W oczekiwaniu na gorsze. Jaka jest przyszłość relacji Warszawy i Kijowa?

Tomasz Piechal kreśli scenariusze rozwoju stosunków polsko-ukraińskich   

Tak, większość Polaków i Ukraińców nadal jest za współpracą i żywi do siebie pozytywne odczucia, ale każdy kolejny miesiąc przynosi spadek tych sentymentów. Dodatkowo, widać także, jak wzrasta nieprzychylna Ukraińcom narracja w polskiej debacie publicznej. Nawet jeśli częściowo jest ona wspierana przez Rosję, to ma przede wszystkim oparcie w realnych polskich emocjach. Nietrudno sobie wyobrazić, że wraz z zaostrzaniem się sporów i przy dalszym rozmijaniu się interesów Warszawy i Kijowa, te wzajemne oceny mogą ulec dalszemu pogorszeniu.

Niezmiennie okolice rocznicy rzezi wołyńskiej rokrocznie boleśnie przypominają nam o tym, że jedna z kluczowych, z polskiego punktu widzenia, spraw w relacjach z Ukrainą wciąż jest daleka od rozwiązania.

Teoretycznie pod koniec zeszłego roku Kijów wycofał swój zakaz prowadzenia ekshumacji dla polskiej strony i pierwsze takie prace zostały już w tym roku przeprowadzone (choć nie na samym Wołyniu, a w jednej miejscowości w obwodzie tarnopolskim). Nadal jesteśmy jednak daleko od realnego przełomu.

W tym roku wybrzmiewa to tym mocniej, że wpisuje się w szerszy– niepokojący – krajobraz przyszłości polsko-ukraińskich relacji. Ich obecna dynamika i trajektoria prezentują się bowiem coraz gorzej i coraz mocniej każą zastanowić się, jak skutecznie ułożyć stosunki między Warszawą a Kijowem.

Dzielą nas bowiem już nie tylko kwestie historyczne (przy czym wiele wskazuje na to, że zaczynają nas dzielić coraz mocniej). Narastają również spory w kwestiach gospodarczych (konkurencja w sektorze rolnictwa i transportu), społecznych (wzrastająca niechęć do ukraińskich migrantów w Polsce), jak i rysują się potencjalne różnice w kwestiach międzynarodowych (na kogo orientować się w globalnej układance).

Tych tematów nie da się zrzucić na drugi plan, a przed wyzwaniem ułożenia relacji Polsko-Ukraińskich stanie cała klasa polityczna – zarówno ci, którzy sprawują obecnie władze, jak i ci, którzy z coraz większym prawdopodobieństwem po tę władzę sięgną w następnych wyborach.

Polskie wybory jak amerykańskie

Nie będzie przesadą stwierdzić, że tegoroczne wybory prezydenckie w Polsce bezprecedensowo przyciągały uwagę nad Dnieprem. Gdy rozmawiałem ostatnio z kilkoma znajomymi dziennikarzami z Kijowa, półżartem, półserio, wszyscy zgodnie stwierdzili, że poziom ukraińskiej atencji względem naszej elekcji niemalże nie odbiegał od tej, która dotyczyła wyborów w Stanach Zjednoczonych.

Stało się tak, gdyż pytanie o to, jak wybierze Polska, wpisało się w szerszą układankę geopolityczną, która z punktu widzenia Ukrainy może być kluczowa dla jej przyszłości. Prawicowy zwrot elektoratów w wielu państwach budzi bowiem zrozumiały niepokój w Kijowie.

Wszak politycy, którzy na tej zmianie korzystają, najczęściej posiłkują się nie tylko konserwatywną retoryką, ale również – w mniejszym lub większym stopniu – izolacjonistycznymi narracjami, nierzadko dystansując  się od dalszej pomocy Ukrainie. Zdarza się, że niektórzy okazują także zrozumienie czy wręcz sympatię względem Moskwy.

W efekcie, nad Dnieprem szeroko odnotowano fakt, że praktycznie wszyscy kandydaci w polskich wyborach w różny sposób korzystali z antyukraińskiej (z punktu widzenia Kijowa) retoryki.

Szczególnie wyraźnie zauważono podpisanie przez Karola Nawrockiego „deklaracji toruńskiej” u Sławomira Mentzena, gdzie wprost padła obietnica niezgody na wysłanie polskich żołnierzy na misję pokojową za naszą wschodnią granicę, jak i brak poparcia dla Ukrainy w NATO.

W Kijowie zwracano także uwagę na dotychczasową działalność Nawrockiego na stanowisku prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, która była bardzo zdystansowana wobec Ukrainy. Mocno wybrzmiewał w niej również sprzeciw wobec gloryfikacji ukraińskiego nacjonalizmu.

Dodatkowo podkreślano, że choć jest to kandydat wsparty przez Prawo i Sprawiedliwość, to pod wieloma względami ma on odmienne poglądy od tej partii. Znacznie bliżej mu do Konfederacji, która na Ukrainie jest przedstawiana wprost jako partia faszyzująca, z ducha antyukraińska, z elementami prorosyjskimi (tutaj ciążą wciąż wspomnienie wypowiedzi Janusza Korwin-Mikkego i Grzegorza Brauna).

Zwycięstwo Karola Nawrockiego zostało tym samym odczytane w Kijowie jako gigantyczne wyzwanie i zapowiedź dalszego ochładzania relacji polsko-ukraińskich. Zwłaszcza, że uznano je również za prognostyk bardzo prawdopodobnej zmiany władzy na poziomie rządowym, w wariancie koalicji wszystkich – a więc też „ukrainosceptycznych” – prawicowych partii.

Prawica oddała pole

Ten ukraiński niepokój o prawicowe rządy nad Wisłą ma trzy źródła. Pierwszym jest wspomniany szerszy kontekst geopolityczny, czyli postrzeganie partii prawicowych, alt-rightowych jako bardziej skorych do dogadywania się z Moskwą i niechętnych pomocy Ukrainie.

Drugim powodem jest rozpoznanie, że w Polsce narastają antyukraińskie sentymenty i żadna partia polityczna nie pozostanie obojętna względem tego trendu. Trzecie zaś – znacznie mocniejsze i mające głębokie korzenie – stanowi fakt, że obraz Polski i jej życia politycznego wśród kijowskich elit kulturalno-dziennikarsko-politycznych przez lata kształtowany był przez jedną – liberalną – stronę polskiego sporu politycznego.

Środowiska te wykonały bowiem olbrzymią pracę i zbudowały realne mosty z ukraińskimi elitami. Pomagał w tym nie tylko międzynarodowy system grantów i programów rozwojowych, ale również wspólnota idei (chęć uczestnictwa w projekcie tworzenia liberalnego ładu światowego) i chęć strony polskiej do realnego poznawania swojego wschodniego sąsiada. W efekcie, w chwili obecnej istnieje realna siatka polsko-ukraińskiej wymiany kulturalno-społecznej, ale nie ma w niej praktycznie żadnych środowisk prawicowych.

Skutkuje to tym, że kijowskie elity przez lata ugruntowały swój obraz Polski przez liberalne okulary. Prawica ma w nich bardzo określony rys – nacjonalistyczny, antydemokratyczny, antyeuropejski, a nierzadko również prorosyjski. Jej argumenty i agenda przebijają się słabo; jest traktowana z dystansem i podejrzliwością. Niewiele w tym względzie zmieniło nawet olbrzymie wsparcie okazane przez Polskę w początkowej fazie rosyjskiej inwazji, które przypadło przecież właśnie na okres rządów Zjednoczonej Prawicy.

Takiemu stanowi rzeczy w dużej mierze winna jest zresztą sama prawica, która w przeciwieństwie do drugiej strony politycznego sporu, nie przejawiała (i w dużej mierze nadal nie przejawia) większego zainteresowania realnym poznawaniem i budowaniem kontaktów z sąsiadami, w tym z Ukrainą. Przez lata starczyły diagnozy, przeczucia i „lekcje z przeszłości”; działania były ograniczone do nielicznych środowisk i ośrodków władzy takich jak Pałac Prezydencki za czasów Andrzeja Dudy.

Jeżeli polska prawica na kimś się chętnie koncentrowała w obszarze Europy Wschodniej, to na polskich mniejszościach tam żyjących. I tak, było to niezwykle potrzebne działanie, zwłaszcza w kontekście systemowych braków i przewinień III RP w tym względzie. Nie budowało to jednak żadnego realnego pomostu między danymi państwami a polską prawicą, która de facto z własnej woli pozbawiła się choćby najmniejszego soft power w relacjach z innymi krajami.

Nadwiślańscy konserwatyści niejednokrotnie woleli żyć historią, aniżeli współczesnością i nie zbudowali swojej siatki kontaktów, nie poznali tamtejszych topowych dziennikarzy, biznesmenów, ludzi kultury, polityków itd. Naturalnie, powodów, dla których do tego doszło, jest wiele, ale ów brak realnego zainteresowania sąsiadami pozostaje faktem. Te wieloletnie braki trudno szybko zrekompensować, nawet gdy jest się już u władzy.

Czy można Polskę zignorować?

W efekcie, już od początków rządów Zjednoczonej Prawicy relacje między Warszawą a Kijowem nie układały się najlepiej, ewidentnie brakowało w nich pozytywnej chemii, fundamentu wcześniejszych relacji. Momentem przełomowym, z którym polska prawica szczególnie mocno związała swoje nadzieje na zmianę dynamiki tych stosunków, stało się solidarnościowe wzmożenie w początkowych miesiącach rosyjskiej inwazji.

Postawa Warszawy z tamtego okresu została naturalnie mocno doceniona przez Kijów w 2022 roku, ale z czasem została wepchnięta do kategorii oczywistości. Co więcej, przeświadczenie o niepodważalności tego kursu do dziś nie uległo zmianie, bo kijowskie elity sądzą, że pomoc wschodniemu sąsiadowi leży w naszym interesie. Ergo, Warszawa i tak będzie po stronie Ukrainy w kluczowych sprawach (obronność), więc nie trzeba traktować jej priorytetowo. Dbać należy za to o relacje z państwami, dla których ta kalkulacja nie jest tak jednoznaczna pod kątem ich interesów narodowych.

Z czasem między Warszawą a Kijowem zaczęło pojawiać się coraz więcej tarć i poczucia wzajemnego rozczarowania. Tym większego, że rosyjska inwazja przyspieszyła i wzmocniła wiele procesów i zjawisk, które istniały już od lat. W przypadku relacji polsko-ukraińskich przede wszystkim zwiększyła ona niechęć Kijowa do bycia traktowanym przez Polskę jako junior partner, a także zawęziła jego pole do kompromisów.

Kraj i naród będący w sytuacji walki egzystencjalnej, tracący tysiące ludzi każdego dnia, z milionami uchodźców rozpaczliwie buduje nową mitologię państwową, która pozwoli mu zachować niepodległość. W sposób naturalny ulega zatem usztywnieniu w wielu kwestiach. W relacjach z innymi państwami często zaczął także stosować argument ukraińskiej ofiary z krwi, która chroni przed Rosją nie tylko Ukrainę, ale również swoich sąsiadów.

Jednocześnie do tego doszły elementy zawsze obecne nad Dnieprem. Kijów zawsze przejawiał wolę do walki w wyższej kategorii wagowej (nie jest to przytyk, w końcu sami wielokrotnie byliśmy w podobnej sytuacji). Jest dumny, często butny w oczach partnerów zagranicznych, a jego zachowania na arenie międzynarodowej podyktowane są faktem, że ukraińska dyplomacja zachowała dużo z modus operandi sowieckiej szkoły relacji międzynarodowych. Ta zaś bazowała na ofensywnym nastawieniu, bezpardonowości, wykorzystywaniu każdej oznaki słabości i niechęci do jakichkolwiek kompromisów (bo byłoby to własne pokazanie słabości).

W wypadku Polski dochodzi do tego wszystkiego jeszcze jeden element. Jest nim fakt, że nad Dnieprem, owszem, dostrzega się i szanuje rozwój oraz sukces Polski ostatnich 36 lat, ale jednocześnie potrafi pobrzmiewać w tym – mniej lub bardziej delikatna – nuta zazdrości (częste przywoływanie, że w 1989 roku Ukraina teoretycznie miała nawet lepszą sytuację wejściową dla dalszego rozwoju).

Na pewno zaś nikt na Ukrainie nie chce być traktowanym jako „kraj gorszego sortu”. Pojawiają się tym samym dodatkowe pokłady emocji, które mogą spotęgować problemy i przynosić proste recepty na trudne sprawy.

Dobrze obrazuje ten mechanizm część kijowskich reakcji na zwycięstwo Nawrockiego i wizję potencjalnego powrotu prawicy do pełni władzy. Część ukraińskich publicystów tonowała nastroje i wykazywała konieczność przyjęcia konstruktywnej formy dialogu, ale inni od razu zaczęli postulować, że skoro Polska będzie teraz nam niechętna, to nie ma się, co na nią oglądać.

Twierdzili, że trzeba próbować alternatyw vide rozmawiać z ważniejszymi państwami Europy, jak Niemcy i Francja, albo bezpośrednio z Brukselą. Taka taktyka pokazałaby, że to Kijów jest nowym „europejskim prymusem” we wschodniej Europie i zagrałaby na jego korzyść (kosztem Polski).

Ba, pojawiały się nawet postulaty, aby zacząć bardziej orientować się na Rumunię, która byłaby alternatywą dla ukraińskiego eksportu, omijającą polskie drogi i porty. Pokazując jednocześnie, że na antyukraińskiej nucie Polska będzie stratna.

Wyraźna jest więc emocja, która każe traktować Polskę jako partnera istotnego, ale w kluczowych sprawach niemogącego się wycofać ze wsparcia, który sam nie jest głównym rozgrywającym na arenie międzynarodowej. Tym samym można go próbować ominąć, zwłaszcza jeżeli nie zechce on przyjąć symetrycznej wizji wzajemnych relacji, gdzie obydwie strony traktują się jako gracze o równorzędnym potencjale.

Taka postawa z kolei spotyka się stale z polską wolą uznania choćby delikatnego asymetryzmu (vide my jesteśmy jednak więksi, bogatsi, pomagamy wam od lat itd.), który dawałby polskiej stronie korzystniejszą pozycję w rozmowach. To odmienne podejście w sposób nieunikniony generuje napięcia.

Trudna historia

Dążenie do symetrii ze strony ukraińskiej oraz wola uznania pewnej asymetrii ze strony polskiej, doskonale pokazuje sprawa naszych relacji na niwie kwestii historycznych, w szczególności Wołynia. Dominująca w tej chwili postawa nad Dnieprem zakłada, że mówiąc o ciemnych kartach z polsko-ukraińskiej historii jest tyle samo przewiń tak po jednej, jak i po drugiej stronie.

Następuje swoiste równoważenie zbrodni, w której winy ukraińskie są podobnie liczne do polskich. Jeżeli Ukraina ma zrobić ustępstwo, to również Polska powinna de facto wyznać jakiś swój grzech. I to najlepiej jako pierwsza, gdyż Ukraińcy podkreślają, że za Wołyń przepraszali już niejednokrotnie.

Nie ma w tej postawie zrozumienia, że dla polskiej strony rzezi wołyńskiej nie da się zrównoważyć chociażby akcją „Wisła”, która – z polskiej perspektywy – jest bardziej działaniem komunistów, aniżeli suwerennego państwa polskiego.

Symetryzm dotyka także m.in. zestawiania Armii Krajowej i polskiego państwa podziemnego z UPA i OUN, gdzie AK przedstawione jest jak równie zbrodnicza dla Ukraińców organizacja, co UPA dla Polaków.  Wołyń zaś często przedstawiany jest jako epizod szerszego polsko-ukraińskiego konfliktu.

Na Ukrainie istnieją oczywiście też inne postawy. Jedna z nich głosi, że skoro temat, który był przez lata nad Dnieprem traktowany jako kwestia regionalna (dopiero od niedawna mit UPA-OUN zaczął być uznawany ogólnokrajowo, szczególnie wzmocniony poszukiwaniem w czasie wojny bohaterów z historii, którzy walczyli z Rosją), to najlepiej jego „kontrowersyjne” elementy pozostawić specjalistom. Jak głosi popularne hasło, „zostawmy historię historykom”; nie powinniśmy patrzeć na karty, które nas dzielą, bo z tego będzie się wyłącznie cieszyć Rosja.

Mówi się również, że w związku z trwającą wojną, gdzie Polska pozostaje bliskim sojusznikiem Ukrainy i dla której sprawa Wołynia jest kluczowa, należałoby – mimo wszystko – pójść na ustępstwa. Okazać gest dobrej woli i zdecydowanie mocniej wesprzeć działania zmierzające do zamknięcia tej sprawy (tj. umożliwić pełne upamiętnienie polskich ofiar rzezi wołyńskiej).

Są to nierzadko opinie ludzi, którzy lepiej znają Polskę i rozumieją wagę tej kwestii w naszych relacjach (np. znany ukraiński pisarz i wolontariusz, Andrij Ljubka). Jest to jednak na razie zdecydowana mniejszość, często zakrzykiwana przez bardziej krewkich uczestników ukraińskiej debaty publicznej, którzy stoją na stanowisku „ani kroku wstecz”.

Poszukiwanie szlaku na przyszłość

Twarda postawa Ukrainy przejawia się jednak nie tylko w kwestiach historycznych czy politycznych. Dla Polski szczególnie istotne są także sprawy gospodarcze, zwłaszcza w kontekście eksportu ukraińskiej produkcji rolnej oraz transportowo-logistycznej (konkurencja ze strony ukraińskich przewoźników).

Również tutaj widzimy niewielką chęć Kijowa do ustępstw, a także relatywnie niewielką sprawczość Polski w tym obszarze. Niedawne podpisanie przez UE nowej umowy z Ukrainą regulującej m.in. temat eksportu jej produkcji rolnej nie zostało, zdaniem wielu w Polsce, należycie z nami skonsultowane, wydarzyło się niejako ponad naszymi głowami. Było także kolejnym mocnym sygnałem dla Kijowa, że idea pomijania Warszawy i bezpośredniej rozmowy z większymi od nas może przynieść korzyści.

Takie zachowanie budzi naturalne rozdrażnienie nad Wisłą i frustracje społeczne, które zaczynają być coraz mocniej widoczne w badaniach socjologicznych m.in. tych regularnie zlecanych przez Centrum Mieroszewskiego. Analizując stosunek Polaków do Ukraińców i Ukrainy (i vice versa), widać systematyczne zmniejszanie się wzajemnych sympatii, gotowości do dialogu czy – w wypadku Polski – dalszego wspierania Ukrainy.

Tak, większość Polaków i Ukraińców nadal jest za współpracą i żywi do siebie pozytywne odczucia, ale każdy kolejny miesiąc przynosi spadek tych sentymentów. Dodatkowo, widać także, jak wzrasta nieprzychylna Ukraińcom narracja w polskiej debacie publicznej. Nawet jeśli częściowo jest ona wspierana przez Rosję, to ma przede wszystkim oparcie w realnie panujących w Polsce emocjach. Nietrudno sobie wyobrazić, że wraz z zaostrzaniem się sporów i dalszym rozmijaniu interesów Warszawy i Kijowa, te wzajemne oceny mogą ulec dalszemu pogorszeniu.

Biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki, trzeba otwarcie przyznać, że trajektoria stosunków polsko-ukraińskich w najbliższych latach prezentuje się niepokojąco. Pytaniem zasadniczym jest, jaką taktykę względem Ukrainy powinna przyjąć Polska i jej klasa polityczna? Niezależnie bowiem, czy dalej będzie rządził obecna koalicja, czy prawica, kwestia ta pozostanie w centrum naszej polityki przez lata.

Transakcyjność? Ale jak?

Jedną z propozycji, która została formułowana również m.in. na forum Klubu Jagiellońskiego przez dr. Pawła Musiałka, było wprowadzenie do naszych relacji modelu transakcyjnego. I choć formuła transakcyjności brzmi bardzo atrakcyjnie, wzmocniona w ostatnich miesiącach przez retorykę i działania Donalda Trumpa, pytaniem otwartym pozostaje, jak miałaby ona wyglądać w praktyce w przypadku Ukrainy.

Mamy bowiem do czynienia z partnerem, który nie będzie skory do ustępstw. Co by miało być naszym argumentem zachęcającym do pójścia na kompromis? W zamian za Wołyń uznanie za ludobójstwo akcji „Wisła”? Jakie miałyby być nasze „opcje atomowe”? Ograniczenie pomocy militarnej? Ograniczenie pracy lotniska w Jasionce i zawężenie korytarza dostaw zachodniej pomocy na Ukrainę? O tym wspomniał w wywiadzie m.in. dla Klubu Jagiellońskiego ustępujący prezydent Andrzej Duda i wypowiedź ta spotkała się z żywą (negatywną) reakcją nad Dnieprem – zwłaszcza, że padła w momencie rekordowych (i codziennych) ostrzałów ukraińskich miast przez Rosję.

Tego typu ostre kroki wprost podcinałyby nie tylko bezpieczeństwo Ukrainy, ale również nas samych. Stąd m.in. niedawny apel Piotra Skwiecińskiego na łamach „Tygodnika Solidarność”, który w imię walki ze wspólnym wrogiem, mimo pełnej świadomości różnic i problemów między Polską a Ukrainą, apeluje o to, aby Ukrainę nadal wspierać, nawet „z zaciśniętymi zębami”. Brak pomocy może bowiem skutkować potwornymi reperkusjami dla nas samych w przyszłości.

Tyle tylko, że – znów – obserwując obecne tendencje, nietrudno sobie wyobrazić, że nawet opcje pośrednie „polityki transakcyjności” mogą mieć długoterminowo druzgocące skutki.

Tak, być może udałoby się od Ukrainy coś ugrać w formule „transakcji”. W zamian za ukraińskie ustępstwo Polska nie ograniczyłaby możliwości wjazdu, przebywania i pracowania na swoim terenie ukraińskim obywatelom (znowuż – opcja równie szkodliwa dla samej Polski i potrzeb jej gospodarki) lub nie ograniczyła transportu części ukraińskich towarów.

Tyle tylko, że tego rodzaju działania – w dobie wojny z Rosją – zawsze będą na Ukrainie odczytane jako wrogie. Krótkoterminowa skuteczność może się okazać destrukcyjna dla relacji w długiej perspektywie. Zwłaszcza, gdy coraz głośniejsza będzie antyukraińska i antymigracyjna retoryka w samej Polsce, co odnotowuje się nad Dnieprem i już zaczyna wpływać na postrzeganie nas przez Ukraińców.

Rozważając opcje na przyszłość, należy uznać, że z obecnego układu zmiennych jako bazowy scenariusz wyłania się zaostrzenie kursu Warszawy względem Kijowa – czy to w przypadku zwycięstwa szerokiej prawicowej koalicji i przejęciu przez nią władzy w Polsce, czy nawet wcześniej, gdy w imię wyborczej walki dokona go obecny układ rządzący.

Wielce prawdopodobne jest także, że obecnie wspomniana transakcyjność faktycznie nie będzie oglądała się na żadne dłuższe perspektywy czasowe i skutki. Skupiać się będzie bowiem na bieżących i krótkoterminowych korzyściach politycznych. Będzie przy tym mocno podbudowana polskim rozczarowaniem Ukrainą (brak wdzięczności za pomoc), nie biorąc pod uwagę długoterminowego sensu budowania głębszych relacji między Warszawą a Kijowem.

Źródło: https://klubjagiellonski.pl/2025/07/11/w-oczekiwaniu-na-gorsze-jaka-jest-przyszlosc-relacji-warszawy-i-kijowa/

Artykuł dodano w następujących kategoriach: Polska/Ukraina.