Mapa (klikalna)

POLSKA

O naprawie państwa i demokracji

Jan Maria Rokita

Były poseł PO, członek byłej Komisji sejmowej ds. zbadania tzw. afery Rywina. 6.12.2007 Fundacja im. S. Batorego zorganizowała w Warszawie debatę poświęconą polskiej demokracji. Otworzyło ją wystąpienie Jana Marii Rokity, którego obszerne fragmenty zamieszczamy poniżej. Tekst nieautoryzowany, śródtytuły pochodzą od redakcji.

Dekonstrukcja demokracji pierwszych lat niepodległości RP

Uwagi, które chcę wygłosić, można wygłosić z pewnością za miesiąc, dwa czy trzy, ponieważ będą one nosić raczej charakter bardziej ogólny niż bieżący. Przede wszystkim chciałbym się skoncentrować na kwestii kondycji polskiej demokracji, a to głównie z tego powodu, że moje rozmaite, precyzyjne, przemyślane i całościowe koncepty na temat tego, w jaki sposób reformować państwo polskie i co należałoby w najbliższym czasie z polskim państwem zrobić, wyrażałem publicznie prze wiele lat. Są one znane, zamieściłem je też w kilku publikacjach prasowych w ciągu ostatnich miesięcy. Dlatego też chciałbym się skoncentrować przede wszystkim na kwestii kondycji polskiej demokracji.

Zastanawianie się nad kondycją demokracji w państwie demokratycznym jest w moim przekonaniu w każdym czasie rzeczą pożyteczną z bardzo prostego powodu - potrzebne jest coś w rodzaju samoświadomości stanu demokracji, ponieważ demokracja, o czym w Europie wiemy od co najmniej dwóch i pół tysiąca lat, czyli o czasu pierwszych greckich filozofów polityki, ma tendencję do samodegeneracji. Samuel Adams, jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych i twórców demokracji amerykańskiej, która okazała się demokracją stabilną, powiedział nawet w jednym ze swoich przemówień u początku Stanów Zjednoczonych, że nigdy nie było demokracji, która nie popełniłaby samobójstwa. O kruchości demokracji pisał Arystoteles w księdze V Polityki. Jan Paweł II, który był przecież inteligentnym obserwatorem fundamentów i zasad polityki, w jednej ze swojej encyklik - Centisimus Annos - napisał, że demokracja ma przedziwną zdolność przekształcania się w jawny, bądź zakamuflowany totalitaryzm.

Tak czy owak, stan demokracji, jeśli nie jest poddawany czemuś, co nazwałbym "brzytwą krytycznego rozumu", ma skłonność do stwarzania pewnego pozoru. Tzn. z reguły ludzie żyjący w demokracji wyobrażają sobie, że jest ona w lepszym stanie niż jest naprawdę, i są zaskoczeni tym, kiedy się ona wyradza. Żeby nie znaleźć się w tej dość nieprzyjemnej sytuacji taka refleksja warta jest permanentnego podejmowania. Powiem nawet więcej - uważam, że istnieje głęboki sens unaoczniania słabości demokracji, podważania jej status quo, po to właśnie, ażeby w trybie tej krytycznej refleksji wzmacniać ją czy też chronić przed tymi formami degeneracji.

Mam wrażenie, że w wolnej Polsce debata na temat zagrożenia kondycji demokracji podjęta została na tę skalę w roku bieżącym, po raz drugi. Pamiętam pierwszą taką debatę u początku niepodległości, w roku 1990/91; była ona skoncentrowana wokół pytania na ile polityka Lecha Wałęsy i jego otoczenia może stanowić zagrożenie dla demokracji. Wtedy to zrodził się ruch na rzecz demokracji; podobny ruch części inteligencji polskiej mogliśmy obserwować w ciągu ostatniego roku. W gruncie rzeczy nawet sformułowania, wokół których odbywały się zebrania, wówczas na Uniwersytecie Warszawskim, teraz na Zamku Królewskim, bywały podobne. Dokładnie używano tych dwóch słów, tej zbitki pojęciowej - o zagrożeniu demokracji.

Z czego wyniknęło to poczucie zagrożenia? Moim zdaniem bierze się ono z pewnego bardzo prostego i dość dzisiaj oczywistego faktu. Jakiego faktu? Demokratyczna forma ustrojowa państwa polskiego w ciągu ostatnich kilku lat podlegała, co dzisiaj jest już ewidentne, pewnej dekonstrukcji. Uważam, że początkiem tej dekonstrukcji była afera Rywina i powstanie oraz przesłuchania przed ówczesną sejmową komisja śledczą. Obserwacja, często czyniona publicznie, iż ta dekonstrukcja jest związana z dwuletnim okresem poprzedniego rządu, jest w moim przekonaniu błędnym punktem patrzenia na najnowszą historię. Ten ostatni rząd był w pewnym sensie finałem, a nawet w pewnych sytuacjach, o czym za chwilę, parodią procesu dekonstrukcji, który rozpoczął się wcześniej. Jest już dzisiaj ewidentne, że ten okres dekonstrukcji się skończył. Skończył się symbolicznie poprzednimi wyborami, ale on skończył się nie dlatego, że odbyły się wybory i nastąpiła zmiana polityczna, a przynajmniej skończył się nie tylko dlatego, ale skończył się przede wszystkim dlatego, że - i to jest moim zdaniem najciekawsze - nastąpiła dość istotna zmiana społecznej świadomości, społecznego nastroju. Otóż pewien nastrój, pewna energia związana z ową dekonstrukcją stanu demokracji w okresie pierwszego dziesięciolecia, zaczęła ewidentnie wygasać. Ostatnie wybory były funkcją tego wygasania energii, a nie wybory tę energię wygasiły.

Uważam, patrząc z perspektywy pięciu lat - bo moim zdaniem proces dekonstrukcji trwał właśnie pięć lat, iż okres dekonstrukcji ma bardzo trwałe zdobycze. Patrząc z punktu widzenia stanu polskiej demokracji ma bardzo istotne zalety. Gdyby spróbować na niego spojrzeć już teraz z perspektywy historycznej, przy założeniu, że on właśnie się skończył, to wyróżnić trzeba cztery podstawowe zalety, z których każda w jakiś sposób może wpływać na pogłębienie, na ulepszenie jakości ładu demokratycznego w wolnej Polsce, taki, jakim on został ustanowiony w roku 1989.

Zdarcie zasłony

Po pierwsze uważam, że taką zdobyczą owego okresu dekonstrukcji jest niewątpliwie odsłonięcie czegoś, co dla ładu demokratycznego stanowi wszędzie i zawsze bardzo poważne zagrożenie, tzn. zjawiska koterii i idącego za zjawiskiem koterii zjawiska kłótni. Otóż pierwsze dziesięciolecie Polski niepodległej, czy demokracja tego czasu, ma w znacznym stopniu zamknięte oczy na instytucje koterii. Proces dekonstrukcji to w znacznym stopniu proces otwarcia oczu na to zjawisko. Ten proces otwierania oczu zaczyna się od zdarzeń bardzo dramatycznych, jakimi są przesłuchania Millera i Michnika sprzed pięciu laty przed Komisją ds. afery Rywina, a kończy się tak naprawdę farsą, czy całym cyklem fars, jaką jest chociażby smutna historia aresztowania pewnej posłanki przez podstawionego Don Juana ze służb specjalnych. Tak czy owak, niezależnie od tego, że ten proces przesuwa się od dramatu do farsy, ma pewną spójność, którą jest otwieranie oczu polskiej demokracji na zagrożenie związane z instytucją koterii. Demokracja nie znosi fasady - fasada jest zawsze zagrożeniem dla demokracji. Demokracja potrzebuje otwarcia oczu na to, że fasada jest fasadą, a tyły są tyłami.

Po drugie zdobyczą tego okresu jest niewątpliwie, w moim przekonaniu, odsłonięcie czy też raczej konsekwencja w odsłanianiu całkiem najnowszej historii Polski. I tu jest także podobnie jak z tym otwieraniem oczu na koterie. To odsłanianie oczu na najnowszą historię kulminuje dramatycznymi wydarzeniami, z jakimi mieliśmy do czynienia wokół biskupstwa warszawskiego. One były dramatem prawdziwym, niezależnie od tego, jak je oceniamy, ale to odsłonięcie kończy się historiami zupełnie farsowymi, a zarazem smutnymi, takimi jak smutna awantura ze smutnym finałem dotycząca prawa lustracyjnego. Podobnie jak demokracja nie znosi fasady, tak samo demokracja nie znosi tajemnicy. Jest to racjonalne. Przekonanie, że można coś w ładzie demokratycznym ukryć, schować, zamknąć, po to, aby ocalić jakaś inną wartość, jest przekonaniem głęboko antydemokratycznym, czymś, co osłabia demokrację. Ten proces odsłaniania tajemnicy jest także procesem, który polepszył jakość demokracji.

Po trzecie uważam, że zdobyczą tego okresu jest odkrycie przekonania prawdy, która była nieobecna, czy słabo obecna w ciągu poprzedniego dziesięciolecia, mianowicie, że pielęgnacja tradycji czy też, mówiąc innym językiem, pielęgnacja tradycji, która ma służyć budowie wspólnoty politycznej nie jest - tradycja jest bowiem spoiwem dla każdej wspólnoty politycznej - tylko funkcją państwa ideologicznego, czy autorytarnego, ale jest także zadaniem państwa liberalnego. Otóż trochę podobnie jak w tamtych przypadkach odkrywanie tego przekonania przez polską liberalną demokrację kulminowało, jak się wydaje, bardzo wielkimi i podniosłymi obchodami 60-lecia Powstania Warszawskiego i pewnymi narodowymi przeżyciami, które temu towarzyszyły, a skończyło się, w tym 5-leciu dekonstrukcji, zjawiskami o charakterze farsowym, takimi jak argumentowanie przez polskiego premiera na arenie międzynarodowej, że polska populacja powinna być większa, czemu przeszkodziły niemieckie obozy koncentracyjne. A zatem ponownie zaczynało się od tego, co było wyraźnie patetyczne, zmierzając do czegoś, co stawało się u końca procesu dekonstrukcji śmieszne. To jest także bardzo ważne z punktu widzenia demokracji, dlatego że demokracja potrzebuje wspólnoty politycznej. Demokracja potrzebuje tego, ażeby u jej podstaw istniały zakorzenione, nie za pomocą procedur demokratycznych, więzi wspólnotowe. Jeśli ich nie ma, to demokracja się sypie. To odkrycie jest obecne w historii myśli europejskiej od bardzo dawna; zostało ono tak bardzo precyzyjnie opisane przez Tocqueville'a w książce o demokracji amerykańskiej.

Wreszcie czwarta zdobywczą tego procesu dekonstrukcji jest odkrycie tego, że nie ma żadnego istotnego powodu, dla którego demokratyczne i niepodległe państwo polskie miałoby się bronić, czy też obawiać otwartego przedstawienia swego interesu narodowego na arenie międzynarodowej. Można powiedzieć, że podobnie jak w tamtych przypadkach, demokracja, która kamufluje interes zbiorowy, tzn. nie posiada zdolności wyrażania otwartego interesu zbiorowego także na arenie międzynarodowej, staje się demokracją coraz bardziej niesatysfakcjonujacą dla swoich obywateli. Dlaczego obywatele chcą demokracji - bo wierzą, że demokracja jest zdolna do artykulacji ich interesów. Jeżeli państwo demokratyczne w jakiś sposób obawia się artykulacji swego własnego interesu, czy interesu swojej wspólnoty, w otoczeniu międzynarodowym, to osłabia ono fundamenty demokratyczne państwa. Trochę podobnie jak w tamtych przypadkach tu także rozpoczęło się od rzeczy kontrowersyjnych, acz wielkich - tu w moim przekonaniu proces dekonstrukcji symbolizują nazwy trzech, choć każde z innego powodu, miast: Kijowa, Bagdadu i Nicei. Trzy wielkie przedsięwzięcia polskiego państwa demokratycznego, które zbudowały nową linię polskiej polityki zagranicznej polegającą na pewnej zdolności do asertywnego wyrażania polskiego interesu na arenie międzynarodowej. I ten proces, który rozpoczął się w atmosferze Kijowa, Bagdadu i Nicei, kończył się w atmosferze trochę farsowej, tzn. wokół wielkiego międzynarodowego konfliktu o ziemniaczane głowy przywódców polskiego państwa i o to, czy z tego powodu można toczyć z sąsiadem fundamentalny konflikt polityczny.

Uważam, że te cztery osiągnięcia demokracji, tzn. odsłonięcie zjawiska koterii, odsłonięcie najnowszej historii, odkrycie, że liberalne państwo powinno też pielęgnować tradycje, i odkrycie tej asertywności międzynarodowej, to są pewne zdobycze, które gruntują wartość demokracji w Polsce, i które w gruncie rzeczy, jeśli można tak to określić i czego bym bardzo chciał - weszły do czegoś, co można by nazwać nową polską polityczną poprawnością. Uważam, że nie są to zdobycze jakiegoś politycznego obozu, jakiejś grupy; to są prawdziwe zdobycze polskiej demokracji. One oczywiście rodziły się w konflikcie, nie wszyscy uważali, że proces w którym one się rodziły jest procesem pozytywnym, natomiast dziś, patrząc z perspektywy, w której ten proces dekonstrukcji jest definitywnie zamknięty uważam, że powinniśmy uznać, że to są nasze zdobycze, zdobycze polskiej demokracji i one mogą i powinny stać się jakimś elementem naszej polskiej zbiorowej politycznej poprawności.

Russoistyczne uroszczenia

To powiedziawszy, nie chcę być potraktowany jako bezkrytyczny piewca owego okresu dekonstrukcji stanu polskiego ładu demokratycznego, ponieważ i intelektualna przyzwoitość, i rola w jakiej występuję, tj. obserwatora polityki, a nie polityka, pozwala mi w sposób, jaki mi się wydaje zobiektywizowany, spojrzeć na ułomności, defekty tego procesu dekonstrukcji. O jednym defekcie w zasadzie powiedziałem mówiąc o tych czterech, wielkich zdobyczach. Mianowicie rzeczywistość polska tak się jakoś rozwijała w ciągu tych ostatnich lat, że w gruncie rzeczy każda z tych zdobyczy na pewnym etapie wyradzała się w swoją karykaturę. To jest coś zupełnie paradoksalnego. Tzn. sprawy, które mogły być od samego początku do końca znaczące dla polskiej demokracji ze względu na to, że miały tę przedziwną zdolność do karykaturyzowania się, także ze względu na niską jakość polskiej polityki, tworzyły wrażenie jeszcze bardziej kontrowersyjne niż kontrowersyjne były naprawdę, choć tworzyły wrażenie pewnej śmieszności. Kiedy wielkie tragedie przeradzają się w farsy, to nie dostrzegamy jak wielkie dramaty za tymi fasami czasami rzeczywiście się kryją. Ta infantylizacja, rzec by można, czy ta karykaturalizacja jest niewątpliwie bardzo potężną skłonnością tego procesu, choć nie dotyczy jego istoty, a raczej sposobu, formy.

Ale tych ułomności było więcej. Uważam, że takim defektem podstawowym było coś, co nazywam na własny użytek, żeby to zrozumieć, "russoistycznym uroszczeniem" tego okresu. Jean Jacques Rousseau był człowiekiem przekonanym o tym, że wola demokratyczna, wspólna wola, wola generalna wyrażona choćby w akcie głosowania nosi charakter totalny i buduje wolność obywatelską. Innymi słowy z faktu, że coś się zdecydowało w trybie woli demokratycznej, trybie woli większościowej, w gruncie rzeczy wypływa obowiązek wszystkich podporządkowania się temu rezultatowi demokratycznemu, ponieważ dopiero wtedy to buduje wolność obywatelską. Jeżeli wszyscy się temu nie podporządkowują, w gruncie rzeczy przestają być wolnymi obywatelami. Otóż w tym procesie dekonstrukcji pojawił się taki bardzo wyraźny moment, w którym jego inicjatorzy, jego piewcy, zaczęli oczekiwać, trochę właśnie na taki russoistyczny sposób, że są wyrazicielami jak gdyby jakiejś zidealizowanej woli generalnej, woli powszechnej. Innymi słowy oczekiwali absolutnego podporządkowania się woli powszechnej wynikającej z jednorazowego wyniku wyborczego, który nastąpił dwa lata temu. Otóż tego uroszczenia nie można było zaakceptować. To uroszczenie wywołało olbrzymią ilość sporów i konfliktów, dlatego że pojawiły się całe segmenty opinii publicznej, ale przede wszystkim pojawiły się instytucje państwa liberalnego, które odpowiadały "nie" takiemu russoistycznemu uroszczeniu - nie jesteśmy gotowi jemu się podporządkować.

Śmieszność rzeczy polega na tym, że to russoistyczne uroszczenie w gruncie rzeczy nigdy nie nosiło antydemokratycznego charakteru, tak jak próbowano je opisać. Ono nosiło charakter par exellence demokratyczny. Można by nawet powiedzieć, że ci, którzy to uroszczenie zgłaszali oczekiwali, że wynik wyborczy sprzed dwóch lat jest obowiązujący dla wszystkich. Innymi słowy, że wszyscy podporządkowują się ich woli, bo ich wola jest wolą demokratyczną. Paradoks polega na tym, że to było uroszczenie hiperdemokratyczne, a nie antydemokratyczne. Z czysto intelektualnego punktu widzenia jest to w moim przekonaniu pewien intelektualny błąd tych, którzy tworzyli w tym czasie ruch w obronie demokracji, jako że w istocie rzeczy to twórcy dekonstrukcji pragnęli w tym czasie hiperdemokracji, podporządkowania się woli ludu, wyrażonej w wyborach, podporządkowania wszystkiemu, wszystkiego i wszystkich instytucji, a ci, którzy tych instytucji w gruncie rzeczy bronili, powiadali - chcemy trochę mniej, a nie więcej demokracji. Chcemy demokracji liberalnej, a więc ograniczonej przez pewne zasady.

Para poszła w gwizdek

To jest jednak kwestia pewnego opisu tego zjawiska. Fakt faktem, że demokratyczne uroszczenie w moim przekonaniu było przesadne, stwarzało bardzo poważne wrażenie zamętu. Ono wpłynęło źle na jakość w procesie dekonstrukcji. Ale stało się coś innego negatywnego w tym 5-leciu dekonstrukcji. Mianowicie obok owego russoistycznego uroszczenia nastąpiło bardzo wyraźne nadwerężenie społecznej solidarności. Fakt, że owo pogłębianie fundamentów polskiej demokracji, ta dekonstrukcja, czy ta energia została użyta w taki sposób, że ona budowała cały szereg zbędnych, niepotrzebnych z punktu widzenia naprawienia polskiej demokracji konfliktów, spowodował, że społeczna solidarność została nadwerężona. Wiadomo, o co poszło: inteligenci versus niewykształceni, biedni - bogaci; obserwowaliśmy to tak naprawdę, na co dzień. Można powiedzieć nawet, że im bardziej ten proces dekonstrukcji tracił swoją energię przez te 5 lat, tym bardziej koncentrował się na pozornych konfliktach, tym bardziej też nadwerężał społeczną solidarność. Nawet można zauważyć pewnego rodzaju zależność: tzn. im bardziej energia odnowicielska ładu demokratycznego była silna, tym proces konfliktu był słabszy, im bardziej energia odnowicielska się wypalała, tym bardziej ewokowała całkowicie sztuczne, fikcyjne konflikty nadwerężając społeczną solidarność.

To, co ja uważam za defekt największy tego okresu dekonstrukcji, to, co jest jakby główną moją przyczyną, głównym powodem, dla którego ja mam skłonność do przypisywania temu okresowi bardzo poważnego błędu, jest to, że w moim najgłębszym przekonaniu jesteśmy dzisiaj w momencie, po pięciu latach owego procesu dekonstrukcji, o którym możemy powiedzieć, że ta fundamentalna energia dekonstrukcji, która się zrodziła w okresie afery Rywina, ta para społeczna, która w tym czasie została wytworzona, nie została przekuta w żadną energie konstrukcji lepszego ładu demokratycznego. W gruncie rzeczy ta energia dekonstrukcji, mówiąc najbardziej kolokwialnie, skutkowała tym, że para poszła w gwizdek. Ta energia z punktu widzenia pożytku dla odbudowy instytucji państwa została w moim przekonaniu zmarnowana.

Otóż dzisiaj, po 5 latach, jeżeli spojrzeć na największy kłopot, czy największą biedę odziedziczoną po owym procesie dekonstrukcji to, co chcę powiedzieć z głębokim przekonaniem jako obserwator, i co nie jest optymistyczne, to to, że dzisiaj jesteśmy w momencie, w którym owa energia reformatorska, którą ten proces dekonstrukcji niósł - wypaliła się. Jesteśmy w gruncie rzeczy w takiej sytuacji, w której nadzieja, że proces dekonstrukcji zostanie przekuty na energię reformatorską jest definitywnie zakończona, przynajmniej na jakiś czas. Ta para poszła w gwizdek, nie uruchomiła żadnej maszynerii. Para energii społecznej, która została wytworzona poszła w 90 procentach w gwizdek, a nie w maszynerię, która stała obok.

Wszyscy z dawnych czasów doskonale wiemy, co najmniej od antycznego Polibiusza, że formami ustrojowymi, także tą formą państwa, jaką jest demokracja, rządzą pewne cykle. Tzn. różne rzeczy w formie ustrojowej są możliwe w różnych okresach, ponieważ proces demokratyczny ma swoje cykle. To nie jest tak, że można wszystko zawsze robić w zależności od tego, kiedy się tego chce. Pewne rzeczy można zrobić w jednym cyklu, a inne można zrobić w innym. W pewnym sensie wielkość polityków polega na tym, żeby "czytać czas". Czytanie czasu jest pewną bardzo wielką polityczną umiejętnością. W czasie "a" dają się zrobić rzeczy takie, a w czasie "b" dają się zrobić inne. Okresy, w których istnieje coś, co można by nazwać ładem demokratycznym wchodzące w fazę cyklu, które charakteryzują się energią reformatorską, to są zawsze okresy krótkie. Energia reformatorska towarzyszy demokracji w okolicznościach bardzo szczególnych, wcale nieczęsto, i to są cykle, które przychodzą w pewnym sensie nagle i szybko mijają.

Otóż Polska przeszła taki cykl. Polska przeszła krótki, bardzo mocny cykl wyzwolenia energii reformatorskiej i tej energii pozwoliliśmy ulotnić się. Ta energia nie została wykorzystana. Można powiedzieć, że to, co obserwowaliśmy, zwłaszcza w finale procesu dekonstrukcji, tzn. w ciągu ostatnich dwóch lat, wszystko odbywało się na zasadzie trochę "jak gdyby", wszystko się odbywało trochę na zasadzie teatru. W gruncie rzeczy wszystkim się zdawało, że istnieje jakaś gigantyczna, przekształcająca polską demokrację i polski system energia, która jest tak potężna, tak silna, że w ogóle wszystkie instytucje państwa za chwilę wręcz od niej wybuchną. A jeśli od tego pozoru, od tego w pewnym sensie teatru trochę abstrahowano, pozostawało się na boku i poddawało się to spokojnej obserwacji intelektualnej, to okazywało się, że - mówiąc językiem Nicoló Machiavellego - ci, którzy tę operację dekonstrukcyjną przeprowadzają w gruncie rzeczy odgrywają taką rolę, jaką Machiavelli przypisywał księciu. Tzn. kogoś, kto jest absolutnie doskonały w tworzeniu pozorów i udawaniu. Ta energia w gruncie rzeczy nie szła w żadnym wypadku na rzeczywiste przeobrażenia państwa, ale sam fakt, że ona w procesie dekonstrukcji została tak potężnie wyzwolona, iż ona w bardzo istotny sposób zaważyła na stanie świadomości społecznej i na przebiegu następnych wyborów, czyli tych ostatnich wyborów, spowodował to, że energia reformatorska ulotniła się, ale fakt, że w pewnym momencie została ona wyzwolona spowodował bardzo istotną zmianę cyklu procesu demokratycznego w Polsce. Ona była, ale się ulotniła, gdzieś poszła, nie ma jej.

Niech będzie miło

Jeśli dzisiaj chcemy uczciwie obserwować stan polskiego społeczeństwa i pewną fazę cyklu demokratycznego, w jakiej jesteśmy, to trzeba z całą odwagą i otwartością powiedzieć, że cykl ten można by scharakteryzować ogólnospołecznym postulatem niemającym nic wspólnego z wyzwalaniem jakiejkolwiek nowej energii - niech będzie miło. Tak, to jest prawda. Polska czeka na to, żeby było miło. Energia, która miała przemienić polską rzeczywistość na gorsze, bądź na lepsze, wyparowała. Pozwoliliśmy jej wyparować, jej już nie ma, ulotniła się. Dzisiaj inteligentni politycy odczytując ową fazę, w której Polska się znalazła, czytają w sposób głęboko prawidłowy i czytają ją jako czas miłości i zaufania. Polska chce być krajem miłości i zaufania. Faza cyklu demokratycznego jest dokładnie taka. Otóż w moim przekonaniu problem polega na tym, że nie jest to proces wyzwalany tylko i wyłącznie przez polityków, ale jest to w pewnym sensie proces obiektywny. Tak rzeczywiście wygląda cykl. W taką fazę cyklu weszliśmy i w tej fazie cyklu nie dokonuje się zmian, których by polska demokracja absolutnie potrzebowała.

Przyznaję się do tego, że aczkolwiek fazy cyklu demokratycznego, które daje się charakteryzować postulatem - niech w końcu będzie miło - występują, ja jednak, osobiście, z usposobienia i charakteru, także intelektualnie, nie mam do nich przekonania. Te fazy cyklu kojarzą się zawsze z jakimiś szansami, które w sposób nieuchronny muszą zostać zaprzepaszczone. One mi się kojarzą, zwłaszcza jeśli popatrzeć na historyczne opisy polskiej demokracji, które zostały sformułowane chociażby w XIX czy XX w., z dwoma takimi bardzo pesymistycznymi, czy krytycznymi opisami polskiej zbiorowej postawy wobec demokracji, mianowicie opisem sformułowanym na początku XX w. przez Stanisława Brzozowskiego w Legendzie Młodej Polski z jednej strony, a z drugiej - z poglądem sformułowanym parędziesiąt lat wcześniej przez Michała Bobrzyńskiego w odniesieniu do polskiej historii. Brzozowski tę fazę nastawienia polskiego społeczeństwa do demokracji nazywał fazą Polski zdziecinniałej. W moim przekonaniu teraz weszliśmy w fazę Polski zdziecinniałej. Zanotowałem sobie takie zdanie z Brzozowskiego, które wydaje mi się bardzo jasno charakteryzować pewien typ dziedzictwa polskiego, który w moim przekonaniu w najbliższym czasie będzie się przejawiać w polskiej rzeczywistości. Brzozowski pisał tak: szukaliśmy w myśleniu nie prawdy, lecz względności, domagaliśmy się od świata, by miał dla nas wyrozumienie, błagaliśmy - mówcie nam same miękkie i pocieszające rzeczy. Tak, to jest dokładnie ta faza cyklu demokratycznego, kiedy istnieje oczekiwanie na mówienie miękkich i pocieszających rzeczy. A Bobrzyński trzydzieści lat wcześniej napisał o finale rządów Jagiellonów w XVI w., zastanawiając się nad tym, dlaczego zostały zmarnowane szanse naprawy ładu demokratycznego w Polsce, takie zdanie - bo sam naród nie posiadł w sobie potrzebnej siły przekonań. Nie wstrząsały nim namiętności, nie miał wielkich charakterów, które dla obrony zasad siebie postawiłyby na szale.

Mam takie wrażenie, że - aczkolwiek wchodzenie w tego typu fazy jest nieuchronne dla każdego ładu demokratycznego - źle się stało, że demokracja polska akurat w tym momencie weszła w tę fazę. Dlatego, że dziś dla umocnienia jakości polskiej demokracji potrzebne jest kilka fundamentalnych przemian, które by ład demokratyczny w Polsce pogłębiły i ustabilizowały. Kiedy zbliżamy się do dwudziestolecia niepodległości, to, trochę jak w II Rzeczpospolitej, przychodzi taki moment, kiedy trzeba rozpocząć pewnego rodzaju drugą fazę, kiedy trzeba dokonać pewnego rodzaju przebudowy. Otóż paradoksalnie ta przebudowa już się do dokonała i demokracja polska w złym momencie wchodzi w tę fazę cyklu, którą można nazwać fazą różowych okularów. A to oznacza jedno - oznacza antyreformatorski moment cyklu.

Nie będę mówił, do jakich sfer przede wszystkim dzisiaj powinny się odnieść polskie reformy, ażeby ustabilizować i nadać pewnego rodzaju trwałość polskiej demokracji. Sygnalnie tylko wspomnę, że mam takie przekonanie, iż z dzisiejszej perspektywy, w dzisiejszej rzeczywistości zmodyfikowałbym trochę swoją opinię w stosunku do tego, co mówiłem parę lat temu. Mam wrażenie, że te wysiłki, które nie nastąpią ze względu na fazę cyklu, powinny dotyczyć czterech obszarów spraw.

Cztery reformy

Po pierwsze potrzebne jest przezwyciężenie słabości instytucjonalnej państwa, gdyż mamy, niestety, pod tym względem złe dziedzictwo historyczne - Polska nigdy nie była krajem silnych instytucji, a jest przecież tak, że ludzie akceptują demokrację wtedy, kiedy instytucje, które bezpośrednio ich na co dzień obsługują, z administracją, sądownictwem na czele, są instytucjami wydajnymi. Można nawet stworzyć taki sylogizm - jeśli instytucje są wydajne społecznie, czyli są efektywne, to opinia publiczna akceptuje ład demokratyczny, który sankcjonuje tego typu instytucje, a jeśli instytucje są niewydajne, to opinia te instytucje kwestionuje. Innymi słowy legitymizacja demokracji jest silna wtedy, kiedy instytucje są wydajne, a słabnie kiedy są one niewydajne.

Zajęcie się instytucjami jest sprawą zupełnie kluczową, a zajęcie się instytucjami wymaga właśnie tego, co nazwałem momentem reformatorskim cyklu i tego momentu dzisiaj właśnie nie mamy. Jest takie bardzo piękne zdanie z księgi VI Polityki Arystotelesa, w której pisze on, że nie należy sądzić, że demokratyczne jest to, co nadaje państwu wybitnie demokratyczny charakter, ale to, co państwu nadaje największą trwałość. Ono pokazuje, że istotą przedsięwzięć zwolennika ładu demokratycznego jest nie budowanie hiperdemokracji, tylko wkomponowanie w demokrację takiego tego typu rozwiązań, które demokracji dodają trwałość. A takim przedsięwzięciem jest przede wszystkim budowanie silnych instytucji. Z pozoru budowanie efektywnych instytucji mało ma wspólnego z ładem demokratycznym, bo instytucje sprawne można także budować w ładzie autorytarnym, ale instytucje sprawne budowane w ładzie demokratycznym są właśnie tym, co zapewnia trwałość demokracji.

Takim drugim obszarem są, w moim przekonaniu, dewastacyjne elementy polskiego prawa politycznego, których zmiana wymaga dość zasadniczych przedsięwzięć. Przyznaję się do tego, że w 2001 roku będąc przeciwnym zmianom w polskim prawie politycznym, które wprowadziły finansowanie partii politycznych z budżetu, nie byłem świadom tego, jak bardzo mam rację. Połączenie budżetowego finansowania partii politycznych z proporcjonalną ordynacją wyborczą spowodowało zjawiska okropne dla polskiego systemu politycznego i dla jakości polskiej demokracji. Spowodowały to, że kampanie wyborcze w Polsce oderwały się całkowicie od realiów rywalizacji wyborczej, a przeniesione zostały na poziom rywalizacji wielkich karteli prowadzonych za publiczne pieniądze i obrzucających się reklamami. A wewnątrz partii nastąpiły procesy oligarchizacji ludzi trzymających w ramach ordynacji wyborczej władze nad swoimi członkami, a z racji potężnych pieniędzy budżetowych, władzę nad finansami. Przezwyciężenie tych dewastacyjnych elementów polskiego prawa politycznego wymaga bardzo silnego elementu reformatorskiego.

Po trzecie, głoszę coś, od czego nie odstępuję, i o słuszności czegoś jestem bardzo głęboko przekonany, mianowicie fakt niskich standardów polityki. Nie warto się nad tym szerzej rozwodzić. Chciałbym tylko na jedną sprawę zwrócić uwagę. Jeśli ktoś sądzi, że pięciolecie dekonstrukcji przyniosło podwyższenie standardów, zarówno w sensie faktycznym jak i formalnym, tzn. że przyniosło np. legislacje, które bardzo poważnie podwyższyły standardy życia politycznego, to się myli. W ciągu pięciolecia nic takiego nie nastąpiło. W gruncie rzeczy w kwestii standardów jesteśmy w tym samym momencie, w którym przystępowaliśmy do pracy w momencie startu komisji sejmowej do zbadania afery Rywina. To wyzwanie stoi przed polską demokracją, to zresztą wyzwanie, które stoi także przed większością europejskich demokracji. Stoi przed nami dziś, jak stało kilka lat temu. Zdają sobie z tego sprawę przywódcy większości demokracji europejskich - proszę zobaczyć, od czego zaczyna swoje panowanie we Francji prezydent Sarkozy, zajmując się tzw. złotymi spadochronami dla prezesów firm publicznych, którzy odchodząc pobierają wielomilionowe odprawy. W Szwajcarii wokół tej sprawy za chwilę ma się odbywać referendum. W Niemczech mamy słynne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego o jawności finansów parlamentarzystów. Gordon Brown, premier brytyjski, jako fundament konstytucyjny Wielkiej Brytanii XXI formułuje kwestie wysokich standardów brytyjskiej demokracji, itd., itp. Można by powiedzieć, że jest to pewnego rodzaju fala, która przetacza się przez Europę. Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że brak standardów powoduje podmywanie jakości demokracji i osłabienie jej wśród obywateli.

Wreszcie uważam, że kluczową kwestią dla owego pędu reformatorskiego, którego niestety w tej chwili nie ma, jest poczynienie bardzo istotnych przemian w dziedzinie społeczeństwa obywatelskiego. Tu diagnoza powoływana przez aktywistów rozmaitych organizacji społecznych jest moim zdaniem w stu procentach trafna. W gruncie rzeczy po raz pierwszy mamy do czynienia z sytuacją, w której niski stan elementu obywatelskiego w Polsce staje się wezwaniem do demokracji. To przypomina te kwestie, o których wcześniej mowa, to znaczy kwestie odkrycia tego, że pielęgnowanie tradycji czy budowanie wspólnoty politycznej jest powołaniem władzy publicznej. Myśmy to odkryli. Natomiast nie odkryliśmy ciągle tego, chociaż bardzo wielu działaczy społecznych organizacji od czasu do czasu o tym przypomina, że tak samo, jak zadaniem liberalnego państwa jest pielęgnowanie tradycji narodowej czy budowanie wspólnoty politycznej, tak samo fundamentalne jest to, ażeby dać impuls do budowy silniejszego społeczeństwa obywatelskiego, czyli budowy silniejszego trzeciego sektora. Jeśli państwo w tej materii w reakcji na totalitarny komunizm nadal chce uprawiać pewnego rodzaju skrajnie liberalny lesse-fairyzm w sferze obywatelskiej, to po prostu nie będzie miało obywateli. Albo będzie miało ich bardzo mało. Radykalnie liberalny laissez-fair w tej sprawie jest po prostu nieakceptowany. Tzn. to wymaga dość radykalnej zmiany polityki. A to oznacza zarówno zmianę w odniesieniu do udziału trzeciego sektora w finansach publicznych, jak i zmianę trzeciego sektora we współodpowiedzialności za życie publiczne. Dotyczy to i kwestii bezpieczeństwa publicznego, polityki społecznej, think tanków, tj. rozmaitych sfer aktywności społecznej, którym nikt inny, jak władza publiczna jest w stanie nadać impuls, ażeby w Polsce rozwijało się społeczeństwo obywatelskie.

Powtarzanie się każdego roku w diagnozie społecznej robionej przez prof. Czapińskiego informacji, że uczestnictwo społeczne w Polsce jest trzynastokrotnie niższe niż w Szwecji jest jedną z najgorszych wiadomości dla polskiej demokracji. Widać słabości społeczeństwa obywatelskiego, słabości instytucji, i pewne dewastujące elementy prawa politycznego

Wydaje mi się, że są to te cztery kwestie, które z punktu widzenia pogłębienia ładu demokratycznego w Polsce są zupełnie kluczowe, ale dla których istotne przemiany polskiej polityki wymagają tego, aby nastąpił moment reformatorski, którego właśnie z powodów, o których mówiłem, w moim przekonaniu w tej chwili nie ma. Bo w życiu narodów jest dokładnie tak - kto nie chce gdy może, to może, gdy chce. My, jako naród nie chcieliśmy, gdy mogliśmy parę lat temu, tę parę, tę energię skierować we właściwą stronę, tylko że my puściliśmy ją do nieba, w związku z tym teraz nawet gdybyśmy może chcieli za jakiś czas to zrobić, to tego się zrobić nie da.

Energia odnowicielska polskiej demokracji poszła w gwizdek. Dzisiaj jest tak, że po pięciu latach ten gwizdek, który świstał strasznie i nieprzyjemnie, przestał gwizdać. Bogu dzięki, przestał gwizdać, ale to, że przestał gwizdać oznacza, że pary społecznej na polską wersję pogłębieniowej demokracji już nie ma. Dlatego każdy, kto chce stabilizować, pogłębić, i polepszyć jakość polskiej demokracji w tej chwili musi okazać cnotę, która jest cnotą par exellence chrześcijańską, tzn. cnotę cierpliwości. I czekać na moment, kiedy za jakiś czas ta energia reformatorska powróci.


HOMEStrona główna - CER Home Page NEXTNastępna strona - Next page


INTERNET CONSULTANT