziemy mieli pewność, że Sojusz będzie musiał tego bronić, baza, w której, jeśli system w ogóle powstanie, będzie pracować 3 tys. ludzi, to musimy - minister spraw zagranicznych, prezydent, premier - mieć w tych rozmowach z partnerami argumenty, musimy pokazywać solidarność z sojusznikami na innych polach.

Nie popełniajmy błędów innych krajów - przypomnę, że to właśnie innemu, bardzo poważnemu krajowi wydawało się, że Afganistan nie ma żadnego wpływu na jego bezpieczeństwo. Dzisiaj wiemy, że tolerowanie miejsc, w których nie ma władzy państwowej, z których może nastąpić atak, może mieć bardzo konkretny wpływ na bezpieczeństwo nawet bardzo potężnych krajów. Wreszcie pamiętajmy, że 90 proc. narkotyków, które trafia na rynki europejskie, pochodzi właśnie z Afganistanu. Ile wojsko jest naprawdę warte przekonujemy się nie na paradzie, gdzie pięknie wygląda, ale dopiero, gdy jest użyte. Myślę, że nie zdradzę tajemnicy, kiedy powiem, że min. Szmajdziński poinformował mnie, że dopiero w Iraku przekonaliśmy się, ile tak naprawdę warte jest nasze wojsko, dopiero tam powstało nowoczesne wojsko Rzeczpospolitej. A w Afganistanie - tu postawię ryzykowną dla mnie tezę - przekonamy się czy jesteśmy gotowi do wejścia do pierwszej ligi armii natowskich. I to będzie tym ważniejsze, im więcej zobaczymy słabości. Będą bowiem błędy ludzi, będą mankamenty sprzętu, ale to właśnie na tym polega, że o nich nie dowiemy nie wysyłając tam ludzi. I właśnie na błędach będziemy się uczyć. I lepiej się tego nauczyć w Iraku czy w Afganistanie, niż pod Modlinem czy w Warszawie.

W latach 90. dokonało się coś nowego. Po raz pierwszy oswajamy się z tym, że Polacy jeżdżą na misje i już nie walczą o niepodległość Polski w klasyczny sposób. Postawię taką tezę - przez 300 lat przyzwyczailiśmy się do tylu klęsk, tyle razy musieliśmy walczyć w kraju w beznadziejnych warunkach, że uznaliśmy, że to jest naturalne, tzn., że o wolność ojczyzny walczy się tylko w kraju. A teraz staliśmy się normalnym krajem, którego niepodległość nie jest zagrożona, i który wysyła wojsko nie tylko po to, by bronić okopów Św. Trójcy, albo walczyć na gruzach swoich miast, tylko tak jak inne normalne kraje, walczyć o swoje interesy na dalekich rubieżach. I lepiej walczyć na dalekich rubieżach, niż w kraju.

Wyobraźmy sobie, że argumenty oponentów tej misji przeważają, i że rząd decyduje, iż nie angażujemy się w tę niepopularną i ryzykowną dla nas misję wojskową. Co się wtedy stanie? Bez wsparcia społeczności międzynarodowej Sojusz poniesie w Afganistanie spektakularną porażkę, ponieważ rząd Hamida Karzaja upadnie. Zwyciężą talibowie. Sojusz przetrwa, ale utraci połowę swojej siły, która polega na sile odstraszania, tj. na tym, że potencjalni jego wrogowie dwa razy się zastanowią zanim nas zaatakują. Póki co, oni wierzą, że jak NATO podejmuje się jakiegoś zadania, i jak NATO idzie na wojnę, to NATO wygrywa. Po porażce w Afganistanie takie przekonanie stałoby się rzeczą wątpliwą. I mogłoby się tak stać, że to, na co dzisiaj liczymy, tj. na wsparcie i pomoc Sojuszu, jest nierealne, gdyż po tamtej stronie nie ma nic, ponieważ NATO przerodziło się z twardego sojuszu wojskowego w klub polityczny, w OBWE bis. Tam można by sobie pogadać, ponegocjować, ale gdyby przyszło, co do czego, nie można by liczyć na pomoc takiego klubu. I ten argument chciałbym zadedykować wszystkim oponentom tej misji. A gdyby ten czarny scenariusz miał się zrealizować, to proszę pamiętać, że my przed nim ostrzegaliśmy.


HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page


INTERNET CONSULTANT