O bezpieczeństwie energetycznym Polski

Rozmowa z Andrzejem Szczęśniakiem

Niezależnym ekspertem, byłym Prezesem Polskiej Izby Paliw Płynnych

Jamał – rola dziś i jutro

Gazociąg Jamalski przez lata był bardzo ważnym kanałem przesyłu gazu z Rosji nie tylko do Polski, ale i do Niemiec. Po oddaniu do użytku Nord Streamu jego rola zmalała, ale nadal przez terytorium Polski transportowanych jest ok. 30 miliardów m³ gazu rocznie na dobę. Jaką rolę pełni on dziś mimo funkcjonującego już terminalu LNG na Wybrzeżu i wobec planów budowy Nord Stream 2.?

Jamał jest podstawową inwestycją infrastrukturalną łączącą nas z rosyjskim gazem. Ale Jamał dla Rosjan nigdy nie był głównym kanałem – był tylko początkiem strategii dywersyfikacji dróg dostaw celem ominięcia Ukrainy, która wcześniej była jedyną trasą przesyłu gazu do Europy. Natomiast Jamał u nas to była pierwsza szansa na zagospodarowanie gazu jako jednego z głównych nośników energetycznych w Polsce. Ta szansa nie została jednak przez nas wygrana. W 1993 r. podpisaliśmy porozumienie międzyrządowe, a w 1996 zawarliśmy kontrakty. Zaczynamy budować i nagle okazuje się, że PGNiG jest bankrutem, jednak pomimo tego Jamał został zbudowany, choć nie stać było nas na wniesienie odpowiednich opłat. Rosjanie, jak to oni, wykorzystali okoliczność, która im się nadarzyła – powiedzieli wówczas – dobrze, my tę budowę sfinansujemy, ale stawki opłat przesyłowych będą niskie. I tak się stało. Dzisiaj ma to mniejsze znaczenie, ale już za dwa lata, to będzie poważny problem. W końcu 2019 r. skończy się kontrakt tranzytowy, który polega na tym iż Rosjanie przesyłają do Niemiec ok. 30 miliardów m3 gazu rocznie, a 2,5 mld gazu pozostaje w Polsce.

Po pierwsze jest pewne ograniczenie – dopóki Rosjanie przesyłają gaz do Niemiec, to nie sprzedają większej ilości gazu na terenie Polski. Pytanie, którego zresztą dzisiejsza polityka dywersyfikacyjna nie bierze pod uwagę, jest takie: skończy się rok 2019 r., i co dalej? Moim zdaniem Rosjanie wspólnie z Niemcami dojdą do porozumienia, że to ma być rurociąg europejski, tzn., że chwilą wejścia gazu na polskie terytorium gaz i jego przesył podlega unijnym regułom. Dlatego nie będzie przeszkód, by gaz z Jamału płynął bezpośrednio do Polski. Jeżeli jednak dzisiaj pobieramy z kontraktu 2,5 mld m3 gazu rocznie, tj. 1/6 naszego zużycia, to wówczas na polskim rynku pojawi się dodatkowo 2 mld m3 tego gazu, który znajdzie się w rękach tych, którzy umówią się na odbiór na granicy z Rosjanami. A zatem już w 2020 r. na naszym rynku pojawią się z Jamału duże ilości gazu, które skutecznie podważą dzisiejszą strategię. Skoro bowiem mamy europejskie zasady, to dostęp do gazu jest powszechny. Tym samym Jamał będzie służył jako zaopatrzenie po pierwsze polskiego rynku, a po drugie – niemieckiego. Jeśli do tego zwiększy się możliwości techniczne odbioru, a to są niewielkie inwestycje, to będzie bardzo konkurencyjny gaz np. dla LNG, i będzie go mógł każdy pobrać, kto go zamówi u Rosjan.

W konsekwencji Jamał nie straci na znaczeniu, ponieważ nawet po podliczeniu możliwości przesyłowych Nord Streamu, jego drugiej nitki, i TurkStreamu, i przy rosnącym europejskim popycie, nie tylko Polska z Jamałem, ale nawet Ukraina, choć w niewielkim zakresie, będzie potrzebna do transportu gazu.

Gazoport LNG w Świnoujściu – obecny, rozbudowa

Terminal gazu skroplonego LNG z roczną przepustowością 5mld sześciennych gazu odbiera dziś gaz gaz katarski, a wkrótce amerykański, co zmniejsza nasze uzależnienie od rosyjskiego monopolisty. Jeśli jego zdolności zwiększa się o 50 czy nawet 100 proc., co jest planowane, to może stać się hubem dla innych odbiorców w regionie. Kto może być zainteresowanym odbiorem gazu z tego kierunku? Ukraina, Czesi,  Słowacy? I jak w tej sytuacji wyglądałaby kwestia sieci przesyłowych na kierunku północ-południe?

To jest projekt realizujący polską politykę dywersyfikacji źródeł dostaw surowców energetycznych. W rzeczywistości jest to odwracanie się plecami do Rosji, a motorem tej polityki są Stany Zjednoczone, którą mówią wprost – nie kupujcie rosyjskiego gazu, kupujcie nasz, budujcie gazoporty i infrastrukturę. To jest strategiczne założenie amerykańskie by Europa nie była związana z Rosją, a główną rolę grają tu surowce energetyczne. Nie tylko Polska, również inne kraje,  wybudowały takie gazoporty, ale one są dzisiaj wykorzystane w bardzo niewielkim stopniu. W Europie tzw. możliwości przeładunkowe są poziomie 200 mld m3 gazu rocznie, w tym nasze 5 mld, i one są wykorzystane zaledwie w 20 procentach. To nie jest jakiś sezonowy spadek, tak jest już od kilku lat. Gaz LNG jest po prostu dużo droższy, i tu od razu powołam się na szefa Unipera – Klausa Schaefera, który mówi tak: gaz w Ameryce jest tani, ale koszty jego skroplenia, transportu morskiego i regazyfikacji są u nas 50 proc. droższe niż ceny giełd europejskich, czyli z takich hubów, jak np. TTF w Holandii. W konsekwencji gaz LNG w Europie nie jest konkurencyjny wobec gazu rosyjskiego.

Import gazu LNG do Polski jest możliwy tylko wtedy, gdy pominie się całkowicie czynnik ekonomiczny. Gaz amerykański jest droższy, gaz katarski, na który umowę zawarł jeszcze rząd Tuska, też jest bardzo drogi, porównywalny z gazem amerykańskim. Dla mnie jest szokujące, że od przyszłego roku podwoiliśmy kontrakt katarski, który ma wszystkie wady krytykowanego przez nas kontraktu z Gazpromem, w wyniku czego na PGNiG nakłada się ciężary – musi kupować droższy gaz. A finansuje to z taniego własnego gazu. Problem w tym że LNG blokuje nas na otwarcie się na rynek europejski, a ono postępuje i jest według mnie nieuchronne. Są próby by od tego rynku się odgrodzić, ale to się nie uda, więc PGNiG zostanie wystawiony na konkurencję na rynku z graczami o dużo niższych kosztach zakupu.

W tej sytuacji PGNiG albo przewróci się pod tym ciężarem, czego mu nie życzę, albo trzeba będzie przerzucić koszty na społeczeństwo. Tak zrobiła Litwa, która kupując gaz amerykański po pierwsze stworzyła państwową strukturę, która się tym zajmuje, koszty regazyfikacji przyjęła jako zero, a wszystkie obciążenia przerzuciła na odbiorców, na dodatek wprowadzając obowiązek zakupów gazu LNG. Dla amerykańskiego gazu wprowadzono taki quasi stan wyjątkowy na rynku gazowym.

To jest cena uniezależniania się od rosyjskiego monopolisty. A przesyłanie tego gazu dalej, np., na południe?

To już przerabialiśmy za czasów rządów Buzka. Nikomu tego gazu nie sprzedamy. Nie sprzedamy, ponieważ wówczas musielibyśmy konkurować z takim potentatem, jakim jest Gazprom, który zawsze może nas pokonać niższą ceną. To jest całkowicie nierealne.

Baltic Pipe

Gazociąg Baltic Pipe ma połączyć polski system przesyłowy z systemem duńskim, a przez to także z europejskim, oraz z gazociągiem Skanled, transportującym gaz ziemny ze złóż norweskich (19 koncesji na tamtejszym szelfie należy do PGNiG). Baltic Pipe jest określany jako element projektu Bramy Północnej, czyli połączenia złóż gazu znajdujących się na szelfie norweskim z polskim wybrzeżem.

Jego uruchomienie zdywersyfikuje dostawy gazu do Polski zwiększając bezpieczeństwo energetyczne. PGNiG planuje rozpocząć korzystanie z gazociągu od 2022 roku i sprowadzać nim 8 miliardów m³ gazu.

Po pierwszej fazie tzw. open season, pod koniec lipca 2017 r. operatorzy informowali o pozytywnym wyniku procedury, która pokazała wystarczające zainteresowanie przesyłem gazu tą trasą ze złóż w Norwegii na rynki duński i polski, jak również do odbiorców w sąsiednich krajach.

Pański pogląd w tej sprawie?

Ten projekt według mnie nie powstanie z prostego powodu – każdy gaz, który wchodzi do Europy jest europejski i nikt nie będzie forsował projektów, które są budowane wbrew prawom ekonomii.  Dwie poprzednie próby sprowadzenia gazu z Norwegii pokazują, jakie są przeszkody w tej materii. Norwegowie nie są za bardzo zainteresowani niewielkimi ilościami gazu, przesyłanymi na dodatek w odległe rejony. Oni są zainteresowani tym, aby ten gaz, którego nie mają za dużo, jak najlepiej sprzedać. Poza tym wydobycie na szelfie będzie spadać, więc nie palą się do tego projektu. Nie za bardzo więc wiemy, skąd będzie ten gaz. Dzisiaj tak naprawdę rozmawiamy z Duńczykami, ale jest jeden problem – w jaki sposób z rurociągu Euro Pipe 2, bo do niego mamy być podłączeni, a który dzisiaj przesyła ok. 25 mld m3 gazu do Niemiec, weźmiemy wspólnie z Duńczykami 13 mld m3 gazu? Technicznie to nie jest problem, ale ten gaz płynie do Niemiec i dla Europy to nie jest żadna dywersyfikacja. Jak ktoś tego nie będzie chciał, to tego wejścia technicznego nie będzie. Dlatego w projekcie jest opcja „no tie-in”, czyli gdy podłączenia dl Euro Pipe 2 nie będzie. A wtedy skąd będzie ten gaz?

Ponadto cały ten projekt spoczywa na barkach PGNiG. Tzn. w ciągu 15 lat będzie on pobierał ponad 8 mld m3 gazu rocznie – to kolejne obciążenie dla naszego narodowego blue-chipa. Ale jeżeli mimo wszystko się to uda, to będzie podobna sytuacja jak z importem LNG.

Nord Stream 2

Nord Stream 2 – tj. licząca 1200 km dwunitkowa magistrala gazowa – ma być gotowy do końca 2019 roku. Gazociąg ten zwiększyłby dwukrotnie ilość gazu, który Rosja mogłyby dostarczyć przez Bałtyk do Niemiec. Polska, kraje bałtyckie i Ukraina sprzeciwiają się projektowi, obawiając się, że zwiększy on uzależnienie Europy od Rosji.

Zwolennikami tej inwestycji są natomiast Niemcy, Francja, Austria, Holendrzy, także Czesi. UE zajmuje w tej sprawie na dobrą sprawę chwiejne stanowisko…

…nie, Unia zajmuje tu twarde stanowisko, KE przygotowała nawet projekt szybkiej zmiany dyrektywy, który ma utopić Nord Stream 2. Mamy tutaj taką rozgrywkę – z jednej strony, przypominam, tymi, którzy ustalają tu reguły gry, są Amerykanie, którzy interweniowali już przy pierwszym Nord Streamie, bardzo dyskretne, raczej przez swych pośredników, a dzisiaj mówią już wprost jak sekretarz stanu Tillerson – to jest głupi projekt…

….dobrze, ale czy mają tu realną moc sprawczą

… i tu jest właśnie rozgrywka. Dzisiaj po swojej stronie mają kraje tzw. Trójmorza, ale przede wszystkim Komisję Europejską. Szewczowicz, który zawiaduje tymi sprawami, jest bardzo proamerykański, sprzyja takim projektom jak gazoporty i sprzeciwia się Nord Streamowi 2. Argument Komisji jest taki – nie można budować gazociągu w prawnej próżni. Ale przecież Nord Stream 1 nie został zbudowany w próżni prawnej, a drugi jest budowany w takich samych warunkach. KE chce wprowadzić takie reguły, które rozszerzą eksterytorialnie unijne władztwo prawne na Bałtyk. Berlin, który jest w centrum tej gry, nie godzi się na tę swego rodzaju „trumpizację” polityki unijnej… Myślę, że KE tu się „zacięła”, ale mimo wszystko ten projekt zostanie przeforsowany, ponieważ w 2019 r. kończą się kontrakty przesyłowe na Ukrainie i w Polsce. I to będzie, przed końcem 2019 r. czas wielkiej rozgrywki…..

…..już jest. Do gry weszli bowiem Duńczycy….

….tak, ale to także polityzacja reguł gry. Oni wprowadzili do prawa o zgodach środowiskowych, elementy polityczne. Rosjanie dają szanse kilku wielkim graczom gazowym, łącznie z Shellem, który jest przecież globalnym graczem, uzyskania pewnej premii. Dzisiaj te premie zdobywa się nie na rynku gazu, gdzie zarabiają traderzy, ale na złożach wydobywania gazu i kontraktach z Gazpromem. I oni kupują gaz od Rosjan po innych cenach, a sprzedają na rynku europejskim. To jest wielka gra, która zostanie rozegrana przez Rosjan, a mają w niej i atuty, i  tradycje, jeszcze z czasów carskich. My przegramy tę grę, Amerykanie natomiast będą mieli dylemat, czy nałożyć sankcje na uczestników tej inwestycji, tj. Niemcy, Francję, a przecież jednocześnie ich sojuszników, czy nie.

Jeżeli Amerykanie zastosują je wobec tego rdzenia Europy, np. penalizując firmy, które w nim uczestniczą, to będą one sprzyjały osłabieniu więzi atlantyckich plus pogłębieniu integracji UE. Będzie tu takie myślenie – jeżeli nie będziemy pracować razem, to Amerykanie rozpracują nas jak dzieci.

South Stream – projekt pogrzebany, uśpiony?

Gazociąg South Stream o przepustowości 63 mld m³ miał połączyć bezpośrednio wybrzeże Rosji i Bułgarii. Pierwszą nitką gazociągu Gazprom zamierzał przesyłać gaz do Serbii, Węgier, Słowenii, Włoch, Austrii i Włoch.

Gazociągi South Stream i Nord Stream pozwolą na ominięcie krajów tranzytowych z Europy Środkowej (Polska, Czechy, Słowacja) i Wschodniej (Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, Ukraina, Mołdawia, Rumunia), i to jest najprawdopodobniej główną przyczyną ich budowy.

Jednak 19 sierpnia 2014 Bułgaria poinformowała o zawieszeniu działań związanych z budową Gazociągu Południowego z uwagi na wątpliwości Komisji Europejskiej. Jaka jest zatem jego przyszłość – jest on pogrzebany, odłożony, czy prostu czasowo zawieszony?

Ten projekt jest realizowany w formie, którą ja to nazywam – South Stream 2. Formalnie nazywa się go Tureckim Potokiem, ale proszę zauważyć, że on idzie do europejskiej części Turcji, tuż przy granicy Bułgarii, niedaleko od granicy Grecji. Rosjanie z Turkami tak to ustalili, że w istocie jest to wariant zastępczy przesunięty niewiele na południe i idący w znacznej części po trasie, która była wcześniej zaprojektowana pod South Stream. Turcja, która ma dynamicznie rozwijającą się gospodarkę, potrzebuje gazu, a niezależnie od tego chce zarabiać na tranzycie. W tym kontekście charakterystyczna jest porażka amerykańskiego projektu Nabucco. Miała to być w istocie eksterytorialna autostrada gazowa idącą przez Turcję, w sprawie której Turcja niewiele mogła powiedzieć. W związku z tym Turcy umówili się z Azerami na budowę gazociągu TANAP, z którego Turcja bierze dla siebie 6 mld m3 gazu, a 10 mld zobowiązuję się do oddać na wybrzeżu europejskim. Chichot historii polega tu na tym, że Azerowie nie mają tego gazu za dużo, w związku z czym Rosja będzie do tego gazociągu dostarczać własny gaz.

Turecki Potok

Rosjanie zakończyli budowę pierwszej nitki Tureckiego Potoku na swoich wodach terytorialnych. Obecnie kontrowersyjna rura budowana jest już po tureckiej stronie.

Zgodnie z planem Turecki Potok ma składać się z dwóch nitek, każda o przepustowości 15,75 mld m3 gazu rocznie. Budowa pierwszej linii gazociągu powinna zostać zakończona w marcu 2018 roku, a drugiej 12 miesięcy później. Długość podmorskiej części gazociągu to około 900 km. Do tego dochodzi 180 km na terenie Turcji.

Gazociąg budzi kontrowersje, gdyż jednym z głównych jego zadań jest okrążenie od południa Ukrainy. Z kolei włoski koncern Snam – jak podał rosyjski dziennik „Kommiersant”-zaproponował rosyjskiemu Gazpromowi rozszerzenie Gazociągu Transadriatyckiego (TAP) jako trasy dostaw do krajów UE gazu dostarczanego do Turcji projektowanym rurociągiem Turecki Potok. Jak duże, jeśli w ogóle jest dla nas niebezpieczeństwo związane z realizacją tych planów?

Jeśli patrzeć na to z punktu widzenia polskich interesów ten projekt jest neutralny. My na południu Europy nie mamy interesów ekonomicznych, ani nie jesteśmy tam nadto obecni. Nord Stream 2 – tak, na północy to jest poważne niebezpieczeństwo, ale na południu – nie. To, że Włosi mają tam swoje interesy i paliwo, które miało iść do nich z Azerbejdżanu teraz będzie szło z Rosji, to jest ich biznes, a nie kwestia naszego bezpieczeństwa.

Polska na czele grupy ws. bezpieczeństwa dostaw gazu

Skoro mowa o tym bezpieczeństwie to warto nadmienić, co podało 27 listopada br. Ministerstwo Energii, że Polska została wybrana wschodnim koordynatorem bezpieczeństwa dostaw gazu zgodną decyzją państw członkowskich. Naszym zadaniem będzie koordynacja prac 10 państw UE, czyli Belgii, Estonii, Litwy, Luksemburga, Łotwy, Holandii, Niemiec, Polski, Czech i Słowacji, związanych z dostawami gazu ze wschodu.

Resort energii przypomniał, że powstanie grup ryzyka wiąże się z wejściem w życie od 1 listopada br. nowego unijnego rozporządzenia. Jego przepisy przewidują, że państwa członkowskie UE utworzą cztery grupy ryzyka, które mają być podstawą do współpracy na skalę całej UE.

Grupy mają opracować regionalną ocenę ryzyka, identyfikującą kluczowe zagrożenia dla bezpieczeństwa dostaw dla UE. Jak bardzo to przewodnictwo wzmacnia naszą pozycję wobec relacji i rozmów z Rosją?

Problem zapewnienia bezpieczeństwa dostawom gazu jest oczywiście istotny, ale ja te inicjatywę postrzegam głównie w kategoriach PR-u. O co tu chodzi? Bruksela chce zbudować wspólny rynek energetyczny we wszystkich nośnikach energii. A to idzie jak po grudzie, ponieważ państwa są czułe na punkcie swej suwerenności, nikt nie chce jej oddać. Skoro w Brukseli, czy Berlinie  widzą, że Polska jest tak czuła na punkcie swego bezpieczeństwa, to mówią – proszę bardzo, twórzcie region. Regionalizacja jest drogą do tego wspólnego rynku i jeżeli w tej grupie są Niemcy, i jest Polska, a to są tutaj dwa najważniejsze rynki, to oczywiście możemy być honorowymi przewodniczącymi, itp., ale reguły europejskie gry i tak będą narzucone. One prowadzą do otwarcia rynku dla wszystkich graczy. To znaczy, że polski rynek będzie stał otworem dla koncernów energetycznych z Niemiec, czy też  międzynarodowych, ale nie widzę możliwości, zwłaszcza przy tej polityce PGNiG, by mogło z nimi konkurować i zajęło miejsce na rynku europejskim.

W takim regionie tworzy się grupę, mówi, że zajmujemy się sprawami bezpieczeństwa, więc  zajmujemy się likwidacją wąskich gardeł, bo bezpieczeństwo jest wtedy, kiedy jest możliwość przesyłania między krajami.  Zagrożenia są rzadko, ale codziennie jest biznes. Jeżeli pod hasłem „bezpieczeństwo” Niemcy doprowadzą do tego, że przeszkody w dla zdobycia polskiego rynku zostaną zlikwidowane, to Niemcy powiedzą – proszę bardzo, możemy wam dostarczać 11 mld m3 gazu rocznie, gdyż tyle wam potrzeba. Np. z Nord Streamu…

Polski gaz łupkowy

Na pytanie, czy PGNiG wróciłby do łupków, gdyby cofnąć podatek, prezes PGNiG Piotr Woźniak odpowiedział w mediach: – Nie stawiamy krzyżyka na łupkach.

Polskie łupki zatrzymały podatki – mówi. Dodał, że gdyby symulowane w 2014 r. kwoty z prognozowanych przychodów fiskalnych przeznaczyć na poszukiwanie i rozpoznawanie, nie byłoby odwrotu inwestorów.

W PGNiG projekt łupkowy ma status zawieszony. Gdyby zachęty fiskalne były, chociaż trochę podobne do amerykańskich, to jesteśmy gotowi przeprowadzić analizy i rozważać powrót na Pomorze albo na Lubelszczyznę.

W jego opinii PGNiG nie byłby w tym powrocie osamotniony. Podziela Pan ten pogląd?

Absolutnie nie. To jest teza lobbystyczna, że łupki w Polsce zostały zatrzymane przez prawo. To nieprawda. Łupki nie wypaliły przez geologię i każdy geolog to Panu powtórzy. My mamy doświadczenia z tzw. alternatywnymi metodami, tzn. trudnymi złożami węglowymi już z początku lat 90-tych ubiegłego wieku. Przecież próby pozyskiwania gazu z węgla pokazały, że specyfika pokładów węglowych w Polsce jest inna niż amerykańskich, gdzie faktycznie jest ogromne wydobycie gazu z węgla. Polski węgiel przy tych samych parametrach i ilości wierceń dawał 10 razy mniej gazu. I to był pierwsza porażka, jeszcze na początku lat 90-tych ubiegłego wieku.

Natomiast późniejsza nadzieja związana z gazem łupkowym to jest bardzo podobna sprawa. Jeżeli prześledzi się ponad 70 polskich odwiertów, to one wszystkie są poniżej poziomu opłacalności. Jedno wiercenie dało tylko odbiór gazu na poziomie 30 proc. tego, co uznawano za breakeven – granicę zwrotu kosztów. Dlaczego? Bo geologia u nas jest inna, złoża są położone znacznie niżej i do tego są bardzo poszarpane, poprzemieszczane. I bardzo trudno się je wierci. To po pierwsze. Jeżeli zaś chodzi o podatki to one faworyzują gaz łupkowy, podczas kiedy gaz klasyczny został opodatkowany, co uderza w PGNiG, które wydobywa te 4 mld 3 gazu rocznie. Amerykańska agencja rządowa, analizując dochodowość wydobycia na całym świecie wyliczyła, że najniższe opodatkowanie gazu jest w Polsce, a najwyższe w Norwegii. Tam pobiera się największe podatki dla państwa, właściciela złoża. A zatem podatków na łupki w kraju prawie nie ma, a w porównaniu z innymi państwami Polska jest najbardziej przyjaznym biznesowi krajem – wręcz gazowym rajem podatkowym.

..…czyli nie ma żadnej nadziei dla naszych złóż łupkowych?

Tak długo jak nie poprawimy istniejącej technologii wydobycia – nie. Ten proces jest przewidywalny, można założyć, że technologie będą udoskonalone. Pracują nad tym Amerykanie, Chińczycy, Rosjanie. A my – my po prostu nie mamy potencjału technologicznego.

Sarmatia

O Projekcie Sarmatia, tj. ropociągu Odessa – Brody – Płock – Gdańsk ( i odwrotnie ) mówi się od wielu lat, ale tak naprawdę niewiele się robi, Jak widzi Pan przyszłość tej inicjatywy?

Żadnej nie widzę, ponieważ projekt ten był już martwy w momencie, kiedy powstał rurociąg BTC, tj. Baku-Tbilisi – Ceyhan, który z Azerbejdżanu może wysyłać 50 mln ton ropy rocznie. Ten rurociąg jest przewidziany do prostego upgrade’u do 80 mln ton. I proszę sobie wyobrazić, że przez lata nigdy nie przewyższył on 30 mln to rocznego przesyłu. Ofiarą tego projektu  jest ropociąg Odessa – Brody, który tylko przez chwilę pracował w tzw. awersie (i żeby było śmiesznie – na zamówienie Białorusi), a kilka lat pracował w rewersie, tzn. rosyjska ropa szła nim do Morza Czarnego i dalej statkami na oceany. Podstawowym uwarunkowaniem jest to, że BTC i naftowy korytarz południowy do Europy nie mają po prostu wystarczających zasobów surowca żeby współistnieć. Dzisiaj ten rurociąg nie jest wypełniony, wydobycie ropy w Azerbejdżanie spada, w związku z czym Azerowie posługują się ropą kazachską.

Rurociąg Odessa – Brody jest fragmentem większej układanki, w której on po prostu jest dzisiaj zbędny. Kilka lat temu postawiliśmy na wariant północny, tzn. rozbudowuje się moce Naftoportu, magazyny i już chyba zapadła decyzja o budowie drugiej nitki połączenia Gdańsk – Płock. Jeśli zatem Rurociąg Północny zwiększy swe mocy do poziomu zastępującego rurociąg „Przyjaźń”, tj,. do 20, czy 30 mln ton, to polska rafineria Orlen jest zaspokojona, niemiecka rafineria Szwed też jest zaspokojona, a zatem tę ropę będziemy sprowadzać morzem. A Ukraina jest dzisiaj na tyle niespokojnym terenem, że po prostu nie ma szans na wchodzenie tam w jakieś poważniejsze inwestycje

Elektrownia jądrowa

Elektrownia jądrowa w Polsce przestaje być mrzonką. Rząd podjął decyzję o jej wybudowaniu.Informacje te ujawnił “Dziennik Gazeta Prawna”, powołując się na swoje źródła. Gazeta informuje też, że obecnie rozważane są dwie lokalizacje w województwie pomorskim: Lubiatowo-Kopalino oraz Żarnowiec. Niestety nadal nie wiadomo, jaką technologię będzie wykorzystywać elektrownia.

Według resortu rozwoju powinniśmy wybrać technologię francuską. Z kolei resort energii jest zwolennikiem wykorzystania technologii chińskiej oraz koreańskiej. To może być jednak kłopotliwe, ponieważ azjatyckie reaktory nie są obecnie używane w Unii Europejskiej i musiałyby przejść odpowiednią certyfikację.

Nie wierzę w polski atom, gdyż ten projekt przekracza możliwości finansowe Polski. Jesteśmy już dość zadłużonym krajem, a w Polsce nie ma podmiotu komercyjnego, który byłby w stanie unieść taką inwestycje. Były minister Budzanowski tworzył konsorcja grup – jedna w sprawie łupków, druga – w sprawie atomu. To było rozsądne podejście, bowiem  nawet największego polskiego podmiotu nie stać, by udźwignąć taki projekt. A generalne założenie, że zostanie to zrobione bez pomocy państwa  było oczywiście mrzonką – nigdzie czegoś takiego nie ma. A polskie państwo nie ma zasobów na to, i nie ma podmiotu, który by to zrealizował. A do tego te różne koncepcje, które ścierają się wewnątrz rządu, a opinia publiczna zapewniana jest, że jesteśmy o krok od podjęcia decyzji o budowie elektrowni jądrowej.

Miks energetyczny

Jak zatem postrzega Pan tzw. miks energetyczny, tj. udział węgla (kamiennego i brunatnego), gazu, ropy, energii pozyskiwanej ze źródeł odnawialnych, i wspomnianego atomu w zaspokajaniu naszych potrzeb energetycznych.

W najbliższej przyszłości generalnie niewiele się zmieni, będzie raczej powolne przesuwania akcentów, żadnej rewolucji. Największy spadek w tym miksie przewiduję oczywiście dla węgla. Przez fatalne zarządzanie kopalniami w pierwszej dekadzie tego stulecia sprawiliśmy, że one zapadły się finansowo. To był element zaniedbania graniczącego wręcz z dywersją, w wyniku, czego jak ceny węgla spadły, to polskie kopalnie poległy. I wtedy UE, jak zawsze w takich okolicznościach, mówi – zamknijcie je. Rząd PO-PSL zgłasza wniosek o zamknięcie 5- 6 kopalń, rząd PIS po dojściu do władzy nie prowadzi lobbingu przeciw tej regulacji, a po jej akceptacji przez Brukselę, zmienia tylko tytuł – na stronach unijnych decyzja wisi jako „likwidacja kopalń” a u nas –  jako „restrukturyzacja”. W konsekwencji 2018 r to jest czas zamykania pięciu kopalń w Polsce.

Natomiast na miejsce węgla będzie wchodził gaz i będzie wchodziła energia odnawialna, ponieważ Bruksela na to coraz bardziej naciska, zwłaszcza że oddajemy jej coraz większe pole decyzyjne, jak np. w ostatnio wynegocjowanym zarządzaniu dotyczącym środków jakie rząd pozyskuje z opłat za emisje. Zgodnie z nim to Unia będzie decydować o tym, na co je przeznaczyć, a już wiadomo, że będzie to kierowane na rozwój energetyki odnawialnej, wiatrowej czy solarnej, które w naszych warunkach są niekonkurencyjne.

Podsumowując – trend miksu energetycznego to spadek udziału węgla, wzrost gazu i energii odnawialnej.

Dziękuje za rozmowę

Rozmawiał Ryszard Bobrowski

Artykuł dodano w następujących kategoriach: Polska.